Szukaj na tym blogu

środa, 16 września 2026

17 września 1939. Witkacy zamyka własne „Nienasycenie”. Włodzimierz Sołowjow i anatomia katastrofy

 











Stanisław Ignacy Witkiewicz, „Kuszenie świętego Antoniego II”, 1921–1922, tempera na płótnie, 72,5 × 142,5 cm. Zbiory Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK II-b-1559. Źródło reprodukcji: Muzeum Narodowe w Krakowie/Wikimedia Commons. Domena publiczna.

17 września 1939 roku Armia Czerwona przekroczyła wschodnią granicę Rzeczypospolitej. Stanisław Ignacy Witkiewicz znajdował się wówczas w Jeziorach na Polesiu, dokąd dotarł wraz z Czesławą Oknińską po ucieczce z bombardowanej Warszawy. Wiadomość o sowieckiej agresji odebrała mu ostatnią nadzieję, że wojna pozostanie tylko kolejną niemiecką napaścią, straszną, lecz mieszczącą się jeszcze w europejskiej historii państw, armii i traktatów. Następnego dnia, 18 września, Witkacy podciął sobie tętnice i zażył weronal. Nie umarł zatem 17 września, ale bez 17 września jego śmierci nie sposób zrozumieć. Tego dnia historia weszła do jego życia od wschodu, dokładnie tą drogą, którą od lat wprowadzał katastrofę do swoich powieści.

Byłoby jednak grubym uproszczeniem sprowadzić tę śmierć do jednej depeszy i jednego odruchu rozpaczy. Witkacy znał rewolucję rosyjską nie z gazetowego skrótu ani z eleganckich rozmów ludzi, którzy zawsze odkrywają grozę komunizmu dopiero wtedy, gdy ktoś odbiera im kamienicę. W 1914 roku pojechał do Petersburga, ukończył szkołę oficerską i jako podporucznik Pawłowskiego Pułku Gwardii walczył na froncie. W bitwie nad Stochodem został ciężko ranny, otrzymał Order Świętej Anny, a później widział rozpad carskiego państwa i narodziny masy przekonanej, że historia udzieliła jej prawa do przerabiania ludzi na materiał społeczny. W „Niemytych duszach” pisał, że obserwował rewolucję „zupełnie z bliska”. Nie był turystą zwiedzającym Rosję przez okno wagonu restauracyjnego. Przez kilka lat żył wśród rosyjskich oficerów, inteligencji, uchodźców, dekadentów i rewolucjonistów, a więc w świecie, w którym Sołowjow, jego panmongolizm oraz spór o przyszłość Rosji należały do powietrza epoki. Musiał się z nimi zetknąć choćby tak, jak człowiek mieszkający w zadymionym mieście styka się z dymem: nie musi zapisywać daty każdego oddechu. Kiedy 17 września 1939 roku Sowieci wkroczyli do Polski, nie zobaczył więc wyłącznie drugiego agresora. Rozpoznał powrót świata, który opisał wcześniej: zwycięstwo organizacji nad osobowością, zbiorowego szczęścia nad metafizycznym niepokojem i doskonale sprawnej machiny nad bezbronną jednostką.

W tej scenie spotykają się dwaj pisarze, którzy nigdy się nie poznali. Witkacy ucieka przez wrześniowy chaos ku wschodniej granicy. Włodzimierz Sołowjow nie żyje już od trzydziestu dziewięciu lat, lecz jego wizja właśnie nabiera ciała. Europa osłabiona własnym rozkładem zostaje podbita przez zjednoczony Wschód, a później uspokojona przez fałszywego zbawcę. Dostaje pokój, dobrobyt i jedność, musi tylko wyrzec się prawdy. W „Nienasyceniu” ten sam schemat wraca w groteskowej, nowoczesnej i znacznie bardziej beznadziejnej postaci: jako chiński najazd, religia Murti Binga i pigułki Dawamesk B2. Sołowjow dał katastrofie rusztowanie. Witkacy wypełnił je mięsem XX wieku.

Najłatwiej wpływ Sołowjowa na Witkacego przeoczyć, ponieważ badania nad autorem „Nienasycenia” lubią ustawiać obok niego nazwiska bardziej oczywiste. Pojawiają się Spengler, Nietzsche, Le Bon, Znaniecki, Miciński, Dostojewski oraz doświadczenie rewolucji rosyjskiej. Wszystkie te tropy są potrzebne, ale ich nagromadzenie potrafi zasłonić rzecz niemal bezczelnie widoczną. W „Krótkiej opowieści o Antychryście” Europa zostaje najechana przez panmongolską potęgę, która przechodzi przez Rosję i łamie Zachód. W „Nienasyceniu” skomunizowani Chińczycy przechodzą przez Rosję, zbliżają się do Polski i niosą nowy porządek całej białej cywilizacji. W obu utworach agresja zewnętrzna jest możliwa dlatego, że Europa wcześniej przegrała wewnętrznie. W obu też podbój militarny zostaje poprzedzony lub uzupełniony podbojem duchowym. Tego rodzaju zgodność nie jest luźnym podobieństwem dwóch katastrofistów, którzy przypadkiem spojrzeli na tę samą mapę. Jest zgodnością konstrukcji.

Marek Kochanowski zauważa Sołowjowa, lecz natychmiast odstawia go na półkę z napisem „literatura popularna”. Pisząc o parodii mitu „żółtego niebezpieczeństwa”, wymienia „Chiny a Europa” oraz „Krótką opowieść o Antychryście” obok powieści o azjatyckich hordach, doktorze Fu Manchu, torturach i egzotycznych truciznach. To klasyczna choroba literaturoznawstwa: odkryć w ścianie drzwi, po czym zająć się katalogowaniem farby na framudze. Witkacy oczywiście parodiował powieść popularną. Brał z niej tandetne, ale efektowne rekwizyty: żółte hordy, cudowne środki, tajnych emisariuszy i demonicznych przywódców. Nie budował jednak „Nienasycenia” po to, aby dopisać inteligentniejszy odcinek przygód Fu Manchu. Ten kostium był mu potrzebny do pokazania katastrofy o wiele poważniejszej: świata, który przyjmuje niewolę, ponieważ nie potrafi już odpowiedzieć, po co miałby pozostać wolny.

Pietro Marchesani podchodzi bliżej. Prowadzi rosyjską genealogię mitu od Sołowjowa przez Andrieja Biełego, Aleksandra Błoka i Dymitra Mereżkowskiego, a Murti Binga nazywa piątą kolumną chińskiego najazdu. Trafia w sedno, ale zatrzymuje się o krok za wcześnie. „Nienasycenie” nie jest tylko kolejnym przetworzeniem mitu „żółtego niebezpieczeństwa”, choć mit dostarczył mu barw, dekoracji i kierunku marszu armii. Od Sołowjowa wraca cały mechanizm apokalipsy: rozkład Europy, uderzenie ze Wschodu, duchowa kapitulacja poprzedzająca klęskę wojskową, uniwersalna doktryna i obietnica szczęścia kupionego za wyrzeczenie się własnej osoby. Marchesani widzi linię literacką. Jest to raczej linia wysokiego napięcia, po której prąd rosyjskiej apokalipsy dotarł do najważniejszej katastroficznej powieści Witkacego.

Poszukiwanie listu, w którym Witkacy uprzejmie zawiadamia przyszłych badaczy, że właśnie zapożyczył coś od Sołowjowa, jest zajęciem godnym ludzi przekonanych, że idee poruszają się wyłącznie za okazaniem dowodu osobistego. Witkacy spędził w Rosji lata 1914–1918, służył w jej armii, żył w Petersburgu i oglądał rewolucję od strony koszar, ulicy oraz rozpadającego się państwa. Panmongolizm Sołowjowa nie był wówczas zapomnianą ciekawostką. Po klęsce Rosji w wojnie z Japonią, rewolucji 1905 roku i narastającym lęku przed Azją należał do najbardziej sugestywnych rosyjskich obrazów przyszłości. Witkacy musiał się z nim zetknąć, bezpośrednio albo poprzez Biełego, Błoka, Mereżkowskiego i całą atmosferę rosyjskiego katastrofizmu. Gdyby nawet jakimś cudem ominął go w Petersburgu, „Krótka powieść o Antychryście” ukazała się po polsku w 1924 roku, trzy lata przed napisaniem „Nienasycenia”. Zbieżność nie dotyczy jednego chińskiego munduru ani koloru sztandaru. Dotyczy szkieletu całej opowieści, a szkielet znaczy więcej niż fiszka biblioteczna.

Wszystko zaczyna się od „Panmongolizmu”, wiersza napisanego przez Sołowjowa w 1894 roku. Jego puenta odbiera Rosji prawo do bezkarnego nazywania się Trzecim Rzymem. Państwo, które sprzeniewierzyło się chrześcijańskiej prawdzie, ma podzielić los Bizancjum. Żadne imperium nie otrzymuje bowiem od Opatrzności polisy ubezpieczeniowej na własną pychę. Ze Wschodu nadciąga więc ludzkie „mrowie”, rozbija Rosję i zalewa Europę. W ostatniej części „Trzech rozmów” obraz zamienia się w opowieść. Japonia tworzy ruch panmongolski, podporządkowuje sobie Chiny, azjatyckie armie przekraczają Ural, Rosja upada, a wyczerpana własnymi konfliktami Europa dostaje się pod obce panowanie.

Witkacy nie skopiował tej opowieści. Kopiują urzędnicy, epigoni i autorzy habilitacji pisanych z pięciu cudzych książek przy pomocy szóstej. Wielki pisarz bierze cudzy schemat i doprowadza go do miejsca, którego poprzednik nie mógł jeszcze zobaczyć. U Sołowjowa najeźdźcy są narzędziem kary oraz etapem apokaliptycznej historii zmierzającej ku ostatecznemu zwycięstwu Chrystusa. U Witkacego chiński „ruchomy mur” nie prowadzi do odkupienia. Prowadzi do skutecznego urządzenia ludzkości. To różnica zasadnicza. Sołowjow nadal wierzył, że za katastrofą stoi sens. Witkacy podejrzewał, że za katastrofą stoi administracja.

Chińska lawina z „Nienasycenia” idzie dokładnie tą samą drogą. Nadciąga ze Wschodu, miażdży Rosję, staje na granicy Polski i zagraża Europie. Chińscy komuniści docierają do Uralu, zdobywają Moskwę, a przez Rosję przewala się „żywy, żółty mur”. Witkacy odwraca przy tym stary symbol. Mur chiński nie chroni już Chin przed światem. Rusza z miejsca, aby świat ujednolicić. U Sołowjowa panmongolizm jednoczy Azję politycznie i militarnie. U Witkacego Zjednoczony Wschód łączy armię, ideologię, religię, farmakologię i technikę. Nie nadchodzą barbarzyńcy z łukami. Nadchodzi konkurencyjna nowoczesność, lepiej zorganizowana od europejskiej i właśnie dlatego groźniejsza.

Sołowjow rozumiał bowiem panmongolizm dwojako. Był to wróg zewnętrzny, ale również choroba wewnętrzna. Rosja mogła zostać pobita przez Azję dlatego, że wcześniej uległa własnemu „schińszczeniu”: cezaropapizmowi, przemocy państwa nad duchem, martwocie instytucji i samozadowoleniu imperium. W „Nienasyceniu” działa ta sama zasada. Chińczycy zwyciężają nie dlatego, że Europejczycy mają za mało armat, lecz dlatego, że europejska kultura wcześniej zużyła zdolność tworzenia ludzi zdolnych do oporu. Polska Witkacego jest krajem „pozornych ludzi, pozornej pracy” i pozornego państwa. Elity dyskutują, kopulują, komponują, filozofują i upajają się własną wyjątkowością, podczas gdy przeciwnik zamienia historię w logistykę. Nie ma tu niewinnej Europy napadniętej przez obcych. Jest cywilizacja, która długo hodowała własną bezbronność, a następnie zdziwiła się, że ktoś postanowił z niej skorzystać.

Jeszcze wyraźniejszy jest motyw fałszywego zbawienia. Antychryst Sołowjowa nie przychodzi jako rogaty potwór pachnący siarką. Jest genialny, szlachetny, humanitarny i przekonujący. Daje światu dokładnie to, czego świat pragnie: koniec wojen, powszechny dobrobyt, jedność polityczną i zgodę między religiami. Kłamstwo nie polega na tym, że obiecuje cierpienie. Obiecuje dobro bez prawdy i jedność bez wolności. Sołowjow zrozumiał, że nowoczesny Antychryst nie będzie wymachiwał widłami. Przyjdzie z programem pokojowym, pakietem socjalnym i świetnie przygotowaną konferencją prasową.

Murti Bing i jego wysłannik Dżewani są świecką wersją tej samej figury. Nowa wiara nie wymaga heroizmu, ascezy ani wewnętrznego przełomu. Wystarczy połknąć Dawamesk B2. Środek usuwa metafizyczny niepokój i pozwala pogodnie rozpłynąć się w zbiorowości. To Antychryst Sołowjowa rozpuszczony w tabletce. Nie trzeba już uwodzić całej ludzkości jednym wielkim imperatorem, skoro każdemu obywatelowi można wręczyć jego prywatną dawkę rezygnacji z własnego „ja”. Murti Bing nie niszczy religii. Produkuje religię wygodniejszą, przydatną administracji i pozbawioną ryzyka, że człowiek potraktuje własną duszę zbyt poważnie.

W tym punkcie Witkacy okazuje się spadkobiercą Sołowjowa bardziej przenikliwym i bardziej okrutnym. Rosyjski filozof pozostawił swoim wiernym możliwość rozpoznania oszustwa oraz eschatologiczny finał, w którym fałszywy władca zostaje pokonany. Witkacy tej pociechy odmawia. Jego bohaterowie nie padają wyłącznie ofiarą terroru. Zostają uwolnieni od ciężaru bycia sobą i w znacznym stopniu przyjmują to z ulgą. Genezyp Kapen, wcześniej dręczony Tajemnicą Istnienia, seksualnością, lękiem i własnym nienasyceniem, po przemianie staje się elementem nowego porządku. Wolność nie zostaje mu wyrwana z rąk podczas bohaterskiej walki. Zostaje oddana, ponieważ boli.

Tak wygląda najgłębsza wspólnota obu wizji. Katastrofa nie oznacza tylko klęski państwa. Oznacza zwycięstwo imitacji nad prawdą. U Sołowjowa Antychryst imituje Chrystusa, światowy pokój imituje pojednanie, a jedność polityczna imituje wspólnotę duchową. U Witkacego wiara Murti Binga imituje metafizykę, Dawamesk imituje szczęście, organizacja imituje kulturę, a człowiek społeczny imituje osobę. Obaj pisarze rozpoznali, że wielkie systemy przyszłości nie muszą niszczyć wartości przez ich zakazanie. Mogą wytworzyć ich tańsze, łatwiejsze i masowo dostępne podróbki.

Ślad Sołowjowa prowadzi dalej niż „Nienasycenie”. W „Pożegnaniu jesieni” rewolucja jest zarazem wydarzeniem politycznym i metafizycznym. Stary świat nie tyle przegrywa bitwę, ile traci prawo do dalszego istnienia. Hela Bertz szuka ocalenia w katolicyzmie, lecz religia zostaje wciągnięta w wir erotyki, nudy, snobizmu i rewolucji. Powraca problem dobrze znany Sołowjowowi: instytucje chrześcijańskiej Europy nie potrafią już unieść prawdy, którą głoszą. Sołowjow wierzył jeszcze w odrodzenie przez autentyczne chrześcijaństwo i pojednanie Kościołów. Witkacy pokazuje świat, w którym nawet nawrócenie może stać się kolejną rozrywką znudzonej osobowości.

W dramatach Witkacego ten sam mechanizm przybiera postać groteskową. W „Szewcach” kolejne przewroty niszczą poprzedników, lecz każdy nowy porządek okazuje się jeszcze skuteczniejszą odmianą depersonalizacji. Rewolucja nie kończy historii dlatego, że rozwiązuje sprzeczności społeczne. Kończy ją dlatego, że likwiduje ludzi zdolnych odczuwać sprzeczność jako dramat. W „Oni” tajemnicza organizacja podporządkowuje sztukę i życie bez konieczności formułowania porywającej doktryny. W „Matce” oraz „Wariacie i zakonnicy” nowoczesne instytucje próbują zarządzać obłędem, cierpieniem i twórczością jak problemem technicznym. Wszędzie wraca sołowjowowski lęk przed fałszywą jednością, tyle że nie stoi już za nim demon w teologicznej masce. Stoją komisja, zakład, partia, lekarz, funkcjonariusz i człowiek rozsądny, który z powagą wyjaśnia, że operacja unicestwienia osobowości odbywa się dla dobra pacjenta.

Nie znaczy to, że cała filozofia Witkacego została przepisana z Sołowjowa. Dzieliło ich zbyt wiele. Sołowjow był myślicielem chrześcijańskim, wierzył w Bogoczłowieczeństwo, duchową jedność ludzkości i ostateczny sens historii. Witkacy budował własny system wokół Istnienia Poszczególnego, Tajemnicy Istnienia oraz wielości monad. Nie miał pewności, że katastrofa zostanie kiedyś unieważniona w wyższym porządku. Od Sołowjowa przejął więc nie odpowiedź, lecz aparat alarmowy: najazd ze Wschodu, wewnętrzny rozkład Zachodu, fałszywą religię jedności i zbawcę oferującego spokój za cenę osoby.

Ta różnica wzmacnia, a nie osłabia tezę o wpływie. Epigon powtarza odpowiedzi. Pisarz twórczy przejmuje pytanie, zmienia język i usuwa pocieszenie, którego nie potrafi już podzielać. Sołowjow pytał, czy chrześcijańska Europa rozpozna Antychrysta ukrytego pod maską dobra. Witkacy pytał, czy w Europie pozostanie jeszcze ktokolwiek, komu będzie zależało na rozpoznaniu czegokolwiek. Rosyjski filozof obawiał się fałszywego mesjasza. Polski pisarz zobaczył świat, w którym funkcję mesjasza może spełnić właściwie dobrany związek chemiczny.

Pozostaje niewygodna sprawa rasowego kostiumu tej opowieści. Sołowjow i Witkacy korzystali z repertuaru „żółtego niebezpieczeństwa”, pełnego stereotypów, zbiorowych etykiet i obrazów azjatyckiej hordy. Nie ma powodu tego pudrować ani każdej obelgi tłumaczyć ironią. Chińczycy w „Nienasyceniu” są figurą komunizmu, masowości i nowoczesnej organizacji, ale zostali opisani językiem europejskiego lęku przed obcym Wschodem. Sprowadzenie powieści do rasistowskiej fantazji byłoby jednak równie niemądre jak uznanie „Folwarku zwierzęcego” za książkę weterynaryjną. Kostium źle się zestarzał. Konstrukcja pozostała niepokojąco żywa: społeczeństwo wyczerpane duchowo zostaje pokonane przez system, który lepiej organizuje masę.

W ostatnim okresie twórczości, przypadającym na lata 1895–1900, Sołowjow uczynił panmongolizm jednym z najważniejszych obrazów nadchodzącej katastrofy. Sam wiersz „Panmongolizm” powstał w 1894 roku, a późniejsze utwory rozwinęły zawartą w nim wizję upadku Rosji i Europy. Nie była to jednak zwykła przepowiednia chińskiej inwazji ani fantazja domorosłego stratega przesuwającego żółte chorągiewki po mapie. Witkacy także nie przejął od Sołowjowa planu przyszłych działań wojennych. Przejął model upadku: wróg zewnętrzny zwycięża dlatego, że wewnętrzny człowiek wcześniej zrezygnował z prawdy, wolności i zdolności przeżywania Tajemnicy.

W tym sensie 17 września 1939 roku stanowi okrutne domknięcie twórczości Witkacego. Armia wkraczająca od wschodu nie była chińska, nie niosła pigułek Murti Binga i nie maszerowała pod sztandarem panmongolizmu. Niosła jednak system, który Witkacy poznał w Rosji i przez dwadzieścia lat przetwarzał w literaturę: kolektywną prawdę, administracyjne szczęście, przemoc przedstawioną jako konieczność dziejową oraz pogardę dla jednostki uznanej za przeżytek. Jego samobójstwo nie dowodzi wpływu Sołowjowa. Dowodzi czegoś bardziej gorzkiego: że katastroficzny schemat, który Sołowjow stworzył, a Witkacy radykalnie przebudował, przestał być dla niego literaturą.

18 września w Jeziorach Witkacy nie odebrał sobie życia dlatego, że spełniła się dosłownie fabuła „Nienasycenia”. Literatura nie jest rozkładem jazdy pociągów pancernych, a pisarz nie jest jasnowidzem zatrudnionym do zgadywania dat agresji. Rozpoznał jednak zasadniczy ruch historii: od kryzysu cywilizacji przez najazd i rewolucję do świata, w którym jednostka ma zostać uwolniona od nieznośnego ciężaru własnej odrębności. Sołowjow nazwał ten proces nadejściem Antychrysta i panmongolizmu. Witkacy nazwał go końcem uczuć metafizycznych i zwycięstwem uspołecznionej mechanizacji. Dwa języki opisywały tę samą pokusę: oddać wolność w zamian za spokój, prawdę w zamian za jedność i osobowość w zamian za szczęście.

Sołowjow pozostawił na końcu Chrystusa zwyciężającego fałszywego imperatora. Witkacy pozostawił człowieka, któremu pigułka pomogła pogodzić się z własnym zniknięciem. W tej różnicy mieści się droga Europy od religijnego katastrofizmu XIX wieku do totalitarnego doświadczenia wieku XX. Mieści się w niej również najważniejszy dowód wpływu: Witkacy nie powtórzył apokalipsy Sołowjowa. Odebrał jej Boga, przyspieszył armię, dodał farmakologię, biurokrację i psychologię mas, a potem sprawdził, co pozostanie z człowieka, gdy fałszywe zbawienie okaże się wygodniejsze od wolności. Odpowiedź była tak ponura, że 17 września 1939 roku nie chciał już oglądać jej drugiego aktu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz