Szukaj na tym blogu

czwartek, 15 października 2026

Dron nie jest armią

 





















Żołnierz ukraińskiej 17. Brygady Pancernej z dronem DJI Mavic 2 Pro przystosowanym do przenoszenia granatu VOG-17, wrzesień 2022 r. Fot. 17. Brygada Pancerna, CC BY-SA 4.0.

Każda epoka pragnie mieć własną cudowną broń. Najlepiej tanią, precyzyjną i tak nowoczesną, aby można było przy okazji wyrzucić do kosza kosztowne doświadczenia poprzedników. W naszych czasach rolę tę powierzono dronom. Nagrania z Ukrainy pokazują bezzałogowce wlatujące do okopów, ścigające pojazdy, atakujące magazyny i zmuszające żołnierzy do ukrywania się pod siatkami. Łatwo więc uznać, że wojna została właśnie przejęta przez operatorów siedzących przed ekranami.

Drony rzeczywiście zmieniły pole walki. Upowszechniły obserwację, skróciły czas między wykryciem celu a uderzeniem i dały niewielkim oddziałom możliwości, które wcześniej pozostawały poza ich zasięgiem. Żołnierze mogą sprawdzić, co znajduje się po drugiej stronie lasu, skorygować ogień artylerii albo zaatakować pojedynczy pojazd bez wzywania lotnictwa. Jest to zmiana ogromna. Ogromna zmiana nie musi jednak oznaczać, że wszystkie wcześniejsze narzędzia zostały nagle przeniesione do muzeum.

Bezzałogowiec nie zajmuje terenu. Może obserwować wieś, atakować znajdujący się w niej budynek i śledzić uciekający pojazd, ale nie sprawdzi każdego pomieszczenia, nie weźmie jeńców i nie pozostanie na miejscu, aby uniemożliwić przeciwnikowi powrót. Do tego nadal potrzebna jest piechota. Jej żołnierze zostali wyposażeni w nowe oczy i nowy rodzaj broni, lecz ostatecznie to oni schodzą do piwnic, wchodzą do okopów i utrzymują pozycje.

Podobnie wygląda relacja dronów z artylerią. Część bezzałogowców samodzielnie przenosi ładunki, inne atakują cele jako amunicja krążąca. Nie wynika z tego, że zastąpiły działa i wyrzutnie rakietowe. Artyleria nadal może prowadzić ogień na skalę trudną do osiągnięcia za pomocą niewielkich aparatów. Dron natomiast odnajduje cel, przekazuje jego położenie, ocenia skutki ostrzału i umożliwia szybką korektę. Jedno narzędzie nie wypiera drugiego. Razem stają się znacznie groźniejsze.

Oczywiście ta współpraca ma swoją cenę. Operator potrzebuje wyszkolenia, połączenia z aparatem, części zamiennych i stałych dostaw sprzętu, którego zużycie jest ogromne. Przeciwnik zakłóca sygnał, poszukuje stanowisk obsługi i zmienia częstotliwości. Drony, choć bywają tanie w porównaniu z czołgiem lub samolotem, nie są darmową magią produkowaną w nieskończoność przez internetowe sklepy. Ich masowe użycie wymaga fabryk, logistyki, procedur, warsztatów oraz ludzi potrafiących uczyć się szybciej od drugiej strony.

Ten sam mechanizm działa na morzu. Ukraina, nie posiadając floty porównywalnej z rosyjską, wykorzystała pociski nadbrzeżne, rozpoznanie i bezzałogowe jednostki nawodne, aby ograniczyć swobodę działania Rosjan na części Morza Czarnego. Był to sukces asymetryczny, ale nie dowód na zniknięcie sił morskich. Okręty nadal przenoszą uzbrojenie, chronią szlaki komunikacyjne i zapewniają obecność, której nie zastąpi motorówka wypełniona materiałem wybuchowym. Zmieniło się natomiast środowisko: nawet duża flota musi brać pod uwagę środki, które dawniej mogłaby uznać za niegroźną osobliwość.

Lotnictwo również nie wyparowało. Rosja i Ukraina nie uzyskały pełnej swobody działania w powietrzu, ponieważ obie strony posiadają rozbudowane systemy obrony przeciwlotniczej. Samoloty wykonują część zadań z większej odległości, wykorzystując pociski i bomby szybujące, podczas gdy aparaty bezzałogowe przejęły najbardziej ryzykowne albo powtarzalne misje. Nie jest to kres lotnictwa załogowego. Jest to koniec przekonania, że samolot może bezkarnie latać wszędzie tylko dlatego, że był kosztowny i nosi logo renomowanego producenta.

Największym nieporozumieniem pozostaje przeciwstawianie „starego” wojska nowoczesnym systemom. Czołg, haubica lub samolot nie są z definicji zacofane, podobnie jak dron nie staje się użyteczny wyłącznie dzięki temu, że został wyprodukowany niedawno. Liczy się funkcja oraz miejsce w większej całości. Armia posiadająca tysiące bezzałogowców, lecz pozbawiona amunicji artyleryjskiej, osłony przeciwlotniczej, piechoty i sprawnej łączności nie jest armią przyszłości. Jest klientem hurtowni elektronicznej, któremu chwilowo pomyliły się zakupy z doktryną.

Doświadczenie Ukrainy nie zachęca do wyboru między dronami a tradycyjnymi rodzajami wojsk. Nakazuje połączyć rozpoznanie, ogień, dowodzenie, walkę elektroniczną i logistykę w jeden układ. Im szybciej informacja przechodzi od środka obserwacji do broni zdolnej razić cel, tym większa skuteczność całego systemu. Jeżeli przepływ zostanie przerwany, najbardziej zaawansowane urządzenia stają się pojedynczymi gadżetami rozsianymi po polu walki.

Dron jest znakomitym narzędziem. Może uratować żołnierzy, zniszczyć sprzęt wart wielokrotnie więcej i zmusić przeciwnika do kosztownej przebudowy działania. Nie stanie jednak na warcie, nie naprawi zerwanej gąsienicy, nie oczyści okopu i nie wyprodukuje pocisku artyleryjskiego.

Dron może zmienić armię. Nadal nie jest armią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz