Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 14 września 2026

Stalin zmienia taktykę. Pomoc czy polityczna gra?

 





















Józef Stalin „grający na nosie”, lata 40. XX wieku. Fot. Nikołaj Własik. Źródło: Wikimedia Commons; fotografia z prywatnego archiwum J. Kowalenko. Status według Wikimedia Commons: domena publiczna.


 

Przez pierwszych sześć tygodni Powstania odpowiedź Stalina na dramat Warszawy była właściwie jednoznaczna. Armia Krajowa nie otrzymała od Sowietów pomocy odpowiadającej skali walk, zachodnim aliantom nie pozwalano korzystać z sowieckich lotnisk podczas operacji nad Warszawą, a sama propaganda moskiewska obarczała polskie władze odpowiedzialnością za rozpoczęcie Powstania. Jeszcze 16 sierpnia Stalin informował Stanisława Mikołajczyka, że sowieckie dowództwo nie zamierza wspierać powstańców. Tym bardziej uderzające jest to, co wydarzyło się miesiąc później. Armia Czerwona ruszyła na Pragę, sowieckie samoloty zaczęły zrzucać Warszawie broń i żywność, Stalin zgodził się na wykorzystanie swoich lotnisk przez Amerykanów, a żołnierze podporządkowanej Moskwie 1. Armii Wojska Polskiego zaczęli przeprawiać się przez Wisłę. Człowiek, który w sierpniu nie chciał ratować Powstania, we wrześniu nagle zaczął mu pomagać.

Najprostsza interpretacja brzmi kusząco: Stalin zmienił zdanie. Zobaczył rozmiary niemieckich zbrodni, uległ naciskom Churchilla i Roosevelta albo uznał wreszcie, że skoro jego wojska zbliżyły się do Warszawy, należy pomóc ludziom walczącym z tym samym przeciwnikiem. Problem polega na tym, że Stalin rzadko prowadził politykę zagraniczną pod wpływem wzruszenia, a we wrześniu 1944 roku nie zmienił żadnego ze swoich zasadniczych celów wobec Polski. Nadal nie zamierzał dopuścić, aby po wojnie władzę w kraju objął rząd londyński, nadal traktował podporządkowaną mu Armię Krajową jako problem polityczny i nadal budował własne zaplecze władzy skupione wokół PKWN. Jeżeli więc zmieniło się jego postępowanie wobec Warszawy, należy najpierw zapytać, czy zmienił się cel, czy tylko metoda jego osiągania.

Do połowy sierpnia Stalin mógł pozwolić sobie na brutalną prostotę. Powstanie miało upaść bez sowieckiej pomocy, a odpowiedzialność za katastrofę można było zrzucić na „awanturników” z Londynu. Zachodni alianci protestowali, Churchill naciskał, ale bez możliwości korzystania z lotnisk po sowieckiej stronie frontu skuteczna pomoc lotnicza dla Warszawy była niezwykle trudna. Sam Stalin nie musiał robić wiele. Wystarczyło nie pomagać. Niemcy zabijali żołnierzy formacji, która po ich wyparciu z Polski mogła stać się najważniejszą zorganizowaną siłą przeciwstawiającą się politycznej dominacji Moskwy.

We wrześniu ta wygodna sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. Powstanie, które według początkowych kalkulacji Niemcy mieli zapewne szybko zdławić, trwało już ponad miesiąc. Warszawa stała się sprawą międzynarodową, a bezczynność Sowietów była coraz trudniejsza do wytłumaczenia zachodnim sojusznikom. Co więcej, front rzeczywiście zbliżał się do miasta. Można było przez kilka tygodni argumentować, że Armia Czerwona jest wyczerpana po operacji „Bagration”, że jej linie zaopatrzenia są rozciągnięte i że niemieckie kontrataki pancerne pod Warszawą stworzyły realny problem operacyjny. Im bliżej jednak wojska Rokossowskiego znajdowały się Wisły, tym mniej przekonująco wyglądała sytuacja, w której sowieckie samoloty latały nad okolicami Warszawy, ale nie nad samą walczącą stolicą.

10 września rozpoczęło się sowieckie natarcie na przedmoście warszawskie. Kilka dni później sytuacja zmieniała się już z godziny na godzinę. Niemcy 13 września wysadzili warszawskie mosty, a w nocy z 13 na 14 września nad pozycjami powstańczymi pojawiły się sowieckie samoloty z zaopatrzeniem. 14 września wojska 1. Frontu Białoruskiego, wspólnie z jednostkami 1. Armii Wojska Polskiego, opanowały Pragę. Armia Czerwona stanęła nad Wisłą, a Warszawa po raz pierwszy od początku Powstania mogła zobaczyć nie tylko skutki sowieckiej polityki, lecz również sowieckich żołnierzy na drugim brzegu rzeki.

Zmiana w powietrzu była równie widoczna. Pierwsze sowieckie zrzuty dla powstańców przeprowadzono w nocy z 13 na 14 września. Lekkie Po-2, popularne „kukuruźniki”, latały nisko i dostarczały broń, amunicję, żywność oraz lekarstwa. Pomoc była realna i nie ma sensu jej wykreślać z historii tylko dlatego, że przyszła późno. Miała jednak osobliwą formę. Część ładunków zrzucano bez spadochronów, wskutek czego broń i amunicja ulegały uszkodzeniu przy uderzeniu o ziemię. Muzeum Powstania Warszawskiego podaje, że sowieckie loty z pomocą rozpoczęły się 13 września, zostały przerwane 18 września, później wznowione i trwały z przerwami do końca miesiąca. To nie była pomoc fikcyjna, ale trudno również uznać ją za przedsięwzięcie odpowiadające możliwościom lotnictwa mocarstwa stojącego już na drugim brzegu Wisły.

Jeszcze ciekawsza była zmiana stanowiska wobec Amerykanów. Przez znaczną część sierpnia Moskwa odmawiała udostępnienia swoich lotnisk zachodnim samolotom lecącym nad Warszawę. Bez możliwości lądowania po sowieckiej stronie frontu maszyny startujące z baz we Włoszech musiały wykonywać bardzo długie i niebezpieczne loty w obie strony. 10 września Stalin zgodził się wreszcie na operację wahadłową. Dzięki temu 18 września nad Warszawą pojawiła się wielka formacja amerykańskich B-17 w ramach operacji Frantic VII. Z punktu widzenia walczącego miasta była to zmiana spektakularna. Z punktu widzenia politycznego nasuwało się natomiast znacznie prostsze pytanie: skoro można było zgodzić się we wrześniu, dlaczego nie można było zgodzić się w sierpniu?

Nie trzeba odpowiadać na to pytanie teorią spiskową. Stalin nie musiał wydawać tajnego rozkazu nakazującego „pozwolić Niemcom wymordować AK”, aby osiągnąć korzystny dla siebie rezultat. Wystarczało, że w sierpniu nie miał politycznego powodu, aby ratować powstańców, natomiast we wrześniu pojawiły się powody, aby pokazać, że jednak im pomaga. To zasadnicza różnica. Z punktu widzenia Kremla koszt ograniczonego wsparcia stawał się niewielki, podczas gdy koszt propagandowy demonstracyjnej bezczynności rósł. Stalin mógł więc zmienić taktykę, nie zmieniając strategii.

Najważniejszy test tej hipotezy nastąpił jednak nie w powietrzu, lecz na Wiśle. Po zdobyciu Pragi pojawiła się możliwość udzielenia Powstaniu pomocy, której nie dało się już sprowadzić do worków z amunicją. Nad ranem 15 września na Czerniaków dotarł patrol 1. Armii Wojska Polskiego, a w nocy z 15 na 16 września rozpoczęła się większa przeprawa. Żołnierze 3. Dywizji Piechoty lądowali na zachodnim brzegu i wchodzili do walki u boku powstańców. W następnych dniach na Czerniaków przedostało się ponad tysiąc żołnierzy. To była prawdziwa bitwa i prawdziwa pomoc, okupiona ogromnymi stratami. Nie wolno nazywać jej przedstawieniem urządzonym przez Stalina, bo dla ludzi ginących nad Wisłą nie było w niej nic teatralnego.

Trzeba jednak oddzielić odwagę żołnierza od decyzji politycznej dowództwa. Sam fakt wysłania polskich batalionów przez Wisłę nie dowodzi jeszcze, że Stalin postanowił uratować Powstanie. Decydujące pytanie brzmi inaczej: czy przeprawy miały zostać rozwinięte w operację wystarczająco dużą, aby stworzyć i utrzymać przyczółek, wprowadzić na zachodni brzeg ciężką broń, zapewnić skuteczne wsparcie artyleryjskie i lotnicze, a następnie połączyć się z głównymi siłami AK? Tego właśnie nie osiągnięto. Próby przepraw z 16–21 września zakończyły się niepowodzeniem, a straty były przerażające. Według zestawienia przywoływanego przez Dzieje.pl na sam Czerniaków przedostało się 1254 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty, z których 961 zginęło lub dostało się do niewoli.

Tu pojawia się postać gen. Zygmunta Berlinga i problem, którego nie należy rozwiązywać zbyt łatwo. W polskiej pamięci utrwaliła się interpretacja, według której Berling chciał rzeczywiście pomóc Warszawie, natomiast Sowieci ograniczyli skalę jego działania. Istnieją relacje wspierające taki obraz, ale część z nich pochodzi od osób blisko związanych z Berlingiem i wymaga ostrożności. Nie trzeba jednak rozstrzygać wszystkich sporów dotyczących szczegółowych rozkazów, aby zobaczyć rezultat. Żołnierze 1. Armii WP zostali wysłani przez rzekę, ale nie nastąpiło za nimi sowieckie uderzenie takiej skali, które mogłoby wykorzystać ich przyczółki do ratowania Warszawy. Pomoc była więc wystarczająco realna, żeby ginęli ludzie, lecz niewystarczająca, żeby zmienić wynik bitwy.

Można oczywiście odpowiedzieć, że wielka operacja przez Wisłę nie była wówczas wojskowo możliwa. Ten argument trzeba potraktować poważnie. Armia Czerwona przeszła od czerwca setki kilometrów, poniosła wielkie straty, zużyła ogromne ilości paliwa i amunicji, a Niemcy bronili linii Wisły, która była naturalną przeszkodą operacyjną. Warszawa nie była samotną wyspą na mapie wojny; Rokossowski musiał myśleć o całym froncie. Z faktu, że sowieckie czołgi stały na Pradze, nie wynika automatycznie, że następnego ranka mogły znaleźć się pod Pałacem Saskim. Takie uproszczenie zamienia historię operacyjną w publicystyczną karykaturę.

Tyle że argument wojskowy nie odpowiada na pytanie polityczne. Stalin nie musiał wybierać między „natychmiast zdobyć Warszawę” a „nic nie robić”. Istniało całe spektrum możliwości: wcześniejsze udostępnienie lotnisk aliantom, wcześniejsze zrzuty sowieckie, skuteczniejsze zaopatrzenie, intensywniejsza osłona lotnicza, lepsza koordynacja z AK, nawiązanie stałej łączności oraz poważniejsze wsparcie przepraw. Właśnie tutaj ujawnia się różnica między stwierdzeniem, że Armia Czerwona nie mogła łatwo zdobyć lewobrzeżnej Warszawy, a twierdzeniem, że Związek Sowiecki zrobił wszystko, co było możliwe, aby pomóc jej obrońcom. Pierwsze można obronić. Drugie znacznie trudniej.

Stalin miał przy tym znakomity powód, aby nie dopuścić do pełnego sukcesu AK. Gdyby Powstanie przetrwało dzięki sowieckiej odsieczy, do Warszawy weszłaby Armia Czerwona, zastając tam uzbrojone oddziały podporządkowane rządowi londyńskiemu, Delegaturę Rządu i struktury Polskiego Państwa Podziemnego. Moskwa musiałaby albo uznać ich polityczną rolę, albo natychmiast rozpocząć konflikt z ludźmi, których chwilę wcześniej uratowała wspólnie z Zachodem. Znacznie wygodniejsza była Warszawa, w której Niemcy wcześniej zniszczyli zasadniczą część niezależnej polskiej siły zbrojnej, a Armia Czerwona mogła później wejść jako jedyny wyzwoliciel.

I właśnie dlatego wrześniowa pomoc Stalina wygląda tak dwuznacznie. Była prawdziwa, lecz spóźniona. Była widoczna, lecz ograniczona. Pozwalała Moskwie powiedzieć, że pomaga Warszawie, ale nie prowadziła do stworzenia warunków, w których AK mogłaby odnieść polityczne zwycięstwo. Sowieckie samoloty rzeczywiście zrzucały amunicję. Żołnierze Berlinga rzeczywiście przeprawiali się przez Wisłę i rzeczywiście ginęli razem z powstańcami. Amerykańskie B-17 rzeczywiście otrzymały w końcu możliwość wykorzystania sowieckich lotnisk. Wszystkie te fakty trzeba zachować, ponieważ bez nich łatwo stworzyć wygodną legendę o całkowitej sowieckiej bezczynności.

Nie należy jednak popełniać błędu odwrotnego i z tych samych faktów wyciągać wniosku, że Stalin we wrześniu postanowił uratować Warszawę. Gdyby rzeczywiście zmienił cel polityczny, należałoby oczekiwać nie tylko kilku form pomocy, ale również próby nawiązania rzeczywistej współpracy z dowództwem AK i wykorzystania jego pozycji na zachodnim brzegu. Tymczasem nawet 17 września podejmowane przez AK próby nawiązania łączności telefonicznej ze sztabem Armii Czerwonej kończyły się niepowodzeniem. Dwa dni później Bór-Komorowski wzywał jeszcze powstańców do dalszej walki, wierząc, że obecność wojsk po drugiej stronie rzeki może zmienić sytuację.

Najbardziej przekonująca odpowiedź na pytanie postawione w tytule nie brzmi więc ani „pomoc”, ani „mistyfikacja”. Stalin rzeczywiście zaczął pomagać, ale pomoc była elementem politycznej gry. We wrześniu potrzebował już innego obrazu niż w sierpniu. Nie wystarczało stać z boku, gdy front dotarł do Warszawy i cały świat pytał, dlaczego jedna z największych armii tej wojny nie pomaga ludziom walczącym kilka kilometrów dalej z Niemcami. Można było natomiast pomóc na tyle, aby zmniejszyć polityczny koszt bezczynności, nie pomagając na tyle, aby uratować niezależną siłę polityczną, której Stalin w powojennej Polsce nie potrzebował.

Na tym polegała zmiana taktyki. W sierpniu Stalin mógł pozwolić, aby Warszawa umierała bez jego udziału. We wrześniu musiał już pokazać, że wyciąga do niej rękę. Problem polegał na tym, że ręka ta podawała worki z amunicją i przeprawiała przez Wisłę polskich żołnierzy, ale nie zmieniała zasadniczego celu Kremla. Powstanie miało przestać być problemem, zanim Armia Czerwona obejmie kontrolę nad stolicą. Stalin nie musiał więc wybierać między pomaganiem Warszawie a politycznym wykorzystaniem jej klęski. Potrafił robić jedno i drugie jednocześnie, a właśnie dlatego wrześniowa pomoc sowiecka pozostaje znacznie bardziej interesująca niż prosta opowieść o armii, która stała na drugim brzegu i tylko patrzyła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz