Szukaj na tym blogu

wtorek, 18 sierpnia 2020

Fragmenty nieopublikowanej powieści "Sierpień". Rozdział 8. Pogonowski (2)


Ilustracja
Znowu pada śnieg jak wtedy w styczniu 1916 roku, gdy spędziłem trzytygodniowy urlop w Twerze. Jest biało, trudno cokolwiek dostrzec w tej zadymce. A może to nie styczeń 1916 tylko styczeń 1917 gdy zostałem dowódcą pierwszego batalionu nad Zatoką Ryską. Chyba jednak grudzień 1917 gdy armia rosyjska uległa całkowitej destrukcji. Kiereński i Guczkow, utorowali drogę Leninowi i Trockiemu. A wszyscy oni to niemieccy szpiedzy. W tej sytuacji postanowiłem dotrzeć do Korpusu Polskiego a gdyby się to nie udało to do Korniłowa. Strasznie żałowałem, że muszę zostawić mojego wierzchowca zdobytego na Austriakach. Lipicanery to ulubione konie austriackich arystokratów a swoje piękno zawdzięczają domieszce krwi hiszpańskiej. Ich małe i raczej masywne ciało wieńczy dumny łeb osadzony na wysokiej, umięśnionej szyi. Mój musiał mieć około 6-7 lat gdy konie tej rasy zmieniają swoja maść z karej na siwą. Gdzie teraz jesteś mój przyjacielu, posłuszny inteligentny i wyniosły? A może już czekasz na mnie, wiedząc, że mam dla ciebie marchew?

Znowu wirujące płatki śniegu, a może to Archangielsk gdzie próbowaliśmy tworzyć polskie oddziały? Śnieg, wszędzie śnieg a ja tak lubię kwiaty, których Polska ma tak dużo, nie żałujcie mi ich. Iskierka, czuję zapach i dotyk jej włosów. Muszę wziąć się w garść. Powinniśmy byli wziąć ślub ale postanowiliśmy czekać aż to wszystko się skończy. Muszę się skoncentrować na teraźniejszości i przypomnieć sobie wszystko co niedawno sie działo.

Przed bitwą obudziłem się nad ranem. Czułem się zmęczony. Nie tyle fizycznie co psychicznie. Ciągła konieczność podejmowania decyzji. Wydasz rozkaz ataku i wiesz, że z tych co pójdą kilku nie wróci. Starałem się o tym nie myśleć ale to ciągle wracało. To nic, że zawsze szedłem jako pierwszy. Tylko wtedy czułem, że naprawdę żyję, wszystko wokół traciło jakikolwiek znaczenie wobec tych kilku chwil gdy wydawało mi się, że jestem silny jak nigdy dotąd.

Wiedziałem, że już nie usnę. Trudno a zresztą nie zawadzi obejść stanowisk. Pomyślałem, że pewnie wszystko jest w największym porządku. Ludzie właśnie dostali nowe mundury i po raz pierwszy od dawna solidny posiłek. I wtedy wyraźnie posłyszałem strzały na północy. Najpierw był jeden a potem cała palba. I cisza. Pomyślałem, że to już. Nie było się nad czym zastanawiać, sformowanie batalionu poszło sprawniej niż zwykle. Po szybkim marszu dotarliśmy do miejsca skąd padły strzały. Na obu północnych placówkach nie było już nikogo żywego. I wtedy wszystko zrozumiałem. Zdziwiłem się, że mój umysł pracuje tak sprawnie i szybko. Bolszewicy zlikwidowali obsadę placówek i wycofali się, teraz wiedzą mniej więcej z jak silnym oddziałem mają do czynienia. Przegrupują się i zaatakują. Jakimi siłami? Na odprawie generał Żeligowski mówił, że mogą to być dwie dywizje, których zadaniem jest zająć Warszawę. A na ich drodze tutaj tylko mój batalion, który nie ma najmniejszych szans, zmiotą go, może moi żołnierze wytrzymają parę godzin ale i to jak dobrze pójdzie. Nagle stało się dla mnie całkowicie jasne, ze powinienem natychmiast zaatakować. Nawet jeśli większość zginie to nagły atak i tak daje większe szanse niż czekanie i obrona w tych warunkach. Słyszałem, że kot zapędzony do kąta przez dwa psy zamyka oczy, wysuwa pazury i atakuje na oślep. Tak. Zaatakować i niech się dzieje co chce. Trzeba będzie iść na czele ale nie wyrywać się do przodu bo jak padnę na samym początku to chłopaki mogą pójść w rozsypkę. Oczywiście trzeba zawiadomić dowództwo. Zaraz pchnąłem gońca. Czekać na odpowiedź? Bez sensu, zanim nadejdzie będzie miał bolszewików na karku. Jak to mówił stary kapitan Jermolenko: każdy oficer będzie musiał podjąć decyzję po której albo order św. Jerzego albo pluton egzekucyjny. Teraz to raczej virtuti.

Znowu brnę przez śnieg. Wokół zaśnieżone pole doskonale widoczne w świetle księżyca. W oddali majaczy ciemna plama lasu. Bór wydaje się tajemniczy i straszny ale co bardzo dziwne przyjazny zarazem. Widzę wijącą się na wzgórze drogę która potem opada w dół do miasteczka. Już wiem gdzie jestem, to pograniczne Muśniki gdzie stacjonował mój batalion. Tam poznałem Iskierkę, potem jak wróciła na Litwę byliśmy skazani już tylko na korespondencję. Brnę przez coraz większy śnieg ale nie czuję zmęczenia, tam w dole, w miasteczku widać światło w twoim oknie, idę do ciebie. Iskierka, Iskierka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz