Wiaczesław Mołotow podpisuje niemiecko-sowiecki traktat o granicach i przyjaźni, Moskwa, 28 września 1939 roku. Za nim stoją m.in. Joachim von Ribbentrop i Józef Stalin. Fotografia ze zbiorów amerykańskiego National Archives and Records Administration, identyfikator NARA 540196. Autor nieznany. Domena publiczna, Public Domain Mark 1.0.
W nocy z 23 na 24 sierpnia 1939 roku w Moskwie nie podpisano zwykłego układu o nieagresji. Pod pozorem dyplomatycznej umowy dwa państwa porozumiały się w sprawie podziału terytoriów należących do innych narodów. Ministrowie spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow złożyli podpisy pod dokumentem, którego część jawna mówiła o pokoju, a część tajna wyznaczała granice przyszłych podbojów. Józef Stalin przyglądał się ceremonii z zadowoleniem człowieka, który nie rozpoczynając jeszcze wojny, otrzymywał już znaczną część jej łupów.
Pakt Ribbentrop–Mołotow przedstawiany jest niekiedy jako zaskakujący sojusz dwóch śmiertelnie wrogich ideologii. W rzeczywistości zaskoczeni mogli być przede wszystkim ci, którzy zbyt poważnie traktowali propagandę obu państw. Hitler nienawidził komunizmu, Stalin zaś uważał narodowy socjalizm za konkurencyjną odmianę imperializmu, lecz obydwaj potrafili odłożyć ideologię na bok, kiedy pojawiała się możliwość podziału Europy Środkowo-Wschodniej. Dyktatorzy mogą nienawidzić się prywatnie, a jednocześnie doskonale rozumieć przy stole negocjacyjnym. Zwłaszcza kiedy rachunek za ich porozumienie ma zapłacić ktoś trzeci.
Dla Polski układ z 23 sierpnia oznaczał powrót do reguły Bismarcka. Żelazny kanclerz, który nie ukrywał swojej wrogości wobec Polaków, uważał, że bezpieczeństwo Niemiec wymaga dobrych stosunków z Rosją. Polityka zaczynała się dla niego od mapy. Kiedy Berlin i Petersburg współpracowały, państwa oraz narody położone między nimi stawały się przedmiotem, a nie uczestnikiem polityki. Tak było podczas rozbiorów Rzeczypospolitej i tak stało się ponownie w 1939 roku. Zmieniły się nazwy państw, mundury i ideologie, ale sama mapa pozostała zadziwiająco podobna.
Odejście Niemiec od tej zasady przed pierwszą wojną światową otworzyło Polsce drogę do niepodległości. Konflikt pomiędzy mocarstwami zaborczymi sprawił, że sprawa polska przestała być ich wspólnym problemem, a stała się narzędziem używanym przez każdą ze stron przeciw pozostałym. Odrodzenie Rzeczypospolitej było możliwe nie tylko dzięki polskiemu wysiłkowi zbrojnemu i politycznemu, lecz także dlatego, że Niemcy i Rosja znalazły się w przeciwnych obozach. Pakt z sierpnia 1939 roku zamykał to historyczne okno. Berlin i Moskwa ponownie odkryły, że więcej mogą zyskać wspólnie, niż walcząc ze sobą.
Jawna część układu nie zawierała niczego, co w ówczesnej dyplomacji musiało wyglądać niezwykle. Niemcy i Związek Sowiecki zobowiązywały się nie napadać na siebie, zachować neutralność w razie konfliktu jednej ze stron z państwem trzecim oraz rozwiązywać wzajemne spory w drodze konsultacji. Gdyby istniała tylko ta część dokumentu, można byłoby jeszcze utrzymywać, że Stalin próbował uchronić swój kraj przed wojną, której Armia Czerwona po czystkach w korpusie oficerskim mogła się obawiać.
Znaczenie paktu ujawniał dopiero tajny protokół. Finlandia, Estonia i Łotwa znalazły się w sowieckiej strefie interesów, natomiast granicę niemieckiej i sowieckiej strefy na ziemiach polskich wyznaczono w przybliżeniu wzdłuż Narwi, Wisły i Sanu. Dokument nie przesądzał nawet, czy jakiekolwiek państwo polskie powinno przetrwać. Ribbentrop i Mołotow zapisali, że kwestia zachowania niezależnej Polski zostanie rozstrzygnięta później, w zależności od rozwoju sytuacji, poprzez „przyjacielskie porozumienie” obu rządów. Trudno o bardziej cyniczne zastosowanie języka dyplomacji. O istnieniu Polski mieli rozmawiać przyjaźnie ludzie, którzy nie pytali o zdanie ani jej rządu, ani obywateli.
Tajny protokół nie był luźną deklaracją przyszłych zamiarów. Stanowił polityczną zgodę Stalina na niemiecki atak i zapowiedź sowieckiego uczestnictwa w rozbiorze. Hitler uzyskiwał dzięki niemu coś, czego potrzebował najbardziej: pewność, że uderzając na Polskę, nie będzie musiał od pierwszego dnia prowadzić wojny na dwóch frontach. Niemieckie dowództwo pamiętało doświadczenie lat 1914–1918. Największym koszmarem strategicznym Berlina pozostawała równoczesna wojna przeciwko Francji i Wielkiej Brytanii na zachodzie oraz Rosji na wschodzie. Pakt ze Stalinem usuwał ten problem. Na zachodzie Hitler liczył na bierność Francuzów i niewielkie możliwości natychmiastowego działania Brytyjczyków, na wschodzie otrzymywał neutralność państwa, które zamiast pomagać Polsce przygotowywało się do udziału w jej rozbiorze.
Dlatego od 23 sierpnia Hitler nie musiał już szczególnie obawiać się wojny z Polską. Nie oznacza to, że wcześniej obawiał się polskiej armii bardziej niż przyznawała to niemiecka propaganda. Wehrmacht dysponował przewagą liczebną, techniczną i operacyjną, ale kampania nadal wiązała się z ryzykiem. Gdyby Związek Sowiecki zachował rzeczywistą neutralność albo związał się z Francją i Wielką Brytanią, Niemcy musiałyby uwzględnić możliwość wojny, w której czas pracowałby przeciwko nim. Porozumienie ze Stalinem pozwalało skoncentrować zdecydowaną większość sił przeciw Polsce, pozostawiając na zachodzie stosunkowo słabą osłonę.
Obawy niemieckie nie zniknęły całkowicie. Hitler nadal liczył, że Wielka Brytania i Francja ograniczą się do protestów albo po kolejnej konferencji zgodzą się na dokonany fakt. W Monachium przekonał się przecież, że zachodnie demokracje potrafią poświęcić cudze terytorium w imię pokoju, który obowiązuje tylko do następnego niemieckiego żądania. Polski opór mógł doprowadzić do wojny europejskiej, lecz zawarcie układu ze Stalinem pozwalało Hitlerowi uznać, że ryzyko pozostaje do przyjęcia. Francuzi mogli ruszyć za Ren, Brytyjczycy mogli rozpocząć blokadę, ale Niemcy nie musiały równocześnie odpierać Armii Czerwonej. Przeciwnie, to Armia Czerwona miała uderzyć na polskie tyły.
Stalin osiągnął korzyści równie wielkie. Zyskiwał czas na odbudowę armii osłabionej przez własne czystki, przesuwał granice Związku Sowieckiego na zachód i kierował pierwsze uderzenie Wehrmachtu przeciw Polsce, a nie przeciw sobie. Otrzymywał również możliwość zajęcia państw bałtyckich i Besarabii. Najważniejsze było jednak skierowanie wojny ku zachodowi. Stalin liczył, że Niemcy, Francja i Wielka Brytania wyczerpią się we wzajemnej walce, a Związek Sowiecki wkroczy do konfliktu w chwili najbardziej dla siebie dogodnej. Nie trzeba przy tym powoływać się na często cytowane rzekome przemówienie Stalina z 19 sierpnia 1939 roku, którego autentyczność pozostaje kwestionowana. Jego rzeczywista polityka mówi wystarczająco jasno.
Rozmowy Związku Sowieckiego z Francją i Wielką Brytanią prowadzone latem 1939 roku nie były więc dowodem pokojowych zamiarów Kremla, lecz częścią licytacji. Stalin sprawdzał, która strona zaoferuje mu więcej. Zachód proponował niepewny sojusz przeciw Niemcom i wojnę, w której Armia Czerwona musiałaby ponosić znaczne koszty. Hitler proponował podział terytoriów, swobodę działania w Europie Wschodniej i odsunięcie niemiecko-sowieckiego starcia na później. Z punktu widzenia sowieckiego dyktatora wybór był prosty. Państwa zachodnie chciały, aby Stalin pomagał ratować istniejący porządek. Hitler pozwalał mu ten porządek wspólnie niszczyć.
Nie zmienia tego spór o możliwość przemarszu Armii Czerwonej przez terytorium Polski. Warszawa nie chciała zgodzić się na wejście wojsk sowieckich, ponieważ miała poważne podstawy przypuszczać, że wojska te po wykonaniu zadania już nie wyjdą. Historia polsko-sowieckich stosunków, los Ukrainy, Białorusi i państw kaukaskich nie zachęcały do traktowania sowieckiej „pomocy” jako bezinteresownej. Oczekiwanie, że Polska dobrowolnie otworzy granice Armii Czerwonej, było żądaniem powierzenia Stalinowi rozstrzygnięcia, czy Rzeczpospolita zachowa swoją niezależność. Późniejsze losy Litwy, Łotwy i Estonii pokazały, ile były warte sowieckie zapewnienia o poszanowaniu suwerenności.
Pakt miał także wymiar gospodarczy, bez którego jego znaczenie dla niemieckiej strategii byłoby niepełne. Niemcy obawiały się długotrwałej blokady oraz niedoboru ropy, zboża, rud metali i innych surowców. Porozumienia gospodarcze ze Związkiem Sowieckim umożliwiły później dostarczanie Rzeszy ogromnych ilości materiałów potrzebnych do prowadzenia wojny. Sowieckie transporty docierały do Niemiec także wtedy, gdy Wehrmacht walczył już na Zachodzie. Stalin pomagał więc Hitlerowi omijać skutki brytyjskiej blokady, zakładając, że wcześniej czy później obydwaj dyktatorzy i tak zwrócą się przeciw sobie.
Współpraca nie zakończyła się 17 września, kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Polski, realizując ustalenia tajnego protokołu. Dnia 28 września Niemcy i Związek Sowiecki podpisały traktat o granicach i przyjaźni. Skorygowano wówczas wcześniejszy podział: Litwa została przekazana do sowieckiej strefy, natomiast Niemcy otrzymali Lubelszczyznę i część województwa warszawskiego. Dwaj agresorzy nie tylko zajmowali polskie ziemie, lecz jeszcze handlowali nimi między sobą, jakby przesuwali pionki na mapie pozbawionej mieszkańców. W Brześciu odbyła się wspólna niemiecko-sowiecka defilada, a służby obu państw rozpoczęły współpracę przeciw polskiemu podziemiu i elitom.
Określenie „pakt o nieagresji” jest zatem prawdziwe jedynie w odniesieniu do stosunków między jego sygnatariuszami. Wobec Polski, Finlandii, Estonii, Łotwy, Litwy i Rumunii był to pakt agresji. Niemcy i Związek Sowiecki zobowiązały się nie napadać na siebie, ponieważ chciały bez przeszkód napadać na innych. Neutralność Moskwy nie była brakiem udziału w wojnie, lecz warunkiem umożliwiającym jej rozpoczęcie przez Hitlera. Sowiecki atak z 17 września nie stanowił spontanicznej reakcji na rozpad państwa polskiego. Był wykonaniem umowy zawartej przed rozpoczęciem kampanii.
Polityka Becka, próbującego utrzymać równowagę między Niemcami a Związkiem Sowieckim, poniosła ostateczną klęskę właśnie 23 sierpnia. Nie dlatego, że sama idea równowagi była pozbawiona logiki, lecz dlatego, że jej powodzenie wymagało trwałego konfliktu interesów między Berlinem i Moskwą. Kiedy obaj sąsiedzi doszli do porozumienia, Polska została sama, związana z odległymi sojusznikami, którzy mogli wypowiedzieć Niemcom wojnę, ale nie mogli zapobiec rozbiorowi Rzeczypospolitej. W tej sytuacji „egzotyczne sojusze” nie były kaprysem polskiej dyplomacji, lecz próbą znalezienia oparcia poza układem dwóch mocarstw zainteresowanych likwidacją państwa polskiego. Problem polegał na tym, że były zbyt odległe, aby uratować Polskę we wrześniu 1939 roku.
Mapa tajnego protokołu pozostaje syntezą nie tylko ówczesnej katastrofy, lecz także trwałego problemu polskiej polityki. Rozbiory nie muszą zawsze przyjmować postaci wojsk przekraczających granice. Mogą odbywać się poprzez uzależnienie gospodarcze, energetyczne i polityczne, przy zachowaniu flagi, hymnu oraz formalnych instytucji niepodległego państwa. Reguła Bismarcka nie oznacza, że każde porozumienie niemiecko-rosyjskie musi być wymierzone w Polskę. Oznacza natomiast, że Polska nie może bezczynnie zakładać, iż konflikt między Berlinem a Moskwą będzie trwał wiecznie i automatycznie zapewni jej bezpieczeństwo.
Pakt Ribbentrop–Mołotow przetrwał niespełna dwa lata. Dnia 22 czerwca 1941 roku Hitler zaatakował swojego sowieckiego wspólnika, pokazując, ile warte były podpisy składane przez przywódców państw totalitarnych. Nie unieważnia to jednak znaczenia układu z sierpnia 1939 roku. Bez neutralności Stalina Hitler musiałby znacznie ostrożniej oceniać ryzyko wojny z Polską i jej zachodnimi sojusznikami. Dzięki Stalinowi mógł rozpocząć konflikt w przekonaniu, że Polska zostanie zaatakowana z dwóch stron, a Wielka Brytania i Francja nie zdołają udzielić jej skutecznej pomocy. Wojna zaczęła się niemieckim ostrzałem, ale droga do IV rozbioru Polski została otwarta w Moskwie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz