Strony

piątek, 4 września 2026

Czy Powstanie należało zakończyć po upadku Starego Miasta?

 














Powstaniec Armii Krajowej wychodzi z kanału, Warszawa, wrzesień 1944 r. Kanały stały się podczas Powstania drogami łączącymi odcięte od siebie dzielnice i drogą odwrotu żołnierzy z utraconych pozycji. Fot. Planet News photographer. Imperial War Museums, HU 86081. Wikimedia Commons. Domena publiczna – wygasły brytyjski Crown Copyright.

W nocy z 1 na 2 września 1944 roku ludzie wychodzili z kanałów na Wareckiej nie jak zwycięska armia, ale jak rozbitkowie. Byli brudni, wyczerpani, często ranni, wielu ledwo trzymało się na nogach. Za nimi pozostawało Stare Miasto, które przez niemal miesiąc wiązało znaczne siły niemieckie i stało się jednym z najcięższych pól bitwy Powstania. W ruinach zostawali ciężko ranni, których nie można było przeprowadzić kanałami, personel szpitali oraz dziesiątki tysięcy cywilów. Niemcy zajmowali dzielnicę i rozpoczynali pacyfikację, a ocalałe oddziały Grupy „Północ” przechodziły do Śródmieścia i na Żoliborz. Powstanie trwało trzydzieści trzy dni i właśnie wtedy po raz pierwszy można było zupełnie poważnie zapytać, czy dalsza walka ma jeszcze sens.

To pytanie jest trudniejsze niż spór o samą decyzję z 1 sierpnia. O rozpoczęciu Powstania można dyskutować, odtwarzając informacje dostępne Komendzie Głównej AK pod koniec lipca, położenie Armii Czerwonej, niemieckie ruchy wojsk i polityczne znaczenie opanowania stolicy przed wkroczeniem Sowietów. Drugiego września nie trzeba było już niczego przewidywać. Można było obejrzeć rezultat pierwszego miesiąca walki. Wola została utracona, Ochota spacyfikowana, Stare Miasto zamienione w rumowisko, połączenie z Żoliborzem zerwane, a niemiecka przewaga w artylerii, broni pancernej i lotnictwie pozostawała przygniatająca. Upadek Starówki dodatkowo uwalniał Niemcom siły, które mogli skierować przeciw kolejnym dzielnicom.

Najprostsza odpowiedź brzmi więc: należało kapitulować. Z perspektywy czysto wojskowej argument jest bardzo mocny. Powstanie nie osiągnęło podstawowego celu operacyjnego, jakim było opanowanie Warszawy przed wkroczeniem Armii Czerwonej, a po miesiącu nie istniała już realna możliwość samodzielnego pokonania niemieckiego garnizonu i sił skierowanych do stłumienia walk. AK nie miała artylerii zdolnej równoważyć niemiecką, nie miała czołgów w liczbie pozwalającej prowadzić regularną operację, nie miała lotnictwa i cierpiała na chroniczny brak amunicji. Każdy kolejny dzień oznaczał więc nie tylko straty żołnierzy, lecz także burzenie następnych domów i śmierć ludzi, którzy nigdy nie zgłaszali się do żadnej armii.

Tyle że dowództwo AK nie siedziało 2 września nad książką opisującą zakończone Powstanie Warszawskie. Nie znało przyszłości. Nie wiedziało, że walka potrwa jeszcze miesiąc, że Czerniaków zostanie zgnieciony, Mokotów skapituluję 27 września, Żoliborz trzy dni później, a Stalin nadal nie pozwoli Armii Czerwonej udzielić Powstaniu pomocy mogącej zmienić wynik bitwy. Oceniając decyzję o dalszej walce, trzeba więc zrobić rzecz w publicystyce historycznej niewygodną, ale konieczną: na chwilę zapomnieć o tym, co wydarzyło się później.

Na początku września Wisła nadal była bowiem czymś więcej niż rzeką oddzielającą walczących od stojącej na wschodzie Armii Czerwonej. Była obietnicą. Sowieci znajdowali się blisko Warszawy, front nie zamarł na zawsze, a nikt po polskiej stronie nie mógł mieć pewności, czy za kilka dni ofensywa nie ruszy ponownie. I rzeczywiście ruszyła. 14 września Niemcy zostali wyparci z Pragi, a powstańcy na Czerniakowie zaczęli przygotowywać się do utrzymania przyczółka nad Wisłą. W następnych dniach żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego podjęli próbę przeprawy na lewy brzeg. Zakończyła się ona katastrofą, lecz 2 września jej wyniku nikt jeszcze nie znał.

W tym właśnie miejscu pojawia się najmocniejszy argument przeciwko kapitulacji po upadku Starówki. Gdyby AK złożyła broń 3 czy 4 września, a dziesięć dni później Armia Czerwona zajęła Pragę i rzeczywiście podjęła skuteczną operację sforsowania Wisły, decyzja o kapitulacji zostałaby zapewne uznana za jeden z największych błędów polskiego dowództwa. Warszawa poddałaby się niemal w chwili, gdy front ponownie do niej dochodził. Łatwo dzisiaj powiedzieć, że Stalin nie zamierzał ratować politycznie niezależnej od niego Armii Krajowej. Znacznie trudniej było 2 września wykluczyć, że logika działań wojennych zmusi go do uderzenia na Warszawę niezależnie od tego, co sądził o AK.

Był jeszcze drugi argument, o którym często zapominamy, patrząc na mapę zniszczonego miasta. Powstanie po upadku Starego Miasta nie przestało istnieć jako zorganizowana siła wojskowa. Walczyło Śródmieście, Mokotów, Żoliborz, Czerniaków, a w Puszczy Kampinoskiej działały znaczne siły AK. Niemcy nie zdobyli Śródmieścia, które pozostawało centrum polskiego oporu, i nie byli w stanie po prostu wejść tam następnego dnia. Powstańcza Warszawa została rozczłonkowana, ale nie została jeszcze militarnie złamana. To zasadnicza różnica, bo czym innym jest kontynuowanie walki przez oddziały rozbite i pozbawione dowodzenia, a czym innym przez nadal funkcjonującą organizację wojskową, która kontroluje część miasta i oczekuje zmiany sytuacji na froncie.

Nie wolno jednak pozwolić, aby ten argument przesłonił cenę. Po 2 września Warszawa nadal płaciła za każdy dzień oczekiwania. Niemcy, uwolniwszy siły zaangażowane przeciw Starówce, mogli kolejno uderzać na pozostałe ośrodki oporu. Tego samego dnia, kiedy kończyła się obrona Starego Miasta, padła Sadyba, co otworzyło Niemcom drogę do dalszego nacisku na Mokotów. Trwały bombardowania Śródmieścia, a niemieckie dowództwo mogło coraz swobodniej wybierać następny cel. Mechanizm stawał się ponuro prosty: Polacy bronili kolejnej dzielnicy, Niemcy koncentrowali przeciw niej artylerię i lotnictwo, dzielnica zamieniała się w ruiny, po czym niemieckie siły przesuwały się dalej.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy spór o 2 września. Nie dotyczy on już tego, czy Powstanie mogło zwyciężyć własnymi siłami. Nie mogło. Dotyczy pytania, ile czasu wolno dowódcy kupować krwią żołnierzy i cywilów, jeżeli jedyną realną szansą jest pojawienie się pomocy z zewnątrz. Wojna zna takie sytuacje i nie daje na nie wygodnej odpowiedzi. Twierdza może bronić się jeszcze tydzień i doczekać odsieczy, a może bronić się tydzień i zostać zdobyta dzień przed jej nadejściem. Dowódca, który kapituluje za wcześnie, może zmarnować cały wcześniejszy wysiłek; dowódca, który kapituluje za późno, zamienia nadzieję w rachunek trupów.

W Warszawie problem był jeszcze gorszy, ponieważ za decyzję wojskową płaciła przede wszystkim ludność cywilna. Żołnierz przynajmniej wiedział, dlaczego pozostaje na stanowisku. Miał dowódcę, broń, oddział i możliwość działania. Cywil siedzący z dziećmi w piwnicy przy Marszałkowskiej nie miał wpływu ani na decyzję z 1 sierpnia, ani na decyzję o kontynuowaniu walki we wrześniu. Nie mógł też powiedzieć Niemcom i powstańcom, że dla niego wojna właśnie się skończyła. Każda decyzja o dalszym oporze obejmowała więc swoim skutkiem ludzi, których nikt nie pytał o zgodę, a po miesiącu bombardowań, głodu, braku wody i życia pod gruzami nie była to już okoliczność poboczna.

Można zatem bronić decyzji o kontynuowaniu Powstania bez popadania w legendę o walce „do ostatniej kropli krwi”. Takie hasła dobrze wyglądają na pomnikach, ale dowódca odpowiedzialny za żywych ludzi powinien być wobec nich podejrzliwy. Po upadku Starego Miasta istniały racjonalne powody, aby jeszcze czekać: zbliżenie frontu, możliwość sowieckiego uderzenia, zachowanie znacznych sił AK oraz polityczna stawka obecności legalnych władz polskich w stolicy. Problem polegał na tym, że dalsza walka powinna od tego momentu mieć bardzo jasno określony warunek zakończenia. Nie można było już walczyć dlatego, że walczyło się przez poprzednie trzydzieści dni.

I tu dochodzimy do wydarzenia, które zmienia ocenę znacznie bardziej niż sam upadek Starówki. 10 września rozpoczęły się pierwsze kontakty dotyczące możliwości zakończenia walk, ale 11 września polskie dowództwo przerwało rozmowy kapitulacyjne, ponieważ pojawiły się oznaki sowieckiego ruchu na Pradze. Tego samego dnia „Bór” zwrócił się do marszałka Konstantego Rokossowskiego o pomoc. Po wojnie tłumaczył, że właśnie oczekiwanie na wejście Rosjan powstrzymało dowództwo przed zawarciem porozumienia z Niemcami. Trudno znaleźć lepszy dowód, że dalsza walka nie była już traktowana jako samodzielna operacja AK. Stała się zakładem o to, czy Sowieci przejdą Wisłę.

Ten zakład przez kilka dni nie wyglądał absurdalnie. 14 września Praga została zdobyta, a trzy dni później żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego rzeczywiście zaczęli przeprawiać się przez Wisłę. Na Czerniakowie Polacy walczący dotąd w dwóch podporządkowanych różnym ośrodkom politycznym armiach spotkali się na jednym skrawku Warszawy. Przez moment mogło się wydawać, że scenariusz, na który czekało dowództwo AK, właśnie się realizuje. Tyle że przeprawa nie przekształciła się w operację mogącą uratować Powstanie, przyczółek czerniakowski został zniszczony, a większe sowieckie uderzenie nie nastąpiło. 23 września padł Czerniaków, cztery dni później skapitulował Mokotów, a 30 września Żoliborz.

Dlatego postawiłbym granicę inaczej niż w pytaniu zawartym w tytule. Nie uważam, że Powstanie należało automatycznie zakończyć 2 września wraz z upadkiem Starego Miasta. Taka decyzja, oceniana wiedzą dostępną wtedy, byłaby przedwczesna. Front nadal znajdował się blisko, znaczna część sił AK zachowywała zdolność walki, a możliwość sowieckiego wejścia do Warszawy nie była fantazją. Potwierdziły to wydarzenia następnych dwóch tygodni: Armia Czerwona zajęła Pragę, a oddziały 1. Armii WP rzeczywiście przeprawiły się na Czerniaków. Dowództwo AK miało więc podstawy, aby po utracie Starówki nie składać natychmiast broni.

Znacznie trudniej bronić dalszego przeciągania walki, kiedy stało się jasne, że czerniakowski przyczółek nie zostanie wykorzystany do większej operacji, a Sowieci nie zamierzają sforsować Wisły siłami zdolnymi uratować Warszawę. Po upadku Czerniakowa 23 września sytuacja wyglądała już inaczej niż trzy tygodnie wcześniej. Nie czekano na odsiecz, której ruch można było obserwować po drugiej stronie rzeki, lecz na zmianę politycznej decyzji Stalina, na którą dowództwo AK nie miało żadnego wpływu. Każdy kolejny dzień przynosił natomiast skutki całkowicie realne: następne ofiary, kolejne ruiny i coraz większe cierpienie cywilów.

Można oczywiście odpowiedzieć, że kapitulacja również nie gwarantowała bezpieczeństwa. Po Woli, Ochocie i Starym Mieście nikt rozsądny nie mógł ufać niemieckim zapewnieniom. To jest najmocniejszy kontrargument wobec zwolenników wcześniejszego zakończenia walk. Powstańcy wiedzieli, co Niemcy robili z ludnością i rannymi, a zatem złożenie broni nie było przejściem od wojny do bezpieczeństwa. Równocześnie sytuacja prawna AK zaczynała się zmieniać: pod koniec sierpnia zachodni alianci uznali jej żołnierzy za kombatantów, a ostateczna umowa kapitulacyjna zagwarantowała im status jeńców wojennych. Nie była to gwarancja doskonała i Niemcy nadal popełniali zbrodnie, ale tworzyła przestrzeń do negocjacji, której na początku sierpnia praktycznie nie było.

Ostateczna kapitulacja nastąpiła dopiero po upadku Mokotowa i Żoliborza. 1 października Komenda Główna AK i Delegatura Rządu uznały, że wobec braku realnej pomocy dalsza walka nie ma perspektyw, a 2 października rozpoczęto negocjacje prowadzące do zakończenia Powstania. W samym Śródmieściu pozostawały wtedy setki tysięcy cywilów, brakowało żywności i amunicji, a dalsza obrona mogła już tylko odwlec wynik, którego nie sposób było zmienić.

Czy zatem Powstanie należało zakończyć po upadku Starego Miasta? Moja odpowiedź brzmi: jeszcze nie. Drugiego września istniała ostatnia racjonalna przesłanka dalszej walki, czyli możliwość dojścia frontu do Wisły i połączenia walki w mieście z operacją wojsk sowieckich. Trzeba było tę możliwość sprawdzić, ponieważ kapitulacja na kilkanaście dni przed zajęciem Pragi mogła oznaczać zmarnowanie miesiąca oporu dosłownie przed nadejściem frontu. Nie wolno jednak z tej argumentacji robić pochwały walki bez końca. Dowódca nie otrzymuje moralnego prawa do dalszego przelewania krwi tylko dlatego, że wcześniej przelano jej bardzo dużo.

Stare Miasto powinno więc być traktowane nie jako moment automatycznej kapitulacji, lecz jako moment zmiany sensu Powstania. Do 2 września można było jeszcze mówić o samodzielnej walce o utrzymanie znacznej części Warszawy. Później była to przede wszystkim walka o czas potrzebny na nadejście odsieczy. Kiedy we wrześniu okazało się, że odsiecz zatrzymała się na drugim brzegu Wisły, czas przestał pracować dla powstańców, a zaczął pracować wyłącznie dla Niemców. Tragizm decyzji „Bora” nie polegał więc na tym, że po upadku Starówki nie skapitulował natychmiast, lecz na tym, że musiał rozpoznać chwilę, w której nadzieja przestaje być elementem strategii i staje się tylko powodem do wystawiania kolejnych ludzi na śmierć. W Warszawie ta granica nie przebiegała 2 września, ale pod koniec miesiąca była już widoczna aż nazbyt wyraźnie. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz