Szukaj na tym blogu

niedziela, 30 sierpnia 2026

Ostatnia próba ratowania Starówki

 














Por. Wojciech Sarnecki „Wojtek” z kompanii „Anna” batalionu „Gustaw” przebiega pod niemieckim ostrzałem w rejonie placu Krasińskich, u zbiegu ulic Długiej i Miodowej, po nieudanej próbie przebicia oddziałów Starego Miasta do Śródmieścia. Warszawa, ranek 31 sierpnia 1944 r. Fot. Wiesław Chrzanowski „Wiesław”. Źródło: Powstanie Warszawskie w Ilustracji, „Stolica”, wydanie specjalne, 1 sierpnia 1957, s. 64 / Wikimedia Commons. Status prawny: domena publiczna.

Pod koniec sierpnia 1944 roku Stare Miasto właściwie przestawało być dzielnicą. Było coraz mniejszym skupiskiem ruin, piwnic, barykad i przejść wykutych w ścianach, w których znajdowały się tysiące żołnierzy oraz ludności cywilnej. Niemcy nie musieli już zdobywać Starówki jednym wielkim szturmem. Wystarczyło ją systematycznie ściskać, bombardować i rozbijać artylerią, odbierając powstańcom kolejne budynki. 27 sierpnia padła katedra św. Jana, dzień później Niemcy ostatecznie opanowali Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych. Obszar obrony kurczył się niemal z godziny na godzinę. Brakowało wody, amunicji i lekarstw, szpitale były przepełnione, a ludność cywilna żyła pod ziemią. Dowódca Grupy „Północ” płk Karol Ziemski „Wachnowski” musiał w końcu przyjąć do wiadomości coś, czego dowódca zawsze przyjmować nie chce: dalsza obrona nie prowadziła już do żadnego celu wojskowego.

Nie oznaczało to jednak, że Starówkę można było po prostu opuścić. Powstańcy znajdowali się w okrążeniu, a pomiędzy nimi i Śródmieściem leżał obszar kontrolowany przez Niemców. Kanały dawały możliwość przerzucania ludzi, meldunków i niewielkich oddziałów, ale ewakuacja całego zgrupowania, rannych, broni i części ludności cywilnej była przedsięwzięciem zupełnie innej skali. Trzeba było znaleźć rozwiązanie, które pozwoliłoby nie tylko wyrwać żołnierzy z pułapki, lecz również zachować ich jako zdolną do dalszej walki siłę. Tak narodził się plan przebicia do Śródmieścia.

Był to plan śmiały i na papierze wcale nie wyglądał absurdalnie. Powstańcy ze Starego Miasta mieli uderzyć przez ulicę Bielańską w kierunku placu Żelaznej Bramy i dalej ku placowi Grzybowskiemu. Jednocześnie oddziały ze Śródmieścia miały nacierać w przeciwnym kierunku. Gdyby oba uderzenia spotkały się, powstałby korytarz łączący Starówkę ze Śródmieściem. Przez kilka godzin można byłoby nim wyprowadzać ludzi, rannych i sprzęt. Do głównego uderzenia ze Starówki przeznaczono dwie kolumny liczące łącznie około 900 żołnierzy. Jedną dowodził mjr Gustaw Billewicz „Sosna”, drugą ppłk Jan Mazurkiewicz „Radosław”. Ze Śródmieścia miało nacierać około 550 ludzi mjr. Stanisława Steczkowskiego „Zagończyka”.

Plan zawierał jeszcze jeden element, który dobrze pokazuje, jak wiele Armia Krajowa nauczyła się przez miesiąc walki w mieście. Około stu żołnierzy miało przejść kanałami w okolice placu Bankowego, wyjść na powierzchnię za niemieckimi pozycjami i zaatakować przeciwnika od tyłu. Nie chodziło już zatem o prosty frontalny szturm. Próbowano skoordynować natarcie z dwóch dzielnic z desantem przeprowadzonym pod ziemią. W warunkach powstańczej Warszawy była to operacja skomplikowana, może nawet zbyt skomplikowana. Każdy jej element musiał zadziałać niemal dokładnie w wyznaczonym czasie.

I właśnie czas okazał się jednym z największych przeciwników.

Natarcie miało rozpocząć się pół godziny po północy z 30 na 31 sierpnia. Oddziały ze Starego Miasta ruszyły jednak około dwóch godzin później. Przyczyną były trudności z koncentracją jednostek i łącznością. Dwie godziny w normalnych warunkach mogą wydawać się niewielkim opóźnieniem. W operacji wymagającej jednoczesnego uderzenia z dwóch stron oznaczały katastrofę. Oddziały ze Śródmieścia nie zostały odpowiednio poinformowane i rozpoczęły własne działania zgodnie z wcześniejszym planem. Niemcy otrzymali więc ostrzeżenie, zanim główne siły ze Starówki zdążyły ruszyć.

Kiedy wreszcie ruszyły, element zaskoczenia był w znacznej mierze stracony. Ulica Bielańska i przylegający teren znalazły się pod ogniem niemieckiej broni maszynowej i moździerzy. Powstańcy próbowali przedrzeć się przez przestrzeń, którą przeciwnik zdążył przygotować do obrony. To, co na mapie sztabowej wyglądało jak stosunkowo niewielka odległość pomiędzy dwoma polskimi obszarami, w rzeczywistości stawało się zaporą ognia. Kolejne próby przejścia kończyły się stratami. Powstańcy mieli ludzi zdolnych do ataku, ale nie mieli tego, czym regularna armia przygotowuje przełamanie umocnionej pozycji: odpowiedniej artylerii, czołgów, lotnictwa i wielkiej ilości amunicji.

Nie powiódł się również najbardziej pomysłowy element operacji. Grupa idąca kanałami dotarła w okolice placu Bankowego. Żołnierze mieli pojawić się niespodziewanie na niemieckich tyłach i wywołać zamieszanie dokładnie wtedy, gdy od strony Starówki ruszy główne natarcie. Na miejscu okazało się jednak, że Niemcy znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie włazów. Jeden z nich był dodatkowo zablokowany samochodem. Próba wyjścia na powierzchnię zakończyła się tragedią. Pierwsi powstańcy zostali zauważeni i znaleźli się pod ogniem. Zamiast zaskoczenia Niemców powstańcy sami wpadli w pułapkę.

Wspomnienie Zbigniewa Ścibora-Rylskiego „Motyla” dobrze pokazuje, jak niewiele czasami decydowało o powodzeniu całej operacji. Żołnierze przeszli kanał sprawnie i cicho. Dopiero przy wyjściu okazało się, że sytuacja na powierzchni zmieniła się od czasu wcześniejszego rozpoznania. Niemcy byli tam, gdzie miało ich nie być. Hałas przy wychodzeniu wystarczył, aby zaalarmować przeciwnika. W ciągu kilku chwil starannie przygotowany manewr zamienił się w walkę o powrót pod ziemię.

Jest w tej historii coś charakterystycznego dla całego Powstania Warszawskiego. Plan często był rozsądniejszy niż środki, którymi można było go wykonać. Dowódcy potrafili prawidłowo zidentyfikować problem, znaleźć interesujące rozwiązanie i przygotować skomplikowany manewr. Potem przychodził moment wykonania i ujawniała się cała przewaga regularnej armii niemieckiej. Brakowało niezawodnej łączności, odpowiedniej ilości amunicji i ciężkiej broni, a każda godzina opóźnienia zwiększała przewagę przeciwnika. Powstańcy mogli nadrabiać wiele rzeczy pomysłowością i odwagą, ale nie wszystkie.

Nie oznacza to, że nikt nie przedostał się do Śródmieścia. Najbardziej niezwykłego wyczynu dokonała grupa żołnierzy batalionu „Zośka”. Skoro nie udało się przebić siłą, kilkudziesięciu powstańców spróbowało czegoś zupełnie innego. Wykorzystując zdobyczne niemieckie elementy umundurowania i broń, przeszli przez Ogród Saski, udając niemiecki oddział. Tadeusz Sumiński „Leszczyc” wspominał później, że zdjęli biało-czerwone opaski i pod osłoną nocy dotarli do ulicy Królewskiej. Około sześćdziesięciu ludzi zdołało w ten sposób osiągnąć Śródmieście. Był to sukces niezwykły, ale nie mógł zmienić wyniku całej operacji.

Bilans był ciężki. Źródła podają około 150 poległych i rannych w głównych działaniach przebiciowych, podczas gdy szersze zestawienia dla walk tego dnia mówią o blisko 300 zabitych i rannych. Różnica wynika między innymi z zakresu uwzględnianych walk. Niezależnie od dokładnej liczby efekt strategiczny był ten sam: korytarza do Śródmieścia nie utworzono. Stare Miasto pozostało odcięte.

Trudno jednak oceniać tę operację wyłącznie na podstawie faktu, że zakończyła się klęską. Alternatywy właściwie nie było. Dalsza obrona Starówki oznaczała stopniowe wyniszczanie oddziałów w ruinach. Kapitulacja oznaczała oddanie tysięcy powstańców w ręce przeciwnika, który jeszcze kilka tygodni wcześniej masowo mordował jeńców. Pozostawało więc przebicie albo ewakuacja kanałami. Dowództwo spróbowało najpierw rozwiązania pozwalającego uratować nie tylko ludzi, ale również zdolność bojową Grupy „Północ”.

Niepowodzenie natarcia przesądziło sprawę. W meldunku z 31 sierpnia „Wachnowski” nie pozostawiał już złudzeń. Pisał o bardzo pesymistycznym nastroju i załamaniu ludności cywilnej po fiasku przebicia. Bór-Komorowski meldował tego samego dnia do Londynu, że położenie Starego Miasta jest krytyczne, a dalsze utrzymywanie dzielnicy wobec strat i braku zaopatrzenia stało się niemożliwe.

Od tej chwili nie chodziło już o uratowanie Starówki. Chodziło o uratowanie jej obrońców.

Kanały, które wcześniej były przede wszystkim drogami łączności, miały stać się drogą odwrotu całej dzielnicy. W nocy z 1 na 2 września tysiące ludzi schodziły pod ziemię przez włazy na placu Krasińskich. Żołnierze Zgrupowania „Radosław”, „Chrobrego”, „Gustawa”, „Czaty”, „Miotły”, „Parasola” i innych oddziałów opuszczali miejsce, którego przez tygodnie bronili. Do Śródmieścia i na Żoliborz ewakuowano kanałami kilka tysięcy powstańców. 2 września zorganizowana obrona Starego Miasta przestała istnieć.

Dla Niemców było to zwycięstwo. Zdobyli dzielnicę, która przez niemal miesiąc wiązała znaczne siły i blokowała ważną część miasta. Dla Armii Krajowej była to porażka, ale nie zagłada Grupy „Północ”. Znaczna część jej żołnierzy wyszła z okrążenia i mogła walczyć dalej. To rozróżnienie jest ważne. Czasami odwrót jest dowodem klęski, ale czasami jedynym sposobem, żeby klęska nie stała się katastrofą.

Ostatnia próba ratowania Starówki była więc zarazem próbą uratowania czegoś więcej niż kilku ulic. Chodziło o zachowanie doświadczonych oddziałów, których nie można było już odtworzyć. Po miesiącu Powstania żołnierz „Zośki”, „Parasola” czy „Czaty 49” był znacznie cenniejszy niż 1 sierpnia. Wiedział już, jak walczyć w ruinach, jak przechodzić przez piwnice, jak reagować na niemieckie Goliaty, jak poruszać się kanałami i jak przeżyć bombardowanie. Warszawa posiadała coraz mniej takich ludzi i nie mogła pozwolić sobie na pozostawienie ich wszystkich w staromiejskiej pułapce.

Noc z 30 na 31 sierpnia pokazuje jednocześnie granicę powstańczej improwizacji. Przez cały sierpień Armia Krajowa uczyła się wojny miejskiej w niezwykłym tempie. Tworzyła barykady, przejścia między budynkami, produkowała broń, wykorzystywała kanały i zdobyczny sprzęt. Nie mogła jednak zaimprowizować przewagi ogniowej potrzebnej do przełamania przygotowanej niemieckiej obrony. Pomysłowość pozwalała przeżyć i czasami zwyciężać. Nie potrafiła zastąpić artylerii, czołgów i lotnictwa wtedy, gdy trzeba było przebić się przez niemiecki pierścień.

Dlatego nieudane natarcie nie powinno być przedstawiane ani jako bezsensowne rzucenie ludzi na śmierć, ani jako zmarnowana szansa na cudowne uratowanie Starówki. Była to desperacka, ale wojskowo zrozumiała próba wydostania z okrążenia całego zgrupowania. Plan miał logikę. Zabrakło środków, czasu, łączności i zaskoczenia. Niemcy okazali się wystarczająco silni, aby korytarza nie dopuścić.

Rankiem 31 sierpnia odpowiedź była już właściwie znana. Starówki nie dało się uratować. Można było jeszcze uratować ludzi. I wtedy rozpoczął się jeden z najbardziej niezwykłych odwrotów w historii walk miejskich: armia, która nie mogła przejść ulicami własnego miasta, zeszła pod ziemię i kanałami opuściła dzielnicę, której nie była już w stanie bronić.

Stare Miasto zostało na powierzchni. Jego żołnierze poszli dalej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz