Strony

wtorek, 25 sierpnia 2026

Czy Armia Krajowa była przygotowana do wojny miejskiej?

 





















Barykada i przekop przy ul. Zielnej 30 w Śródmieściu, 20 sierpnia 1944 r. Pierwszy z lewej fotoreporter Stanisław Bala „Giza”, fotografujący walki o gmach PAST-y. Barykady, przekopy i przejścia między budynkami były elementami systemu obronnego tworzonego i udoskonalanego już podczas walk, gdy Armia Krajowa przystosowywała się do realiów długotrwałej wojny miejskiej. Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok” (1908–1944). Źródło: Powstanie Warszawskie w Ilustracji, wydanie specjalne tygodnika „Stolica”, Warszawa, 1 sierpnia 1957, s. 26 / Wikimedia Commons. Status prawny: domena publiczna.


Najprostsza odpowiedź brzmi: nie. Armia Krajowa 1 sierpnia 1944 roku nie była przygotowana do prowadzenia długotrwałej, regularnej bitwy miejskiej przeciwko przeciwnikowi dysponującemu czołgami, artylerią, lotnictwem, ciężkimi moździerzami, miotaczami ognia i wyspecjalizowanymi oddziałami saperów. Tyle że odpowiedź najprostsza nie zawsze jest odpowiedzią najlepszą. Jeżeli bowiem AK była do takiej wojny całkowicie nieprzygotowana, należałoby wyjaśnić, w jaki sposób prowadziła ją przez sześćdziesiąt trzy dni. Nie przeciwko improwizowanej formacji policyjnej, lecz przeciwko armii, która miała za sobą pięć lat wojny i doświadczenia wyniesione z walk od Francji po Stalingrad. Pytanie należy więc postawić inaczej. Nie czy Armia Krajowa była przygotowana do wojny miejskiej, lecz do jakiej wojny przygotowywała się przed 1 sierpnia i jakiej wojny musiała nauczyć się już po jego rozpoczęciu.

Tu właśnie znajduje się źródło większości późniejszych nieporozumień. Powstanie Warszawskie nie zostało zaplanowane jako sześćdziesięciotrzydniowa bitwa o milionowe miasto. Gdyby taki był plan, stan uzbrojenia AK 1 sierpnia należałoby uznać nie za niedostateczny, lecz za absurdalny. Dowództwo zakładało stosunkowo krótką walkę, prowadzoną w warunkach załamywania się niemieckiego frontu i zbliżania się Armii Czerwonej. Warszawa miała zostać opanowana albo przynajmniej w znacznej części przejęta przed wejściem Sowietów, aby polskie władze mogły wystąpić wobec nich w charakterze gospodarza. Można – i trzeba – dyskutować o realizmie tych założeń. Nie można natomiast oceniać przygotowań do operacji kilkudniowej tak, jak gdyby Komenda Główna AK świadomie planowała samotną dwumiesięczną bitwę z Wehrmachtem i SS.

Nie oznacza to usprawiedliwienia wszystkiego, co wydarzyło się przed godziną „W”. Przeciwnie. Właśnie pierwsze godziny Powstania najboleśniej ujawniły różnicę między planem a rzeczywistością. Zbyt wiele obiektów próbowano zdobywać uderzeniem słabo uzbrojonej piechoty. Niemieckie koszary, umocnione gmachy, lotniska, mosty i inne kluczowe punkty okazały się znacznie trudniejsze do opanowania, niż przewidywano. Tam, gdzie przeciwnik był przygotowany, posiadał broń maszynową i dysponował odpowiednim polem ostrzału, sama przewaga zaskoczenia niewiele pomagała. Pierwszego dnia Powstania bardzo wielu młodych ludzi zapłaciło życiem za coś, czego dowództwo nie mogło im dać: za brak ciężkiej broni.

I tutaj pojawia się zasadnicze rozróżnienie. Armia Krajowa nie była materialnie przygotowana do regularnej wojny miejskiej. Nie znaczy to jednak, że jej żołnierze byli do niej całkowicie nieprzygotowani. Konspiracja przez pięć lat tworzyła kadry, system dowodzenia, łączność, służby sanitarne, wywiad, struktury saperskie i logistyczne. Prowadzono szkolenie wojskowe. Istniały doświadczenia dywersji i walki ulicznej. Wielu oficerów pamiętało jeszcze kampanię 1939 roku, część miała doświadczenia wcześniejszej służby wojskowej. Problem polegał na tym, że czym innym jest przygotowanie człowieka do walki, a czym innym wyposażenie armii w środki niezbędne do prowadzenia bitwy.

Najlepiej widać to po kilku dniach. Armia, która 1 sierpnia popełniała kosztowne błędy podczas szturmowania niemieckich obiektów, zaczęła niezwykle szybko przystosowywać miasto do własnych możliwości. Powstawały barykady. Przebijano przejścia pomiędzy kamienicami, aby nie wychodzić na ostrzeliwane ulice. Piwnice zamieniano w ciągi komunikacyjne, punkty sanitarne, magazyny i schrony. Kanały, których przed Powstaniem nie przygotowano jako systemu pozwalającego przerzucać tysiące ludzi pomiędzy dzielnicami, stały się drugą siecią komunikacyjną Warszawy. Produkowano granaty, naprawiano zdobyczną broń, organizowano warsztaty, a broń zabitego Niemca natychmiast stawała się częścią powstańskiego arsenału.

To nie wygląda jak armia, która nie potrafi walczyć. Wygląda jak armia, która uczy się podczas bitwy, ponieważ wojna okazała się zupełnie inna od tej, którą przewidywał plan.

Dobrym przykładem są niemieckie Goliaty. Kiedy niewielkie zdalnie sterowane nosiciele ładunków wybuchowych pojawiły się na ulicach Warszawy, były dla powstańców nową bronią. Niemcy mogli kierować je pod barykady i detonować kilkadziesiąt kilogramów materiału wybuchowego, nie narażając sapera. Powstańcy szybko odkryli jednak ich zasadniczą słabość: kabel sterujący. 14 sierpnia ppłk Jan Szypowski „Leśnik” unieruchomił Goliata, który następnie został rozbrojony i zbadany. Kilka dni później Grupa „Północ” dysponowała już instrukcją postępowania z tą bronią. Niemiecki przemysł potrzebował fabryki, aby wyprodukować Goliata. Powstańcom wystarczyło kilka dni, aby nauczyć się go zatrzymywać.

Podobnie było z walką o budynki. PAST-y nie udało się zdobyć 1 sierpnia. Nie udały się również kolejne próby. Gdyby Armia Krajowa rzeczywiście była formacją niezdolną do prowadzenia wojny miejskiej, historia powinna zakończyć się w tym miejscu. Tymczasem powstańcy wyciągnęli wnioski z niepowodzeń, rozpoznali obiekt, przygotowali kolejny szturm i znaleźli sposób na zastąpienie artylerii, której nie mieli. 20 sierpnia PAST-a została zdobyta. Do niewoli dostała się liczna niemiecka załoga, a nad budynkiem zawisła biało-czerwona flaga. Nie był to triumf romantyzmu nad sztuką wojenną. Było dokładnie odwrotnie. Było to zwycięstwo odniesione dlatego, że romantyczny atak zastąpiono przygotowaną operacją.

Najbardziej niezwykłym poligonem stały się jednak kanały. Przed Powstaniem nikt nie stworzył z warszawskiej kanalizacji kompletnego wojskowego systemu komunikacyjnego. Wojna zrobiła to za powstańców. Kiedy Niemcy zaczęli odcinać dzielnice, pod ziemią powstała druga Warszawa. Przechodzili tamtędy łącznicy, przenoszono meldunki, broń i pocztę, a w końcu całe oddziały. Niemcy zrozumieli znaczenie kanałów i zaczęli je zwalczać granatami, środkami drażniącymi, zaporami oraz specjalistycznymi środkami technicznymi, w tym eksperymentalnym „Tajfunem”. Powstańcy mimo to potrafili 1–2 września wyprowadzić ze Starego Miasta tysiące ludzi. Trudno o bardziej osobliwy przykład improwizowanej operacji wojskowej: przeciwnik zdobywał dzielnicę na powierzchni, a jej armia wymykała mu się kilka metrów pod ziemią.

Nie należy z tego wszystkiego wyciągać wniosku, że Armia Krajowa była znakomicie przygotowana do wojny miejskiej. Byłaby to druga skrajność, równie fałszywa jak pierwsza. Prawdziwa armia przygotowana do takiej bitwy potrzebuje przede wszystkim ognia. Potrzebuje artylerii, moździerzy, broni przeciwpancernej, dużych zapasów amunicji, środków łączności i sprawnego systemu uzupełniania strat. Potrzebuje możliwości koncentracji sił w wybranym miejscu oraz odwodów pozwalających wykorzystać powodzenie. Powstańcza Warszawa miała bardzo niewiele z tych rzeczy.

Szczególnie dotkliwy był brak ciężkiej broni. W walce miejskiej obrońca posiada naturalną przewagę, dopóki może wykorzystywać budynki jako umocnienia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przeciwnik może po prostu te budynki niszczyć. Na Starym Mieście Niemcy pokazali tę przewagę w najbardziej brutalny sposób. Jeżeli powstańcy bronili kamienicy, można było ostrzelać ją artylerią. Jeżeli nadal się bronili, można było wezwać lotnictwo. Jeśli po bombardowaniu zajmowali ruiny, do walki wchodziły działa szturmowe, saperzy, miotacze ognia i piechota. Powstańcy mogli zniszczyć czołg butelkami zapalającymi albo zdobyć niemiecki karabin. Nie mogli zdobyć własnej Luftwaffe.

Stare Miasto jest dlatego najlepszym sprawdzianem odpowiedzi na pytanie postawione w tytule. Obrońcy walczyli tam coraz lepiej, a mimo to ich sytuacja stawała się coraz gorsza. To nie paradoks. To różnica pomiędzy skutecznością taktyczną a możliwościami strategicznymi. Można znakomicie bronić jednej kamienicy i jednocześnie przegrywać dzielnicę. Można zniszczyć niemiecki pojazd, lecz nie mieć możliwości zastąpienia własnych poległych. Można odeprzeć trzy szturmy, ale jeżeli przeciwnik może przeprowadzić czwarty, a potem piąty, problem zostaje jedynie odłożony.

Największym przeciwnikiem AK stawał się więc czas. Powstanie zaplanowane jako stosunkowo krótkie wystąpienie musiało przekształcić się w regularną bitwę, ale nie mogło w równie szybkim tempie przekształcić własnego zaplecza. Człowieka można było nauczyć obsługi zdobycznego karabinu. Nie można było w piwnicy wyprodukować miliona nabojów. Można było zbudować granat z dostępnych materiałów. Nie można było stworzyć baterii ciężkiej artylerii. Można było przebić przejście pomiędzy piwnicami. Nie można było zbudować mostu powietrznego bez samolotów.

Stąd hasło „Każdy pocisk – jeden Niemiec”, które pojawiło się na powstańczych plakatach, było czymś więcej niż propagandą. Było skróconym wykładem powstańczej logistyki. Regularna armia oszczędza amunicję, ponieważ następny transport może przyjechać jutro. Powstanie oszczędzało ją, ponieważ następnego transportu mogło nie być w ogóle. To różnica, której nie da się usunąć żadnym bohaterstwem.

A jednak właśnie w tych warunkach wydarzyła się rzecz, której nie powinno się pomijać. Armia Krajowa stopniowo stawała się armią wojny miejskiej. Nie dlatego, że ktoś przed 1 sierpnia znakomicie ją do tego przygotował, lecz dlatego, że ludzie pozostający przy życiu uczyli się szybciej, niż przeciwnik potrafił ich zniszczyć. Pierwsze dni kosztowały ogromnie dużo, ponieważ lekcje były opłacane krwią. Później atakowano ostrożniej, lepiej wykorzystywano zabudowę, tworzono własne rozwiązania techniczne, coraz sprawniej funkcjonowała łączność kanałowa, a zdobyczna broń była natychmiast badana i wykorzystywana.

W tym miejscu pojawia się jeszcze jeden problem. O Powstaniu zbyt często dyskutuje się tak, jakby decyzja o jego rozpoczęciu i sposób prowadzenia walki były jednym zagadnieniem. Nie są. Można uważać decyzję polityczno-strategiczną z 31 lipca za błędną i jednocześnie uznać późniejszą zdolność oddziałów AK do adaptacji za imponującą. Można również bronić decyzji o rozpoczęciu Powstania, nie udając, że jego przygotowanie materialne było wystarczające. Historia nie wymaga wyboru pomiędzy pomnikiem i aktem oskarżenia.

Jest jeszcze jedna rzecz, której nie należy pomijać. Powstańcy nie walczyli w pustym mieście. Każda decyzja wojskowa dotyczyła przestrzeni zamieszkanej przez setki tysięcy cywilów. Barykada mogła chronić pozycję, ale jednocześnie zamykała ulicę. Kamienica była punktem oporu, ale w jej piwnicy znajdowały się rodziny. Szpital polowy funkcjonował w budynku, który dla niemieckiego lotnika pozostawał częścią obszaru przeciwnika. Wojna miejska jest zawsze wojną prowadzoną wewnątrz życia cywilnego. Warszawa doprowadziła tę zasadę do skrajności.

Dlatego odpowiedź na pytanie, czy Armia Krajowa była przygotowana do wojny miejskiej, musi brzmieć: była przygotowana znacznie lepiej pod względem ludzkim i organizacyjnym niż pod względem materialnym, ale przede wszystkim była przygotowana do innej wojny. Zakładano krótkie wystąpienie w momencie niemieckiego odwrotu. Otrzymano sześćdziesiąt trzy dni samotnej bitwy w mieście, którego przeciwnik nie zamierzał oddać bez walki. Różnica pomiędzy jednym a drugim była przepaścią.

I właśnie zdolność pokonywania tej przepaści tłumaczy, dlaczego Powstanie trwało tak długo. Nie wygrały go barykady, kanały, zdobyczne karabiny ani improwizowane granaty. Nie mogły wygrać, ponieważ nie usuwały podstawowej przewagi przeciwnika. Pozwalały jednak przetrwać następny dzień, a później jeszcze jeden. W wojnie, której nie można wygrać własnymi środkami, umiejętność kupowania czasu staje się najważniejszą umiejętnością armii.

Armia Krajowa 1 sierpnia nie była więc gotową armią wojny miejskiej. Stała się nią w czasie Powstania. Problem polegał na tym, że nauczyła się tej wojny szybciej, niż mogła zdobyć środki potrzebne do jej wygrania. Niemcy mieli artylerię, lotnictwo, czołgi, Goliaty i „Tajfuna”. Powstańcy mieli miasto, które z każdym dniem coraz lepiej potrafili zamieniać w pole walki.

To wystarczyło na sześćdziesiąt trzy dni. Nie mogło wystarczyć na zwycięstwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz