Strony

środa, 1 lipca 2026

Srokówki jasnoskrzydłe w Parku Narodowym Ranthambore, Radżastan, Indie.

































Do Ranthambore przyjeżdża się zobaczyć tygrysa.

Tygrys jednak o tym nie wie.

Jest to pierwszy poważny konflikt między oczekiwaniami turysty a rzeczywistością i, jak większość takich konfliktów, rzeczywistość wygrywa.

Turysta europejski wstaje więc o czwartej trzydzieści rano, choć we własnym kraju uważa godzinę ósmą za zamach na prawa człowieka. Wsiada do jeepa. Zakłada kapelusz, który ostatni raz wyglądał stosownie na głowie brytyjskiego majora w Pendżabie około roku 1897. Ma aparat z obiektywem przypominającym haubicę i minę Livingstone’a w chwili odkrywania Afryki.

Jedzie szukać tygrysa.

Tygrysa nie ma.

Jest srokówka.

Srokówka jasnoskrzydła siedzi na gałęzi i obserwuje całą wyprawę z miną starego radży, któremu właśnie przedstawiono delegację Parlamentu Europejskiego.

Nie jest zachwycona.

Przewodnik mówi:

– Rufous treepie.

Wszyscy fotografują.

Sto pięćdziesiąt zdjęć.

Ptaka, którego pięć minut wcześniej nikt nie znał.

Na tym właśnie polega współczesna turystyka. Dawniej człowiek podróżował, żeby zobaczyć świat. Dzisiaj podróżuje, żeby świat zobaczył, że on go widział.

Kolumb potrzebował trzech statków.

Marco Polo – dwudziestu czterech lat.

Współczesnemu podróżnikowi wystarczy Instagram.

Srokówka tymczasem siedzi.

Nie ma Instagrama.

Nie zna swojego zasięgu.

Nie buduje marki osobistej.

Nie prowadzi podcastu „Życie świadome wśród tygrysów”.

Nie opublikowała nawet książki pod tytułem „Moja droga do autentyczności”.

A mimo to jest autentyczna.

To musi być dla nas niepokojące.

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że srokówka niczego nie potrzebuje.

Europa od trzydziestu lat produkuje strategie rozwoju, strategie zrównoważonego rozwoju, strategie transformacji strategii oraz raporty z wdrażania strategii.

Srokówka nie ma żadnej strategii.

Ma dziób.

I radzi sobie znakomicie.

Gdyby była instytucją europejską, należałoby natychmiast powołać program Treepie 2040, którego celem byłoby zwiększenie odporności srokówek poprzez inkluzywną transformację ekosystemu w warunkach wyzwań klimatycznych.

Budżet: 480 milionów euro.

Srokówka dostałaby z tego prawdopodobnie dwa orzeszki.

Resztę pochłonęłyby konsultacje.

Tymczasem gdzieś w trawie może leżeć tygrys.

Cały jeep zamiera.

Ktoś zobaczył ruch.

Aparaty idą w górę.

Cisza.

Napięcie.

Przewodnik patrzy przez lornetkę.

To paw.

Rozczarowanie jest ogromne.

Paw nie rozumie sytuacji. Jeszcze dwieście lat temu był symbolem cesarskich Indii, dziś przeszkadza Europejczykom zobaczyć tygrysa.

Tak kończą imperia.

Srokówka natomiast podlatuje bliżej.

Patrzy na nas.

I wtedy człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego Zachód może kiedyś upaść.

Nie przez Chiny.

Nie przez Rosję.

Nie przez kryzys demograficzny.

Upadnie dlatego, że człowiek przeleciał sześć tysięcy kilometrów, wstał o czwartej trzydzieści, przez trzy godziny tłukł się jeepem po Radżastanie, zobaczył jeden z najpiękniejszych krajobrazów Azji, ruiny dawnego imperium, jelenie, pawie, małpy i srokówki —

po czym wrócił do hotelu rozczarowany.

Bo nie było tygrysa.

Srokówka zostaje na gałęzi.

Patrzy za odjeżdżającym jeepem.

Nie wiem, co myśli.

Ale gdybym był srokówką, pomyślałbym:

Ci ludzie kiedyś rządzili światem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz