Polscy obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku po kapitulacji placówki, 1 września 1939 roku. Niemcy uznali ich za „nielegalnych bojowników”; 38 pocztowców skazano następnie w bezprawnych procesach i rozstrzelano 5 października 1939 roku. Autor fotografii nieznany. Źródło archiwalne: Instytut Pamięci Narodowej, sygn. GK-5-1-12-1; Wikimedia Commons. Domena publiczna — PD-Poland.
Pierwszego września 1939 roku Niemcy potrzebowali nie tylko zwycięstw, lecz także opowieści, która odbierze pokonanym prawo do szacunku. Polska miała zostać przedstawiona jako państwo sztuczne, niezdolne do obrony i zamieszkane przez ludzi, którzy albo strzelają zza węgła, albo z szablami rzucają się na czołgi. W Gdańsku obrońców Poczty Polskiej nazwano bandytami i skazano na śmierć. Pod Krojantami skuteczną szarżę na niemiecką piechotę zamieniono w widowisko narodowego obłędu. W obu przypadkach prawdziwa walka okazała się dla propagandy niewygodna, dlatego zastąpiono ją kłamstwem.
Poczta Polska w Wolnym Mieście Gdańsku nie była zwykłym urzędem, w którym rankiem sortowano listy, a wieczorem zamykano okienka. Stanowiła widoczny znak polskich praw w mieście coraz jawniej podporządkowywanym narodowym socjalistom. Na budynku widniało polskie godło, pracownicy należeli do polskich organizacji, a sama placówka utrzymywała łączność z krajem. Dla gdańskich nazistów była obcym ciałem, które należało usunąć natychmiast po rozpoczęciu wojny.
Polacy wiedzieli, że placówka znajdzie się wśród pierwszych celów. Przygotowania do obrony prowadził podporucznik rezerwy Konrad Guderski, delegowany przez Wojsko Polskie. W budynku zgromadzono trzy lekkie karabiny maszynowe, broń krótką, karabiny, granaty i zapas amunicji. Załoga nie była regularnym batalionem, lecz pocztowcami i rezerwistami, którzy wcześniej odbyli służbę wojskową oraz zostali przygotowani do walki. Nie zamierzali zdobywać Gdańska. Mieli utrzymać placówkę przez kilka godzin, licząc na nadejście polskiej odsieczy.
Odsiecz nie mogła nadejść, ponieważ sytuacja na Pomorzu od pierwszych godzin wojny układała się katastrofalnie. Mimo to o godzinie 4.45, kiedy niemiecka policja, oddziały SS-Heimwehr Danzig i formacje szturmowe zaatakowały budynek, obrońcy odpowiedzieli ogniem. Pierwsze próby wtargnięcia zostały odparte, a Guderski zginął podczas walk, prawdopodobnie od wybuchu własnego granatu. Niemcy, którzy spodziewali się szybkiego zajęcia urzędu, musieli ściągnąć samochody pancerne, artylerię i saperów. Zwyczajni pocztowcy zmusili aparat bezpieczeństwa Wolnego Miasta do przeprowadzenia regularnego szturmu.
Walka trwała około czternastu godzin. Obrońcy przenosili się między stanowiskami i odpowiadali ogniem, chociaż budynek był coraz bardziej zniszczony. Niemcy przebili otwór w ścianie, podciągnęli działa i użyli materiałów wybuchowych. Ostatecznie do piwnic wpompowano benzynę i podpalono gmach. Płomienie oraz dym uczyniły dalszą walkę niemożliwą. Plan zakładał wytrwanie przez kilka godzin, ale pocztowcy bronili się niemal do wieczora, choć od dawna wiedzieli, że nikt po nich nie przyjdzie.
Kapitulacja nie przyniosła ochrony, którą prawo wojenne powinno zapewnić walczącym. Jako pierwszy z białą flagą wyszedł dyrektor placówki Jan Michoń. Niemcy zastrzelili go na miejscu. Naczelnik Józef Wąsik, ciężko poparzony, został dobity miotaczem ognia. Pozostałych obrońców pobito, aresztowano i przewieziono do więzienia. Część zginęła podczas samej obrony, kolejni zmarli wskutek ran i oparzeń. Czterem pocztowcom udało się uciec, natomiast trzydziestu ośmiu, którzy pozostali w niemieckich rękach, czekał mord ubrany w togę sądową.
Proces był dalszym ciągiem ataku na Pocztę, tyle że karabiny zastąpiły paragrafy. Niemiecki sąd polowy uznał obrońców za partyzantów, jakby byli cywilami strzelającymi potajemnie do żołnierzy, a nie przygotowaną załogą broniącą polskiej placówki przed zbrojnym napadem. Wyroki śmierci zapadły w dwóch procesach, 8 i 29 września. Oskarżonym nie zapewniono rzeczywistej obrony, a sąd zastosował przepisy, które w chwili walki nie obowiązywały na terytorium Wolnego Miasta Gdańska. Piątego października 1939 roku trzydziestu ośmiu pocztowców rozstrzelano na Zaspie i pogrzebano w ukrytej mogile.
Niemcy najpierw odmówili im statusu żołnierzy, a następnie przez dziesięciolecia chronili ludzi odpowiedzialnych za zbrodnię sądową. Prokurator Hans-Werner Giesecke oraz przewodniczący sądu Kurt Bode po wojnie pracowali w zachodnioniemieckim wymiarze sprawiedliwości i nie ponieśli kary. Dopiero postępowanie przed Sądem Krajowym w Lubece doprowadziło pod koniec XX wieku do uchylenia wyroków i uniewinnienia pocztowców. Niemiecki wymiar sprawiedliwości potrzebował niemal sześćdziesięciu lat, aby przyznać, że ludzie rozstrzelani jako przestępcy byli ofiarami morderstwa dokonanego za pomocą sądu.
„Wolne miasto”. Film, który przywrócił pocztowcom twarze
W 1958 roku Stanisław Różewicz nakręcił „Wolne miasto”, pierwszy polski film fabularny poświęcony kampanii wrześniowej. Scenariusz napisał Jan Józef Szczepański, a twórcy sięgnęli po historię obrony, która nie należała jeszcze do najlepiej znanych epizodów wojny. Zamiast wielkiej bitwy, sztabów i generałów pokazali pracowników urzędu pocztowego żyjących w mieście, w którym polskość z każdym dniem stawała się coraz bardziej niebezpieczna.
Siła filmu Różewicza wynika z powściągliwości. Pocztowcy nie są w nim marmurowymi bohaterami od pierwszej sceny, wygłaszającymi przygotowane na rocznicową akademię przemówienia. Są ludźmi mającymi rodziny, lęki, obowiązki i słabości. Wojna wdziera się w ich codzienność, a obowiązek obrony nie spada na zawodowych komandosów, lecz na urzędników, którzy jeszcze niedawno przyjmowali telegramy i ważyli paczki. Dzięki temu ich decyzja staje się bardziej ludzka, a nie mniej bohaterska.
„Wolne miasto” nie potrzebuje wymyślać samobójczych gestów, aby nadać wydarzeniom dramatyzm. Rzeczywistość jest wystarczająco mocna: osamotniona placówka, wielogodzinna obrona, benzyna wpompowana do piwnic, kapitulacja i niemiecka zemsta. Różewicz rozumiał, że tragedia nie potrzebuje dekoracyjnego bohaterstwa. Wystarczy pokazać ludzi, którzy wiedzą, że pomoc nie nadejdzie, a mimo to nie składają broni.
Film powstał w czasach, gdy kino historyczne musiało przechodzić przez cenzurę i odpowiadać politycznym oczekiwaniom państwa komunistycznego. Mimo tych ograniczeń Różewicz nie zamienił obrońców w argument przeciwko II Rzeczypospolitej. Nie przedstawił ich jako ofiar głupich rozkazów wydanych przez groteskowych oficerów. Pozostawił im godność, a odpowiedzialność za zbrodnię przypisał tam, gdzie rzeczywiście się znajdowała — niemieckim napastnikom.
„Wolne miasto” jest dzisiaj filmem niesłusznie pozostającym w cieniu bardziej efektownych produkcji o wojnie. Nie ma malarskiego rozmachu Wajdy ani scen, które łatwo umieścić w albumie poświęconym polskiej szkole filmowej. Ma jednak coś ważniejszego: uczciwość wobec przedstawianych ludzi. Nie potrzebuje ich ośmieszać, poprawiać ani przerabiać na metaforę rzekomego końca polskiego świata. Pozwala im bronić Poczty, zamiast wykorzystywać ich śmierć do efektownego pojedynku reżysera z narodową tradycją.
Krojanty. Szarża na piechotę, nie na czołgi
Kilkaset kilometrów od Gdańska powstawało tego samego dnia drugie kłamstwo, znacznie bardziej żywotne. W rejonie Chojnic 18. Pułk Ułanów Pomorskich osłaniał odwrót polskich oddziałów naciskanych przez niemiecką 20. Dywizję Piechoty Zmotoryzowanej. Polska kawaleria nie była formacją przeznaczoną do prowadzenia romantycznych pojedynków z bronią pancerną. Konie służyły przede wszystkim do szybkiego przemieszczania się, natomiast ułani walczyli zwykle po spieszeniu, używając karabinów, ręcznych karabinów maszynowych, granatników, dział przeciwpancernych i nowoczesnych karabinów przeciwpancernych wz. 35. Szabla pozostawała bronią użyteczną w szczególnej sytuacji, a nie odpowiedzią na pancerz.
Wieczorem 1 września pułkownik Kazimierz Mastalerz otrzymał zadanie odciążenia polskiej piechoty i opóźnienia niemieckiego natarcia. W pobliżu Krojant zauważono oddział niemieckiej piechoty odpoczywający na skraju lasu. Taki cel nadawał się do konnej szarży: żołnierze byli zaskoczeni, znajdowali się w luźnym szyku i nie zdążyli przygotować obrony. Dwa szwadrony ruszyły do ataku pod dowództwem rotmistrza Eugeniusza Świeściaka. Uderzenie rozproszyło Niemców i zmusiło ich do ucieczki.
Sukces trwał krótko, ponieważ na polu pojawiły się niemieckie samochody pancerne, których karabiny maszynowe otworzyły ogień do kawalerzystów. Ułani wycofali się, ponosząc poważne straty. Polegli między innymi Mastalerz i Świeściak. Szarża spełniła jednak swoje zadanie: wywołała zamieszanie, opóźniła niemieckie działania i ułatwiła odwrót części polskich oddziałów. Nie była samobójczym atakiem na czołgi, lecz ryzykownym uderzeniem na piechotę, przerwanym przez pojawienie się pojazdów pancernych.
Następnego dnia Niemcy przywieźli na pobojowisko korespondentów wojennych. Dziennikarze zobaczyli zabitych ułanów i konie, a w pobliżu znajdowały się niemieckie pojazdy pancerne. Z tego zestawienia zbudowano historię, której propaganda potrzebowała bardziej niż wiernego opisu starcia. Polacy mieli rzekomo rzucić się z szablami na czołgi, wierząc, że niemieckie maszyny są wykonane ze zwykłej blachy. Obraz był tak efektowny, że prawda nie miała z nim szans. Rozsądnie użyta kawaleria nie budziła śmiechu, natomiast koń galopujący na czołg stawał się gotową karykaturą całego państwa.
W powstaniu mitu uczestniczyła niemiecka propaganda, a rozpowszechnili go zagraniczni korespondenci. Nazwisko włoskiego dziennikarza Indra Montanellego często pojawia się jako nazwisko twórcy opowieści, chociaż jej narodziny były bardziej złożone i nie dają się sprowadzić do jednego artykułu. Najważniejszy był mechanizm: Niemcy pokazali odpowiednio przygotowane pobojowisko i podsunęli interpretację odpowiadającą ich wizji kampanii. Wehrmacht miał reprezentować nowoczesność, szybkość oraz technikę, a Polska feudalizm, zacofanie i bezmyślną odwagę.
Kłamstwo okazało się użyteczne również po wojnie. Propaganda komunistyczna chętnie przedstawiała II Rzeczpospolitą jako państwo nieudolnych panów, którzy wysłali chłopskich synów z szablami przeciw niemieckim czołgom, po czym uciekli za granicę. Mit spod Krojant pasował do tej opowieści niemal doskonale. Niemiecki obraz polskiego zacofania został przejęty przez władzę, która swoją legalność wywodziła ze zwycięstwa Armii Czerwonej i potrzebowała dowodów na całkowitą kompromitację przedwojennej Polski.
„Lotna”. Piękny film z haniebnie fałszywą sceną
Rok po premierze „Wolnego miasta” Andrzej Wajda nakręcił „Lotną”. Film powstał na podstawie opowiadania Wojciecha Żukrowskiego, ale najbardziej szkodliwa scena nie pochodziła z literackiego pierwowzoru. To Wajda kazał polskim ułanom zaszarżować na niemieckie czołgi i uderzać szablami w pancerz. Nie odtworzył więc błędnie opisanego wydarzenia. Świadomie stworzył obraz, który nigdy nie miał miejsca.
Można tłumaczyć, że nie chodziło mu o dokument, lecz o metaforę. Kawaleria miała symbolizować stary świat, honor oficerski i piękno skazane na zmiażdżenie przez nowoczesną wojnę. Czołgi miały być mechaniczną siłą nowej epoki, która nie rozumie tradycji i nie potrzebuje rycerskich gestów. Wszystko to brzmi bardzo wytwornie w eseju filmoznawczym. Na ekranie pozostaje jednak polski ułan walący szablą w niemiecki czołg, czyli dokładnie ten obraz, który wcześniej produkowała propaganda Goebbelsa.
Artystyczna metafora nie daje immunitetu od odpowiedzialności za kłamstwo. Film nie jest przypisem opatrzonym wyjaśnieniem, że pokazana scena nigdy się nie wydarzyła. Obraz działa szybciej i mocniej niż komentarz. Miliony widzów nie zapamiętały rozważań o końcu dawnego świata, lecz szablę odbijającą się od niemieckiego pancerza. Wajda nadał niemieckiej propagandzie kolor, ruch, muzykę i rangę wielkiego kina. To, co wcześniej było okupacyjną karykaturą, dzięki niemu zostało częścią polskiej pamięci zbiorowej.
Szczególnie trudno usprawiedliwić tę scenę tym, że film powstał w 1959 roku, a więc dwadzieścia lat po kampanii. Wajda nie pracował w chaosie pierwszych dni wojny i nie musiał wierzyć niemieckim korespondentom oprowadzanym po pobojowisku. Mógł sprawdzić, jak walczyła polska kawaleria. Mógł wiedzieć, że ułani przemieszczali się konno, ale najczęściej walczyli pieszo, posiadali broń maszynową, artylerię i karabiny przeciwpancerne. Mógł również wiedzieć, że pod Krojantami zaatakowali niemiecką piechotę, a nie czołgi. Wybrał jednak metaforę, ponieważ była bardziej efektowna od prawdy.
Właśnie w tym miejscu „Lotna” przestaje być tylko filmem nieudanym historycznie. Staje się filmem krzywdzącym. Żołnierze, którzy wykonali sensowny rozkaz i zapłacili za niego życiem, zostali pokazani jak piękni samobójcy niezdolni pojąć świata, w którym przyszło im walczyć. Ich rzeczywistą odwagę zastąpiła widowiskowa głupota. Niemcy próbowali dowieść, że Polska przegrała przez cywilizacyjne zacofanie. Wajda, zapewne bez zamiaru służenia niemieckiej narracji, dostarczył jej najtrwalszej polskiej ilustracji.
Obrońcy „Lotnej” wskazują na niezwykłą plastykę filmu, zdjęcia, kolor i apokaliptyczną atmosferę. Mają rację: jest to film wizualnie piękny. Tyle że piękno nie unieważnia fałszu, lecz czyni go skuteczniejszym. Gdyby scena była toporna i źle nakręcona, szybko zostałaby zapomniana. Ponieważ stworzył ją wielki reżyser, weszła do narodowej wyobraźni i do dzisiaj powraca jako rzekomy obraz kampanii wrześniowej.
Nie wystarczy również powiedzieć, że Wajda atakował mit romantycznego bohaterstwa. Krytyka romantyzmu nie wymaga przypisywania żołnierzom czynów, których nie popełnili. Można pokazać fatalne rozkazy, chaos mobilizacji, błędy dowództwa, słabość łączności i bezsensowne straty bez powtarzania kłamstwa wymyślonego przez agresora. Wajda nie rozbroił narodowego mitu. Zamienił niemiecką propagandę w polskie dzieło sztuki.
Różnica pomiędzy „Wolnym miastem” a „Lotną” jest pod tym względem zasadnicza. Różewicz nie potrzebował poniżyć swoich bohaterów, aby pokazać ich klęskę. Dostrzegł ludzi uwięzionych w płonącym budynku, świadomych, że żadna pomoc nie nadejdzie. Wajda spojrzał na ułanów jak na symbole przeznaczone do zniszczenia, a kiedy rzeczywistość nie była wystarczająco symboliczna, poprawił ją za pomocą czołgów. Różewicz wydobył człowieka spod pomnika. Wajda wepchnął żołnierza pod gąsienice własnej metafory.
„Lotna” mogła być opowieścią o armii walczącej w warunkach przewagi przeciwnika, o końcu pewnej formacji wojskowej i o świecie, który rzeczywiście odchodził. Zamiast tego w najważniejszej scenie stała się kosztownym potwierdzeniem propagandowego oszczerstwa. Film jest piękny, ale jego piękno służy obrazowi fałszywemu. Można podziwiać kadry, lecz nie trzeba udawać, że szabla uderzająca w czołg jest niewinną licencją poetycką. Była jednym z najbardziej szkodliwych obrazów polskiego kina historycznego.
Poczta Polska i Krojanty wydają się wydarzeniami zupełnie różnymi. W Gdańsku ludzie bronili budynku przez czternaście godzin, a pod Chojnicami konna szarża trwała kilka minut. Pocztowców po kapitulacji zamordowano na podstawie bezprawnych wyroków, natomiast ułanów ośmieszono za pomocą zmyślonego obrazu. W obu przypadkach chodziło jednak o odebranie Polakom statusu pełnoprawnych żołnierzy. Jednych nazwano bandytami, drugich szaleńcami. Bandytów można rozstrzelać, a z szaleńców można się śmiać. Nad żadnymi nie trzeba się zastanawiać.
Propaganda III Rzeszy nie ograniczała się do ukrywania własnych zbrodni. Przekształcała opór ofiary w dowód jej winy albo niższości. Jeżeli Polacy bronili placówki w Gdańsku, przedstawiano ich jako nielegalnych bojowników. Jeżeli polska kawaleria potrafiła zaskoczyć niemiecką piechotę, opowiadano, że zaatakowała czołgi. W ten sposób każdy możliwy fakt prowadził do tego samego wniosku: Niemcy mieli reprezentować porządek i nowoczesność, a Polacy chaos, fanatyzm oraz zacofanie.
Rzeczywistość pierwszego dnia wojny była dla Niemców mniej wygodna. Słabo uzbrojeni pocztowcy odparli kolejne szturmy i zmusili napastników do podpalenia budynku. Ułani prawidłowo rozpoznali wrażliwy cel, rozbili niemiecką piechotę i wycofali się dopiero pod ogniem pojazdów pancernych. Obie walki zakończyły się polską klęską, ponieważ cała kampania toczyła się przy ogromnej przewadze przeciwnika. Klęska nie czyni jednak obrony bezprawną ani szarży absurdalną.
Najtrwalsze zwycięstwo propagandy następuje wtedy, gdy jej kłamstwo zaczynają powtarzać potomkowie ofiar. Opowieść o szablach na czołgi nadal pojawia się jako żart z polskiej historii, ponieważ pomogło ją utrwalić kino stworzone przez Polaków. Pocztowców również przedstawia się czasem tylko jako bohaterów tragicznych, pomijając fakt, że zostali zamordowani przez niemiecki wymiar sprawiedliwości. Pamięć pozbawiona konkretu łatwo zamienia się w dekorację. W Gdańsku konkretem jest czternaście godzin walki i trzydzieści osiem bezprawnych wyroków śmierci. Pod Krojantami konkretem jest szarża na piechotę, nie na czołgi.
Pierwszego września 1939 roku Polska nie przegrała dlatego, że jej żołnierze nie rozumieli nowoczesnej wojny. Przegrała, ponieważ została zaatakowana przez państwo dysponujące większą armią, silniejszym lotnictwem i przewagą operacyjną, a wkrótce otrzymała drugi cios ze wschodu. Niemcy chcieli jednak, aby świat zapamiętał coś innego: pocztowca-bandytę i ułana-szaleńca. Prawda jest dla nich mniej pochlebna. W pierwszych godzinach wojny musieli podpalać polską placówkę bronioną przez jej pracowników, a własną piechotę ratować przed polskimi szablami ogniem samochodów pancernych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz