Do wielu kościołów wchodzi się, żeby znaleźć ciszę. Do kościoła Najświętszego Imienia Jezus – Il Gesù – wchodzi się i natychmiast rozumie, że tutaj cisza nie była najważniejsza.
Tutaj chodziło o wrażenie.
To główny kościół jezuitów w Rzymie, stojący niemal w samym sercu miasta. Jego fasada może jeszcze nie przygotowuje człowieka na to, co czeka wewnątrz. Dopiero po przekroczeniu progu zaczyna się przedstawienie.
Złoto, marmur, światło, monumentalne malowidła. Wszystko prowadzi wzrok ku górze.
Największe wrażenie robi fresk Giovanniego Battisty Gaullego, zwanego Bacicciem – „Triumf Imienia Jezus”. Postacie zdają się wypadać poza granice malowidła. Nie wiadomo już dokładnie, gdzie kończy się architektura, gdzie zaczyna malarstwo, a gdzie rzeźba. Niebo jakby otwierało się nad głową widza.
Dzisiaj nazwalibyśmy to zapewne doświadczeniem immersyjnym.
Jezuici wymyślili je czterysta lat wcześniej.
Il Gesù nie powstało jednak tylko po to, aby zachwycać. Było manifestem.
Kamień węgielny pod świątynię położono w 1568 roku, w epoce, kiedy Europa była już głęboko podzielona przez reformację. Kościół katolicki odpowiadał na ten kryzys nie tylko soborami i teologią. Odpowiadał również architekturą.
Protestanckie świątynie miały często prowadzić człowieka ku słowu.
Rzym odpowiedział obrazem, przestrzenią, muzyką i emocją.
Il Gesù stało się jednym z najważniejszych wzorców tej odpowiedzi.
Wnętrze zaprojektowano tak, aby wierny dobrze widział ołtarz i słyszał kaznodzieję. Wielka pojedyncza nawa skupiała uwagę. Nie było tu miejsca na przypadkowe błądzenie wzrokiem po labiryncie średniowiecznych kaplic.
Wszystko miało prowadzić w jednym kierunku.
To bardzo jezuickie.
W kościele znajduje się również grób św. Ignacego Loyoli, założyciela Towarzystwa Jezusowego. Człowieka, który zaczynał jako baskijski rycerz marzący o wojennej sławie, a stworzył organizację, która przez następne stulecia kształciła królów i chłopców z prowincji, prowadziła misje od Ameryki Południowej po Chiny, zakładała szkoły i uniwersytety, doradzała monarchom i doprowadzała swoich przeciwników do furii.
Niewiele zakonów wzbudzało przez wieki tyle podziwu i tyle niechęci.
Patrząc na Il Gesù, łatwiej zrozumieć dlaczego.
Jezuici doskonale rozumieli coś, o czym politycy, ideolodzy i specjaliści od propagandy mieli przekonać się znacznie później: ludzie rzadko żyją samymi argumentami.
Potrzebują także symboli.
Obrazów.
Emocji.
Opowieści większej od nich samych.
Il Gesù było właśnie taką opowieścią zbudowaną z kamienia, marmuru, złota i światła.
Można oczywiście powiedzieć, że to wszystko jest przesadne. Że za dużo złota, za dużo aniołów, za dużo teatralności.
Można.
Ale stojąc pod „Triumfem Imienia Jezus” i patrząc w otwierające się nad głową barokowe niebo, trudno zaprzeczyć jednemu.
Po czterystu latach przedstawienie nadal działa.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz