Szukaj na tym blogu

piątek, 2 grudnia 2022

Śmierć Lwa Nikołajewicza





Na stacji Chandra Unyńska gdzieś w mordobijskim powiecie napisał kiedyś swoim wierszu Julian Tuwim idealnie oddając nastrój nudy i zagubienia w bezkresnym, rosyjskim krajobrazie. W takim miejscu ponad 100 lat temu zmarł Lew Tołstoj po kolejnej, tym razem udanej ucieczce ze swojego domu. Historycy przypisują ten fakt  kłótni z żoną- sekutnicą jeśli jednak prześledzić życie genialnego pisarza i kiepskiego moralisty zgon w Apatjewie wydaje się jego logicznym zwieńczeniem.

Twierdzenie, że autor Wojny i Pokoju to postać składająca się ze sprzeczności jest daleko idącym eufemizmem. Hrabia  przebierający w workowatą, chłopską odzież, która codziennie mu zmieniano i perfumowano. Prorok wstrzemięźliwości seksualnej za młodu wynajmujący całe burdele wraz z zatrudnionymi tam paniami do wyłącznego użytku. O jego możliwościach w tym względzie wśród współczesnych krążyły legendy zresztą w pełni zasłużone. Propagator ubóstwa uwielbiał przejażdżki na swoim ulubionym Krasawszcziku wartym cały tabun koni.

Podobnie jak inni moraliści sam nie stosował się do swoich nauk. Niemiecki etyk Max Scheler zapytany kiedyś dlaczego nie świeci przykładem odpowiedział, że drogowskaz tylko wskazuje drogę ale sam nią nie podąża. Ta dowcipna maksyma świetnie pasuje do hrabiego w perfumowanych chłopskich łachach jeżdżącego luksusowym wierzchowcem i folgującego napadom erotomanii.

Cała ta tołstojowszczyzna będąca od ponad stu lat źródłem natchnienia dla kolejnych pokoleń anarchistów i pacyfistów wszelkiej maści jest zlepkiem sprymitywizowanego chrześcijaństwa i nadętych morałów. Nie sposób jednak odmówić Tołstojowi literackiego geniuszu.

Jeśli o mnie chodzi to nie cierpię jego wielkich powieści: Wojny i Pokoju z mówiącymi po francusku rosyjskimi arystokratami, Anny Kareniny czy mętnego ideowo Zmartwychwstania. Natomiast cyzelowane przez dwa lata opowiadanie Śmierć Iwana Iljicza to rzecz absolutnie genialna. Bohater, robiący świetną karierę prawnik Gołowin wiesza firanę i przypadkowo uderza się o klamkę okienną. Nie zwraca na to uwagi ale zaczyna go nękać ból w boku i dziwny metaliczny smak w ustach. Dolegliwości wskazujące na raka nasilają się a lekarze nie są w stanie postawić sensownej diagnozy. Dla uważnego czytelnika staje się jasne, że Iwan Iljicz umiera ale zarówno jego otoczenie jak i on sam wobec siebie grają komedię udając, że tak nie jest. Gdy ból nasila się jego krzyk w trzecim pokoju było słychać. Wtedy dopiero uświadamia sobie, że śmierć się zbliża.

Do cierpień fizycznych dochodzą jeszcze psychiczne, poczucie osamotnienia i przekonanie o głupio zmarnowanym życiu. A jednak opowiadanie kończy się jakkolwiek dziwnie to zabrzmi optymistycznie-tuż przed śmiercią Iwan Iljicz stwierdza: Istnieje we mnie widocznie malutka, drobna cząstka prawdy i ona właśnie jest mną, i ona właśnie teraz, przed śmiercią, dopomina się swoich praw. Zawsze mnie ciekawiło czy Lew Nikołajewicz umierając na stacji w Apatjewie doszedł do podobnego wniosku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz