Stanisław Ignacy Witkiewicz, „Kuszenie świętego Antoniego II”, 1921–1922, tempera na płótnie, 72,5 × 142,5 cm. Zbiory Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK II-b-1559. Źródło reprodukcji: Muzeum Narodowe w Krakowie/Wikimedia Commons. Domena publiczna.
17 września 1939 roku Armia
Czerwona przekroczyła wschodnią granicę Rzeczypospolitej. Stanisław Ignacy
Witkiewicz znajdował się wówczas w Jeziorach na Polesiu, dokąd dotarł wraz z
Czesławą Oknińską po ucieczce z bombardowanej Warszawy. Wiadomość o sowieckiej
agresji odebrała mu ostatnią nadzieję, że wojna pozostanie tylko kolejną
niemiecką napaścią, straszną, lecz mieszczącą się jeszcze w europejskiej historii
państw, armii i traktatów. Następnego dnia, 18 września, Witkacy podciął sobie
tętnice i zażył weronal. Nie umarł zatem 17 września, ale bez 17 września jego
śmierci nie sposób zrozumieć. Tego dnia historia weszła do jego życia od
wschodu, dokładnie tą drogą, którą od lat wprowadzał katastrofę do swoich
powieści.
Byłoby jednak grubym uproszczeniem
sprowadzić tę śmierć do jednej depeszy i jednego odruchu rozpaczy. Witkacy znał
rewolucję rosyjską nie z gazetowego skrótu ani z eleganckich rozmów ludzi, którzy
zawsze odkrywają grozę komunizmu dopiero wtedy, gdy ktoś odbiera im kamienicę.
W 1914 roku pojechał do Petersburga, ukończył szkołę oficerską i jako
podporucznik Pawłowskiego Pułku Gwardii walczył na froncie. W bitwie nad
Stochodem został ciężko ranny, otrzymał Order Świętej Anny, a później widział
rozpad carskiego państwa i narodziny masy przekonanej, że historia udzieliła
jej prawa do przerabiania ludzi na materiał społeczny. W „Niemytych duszach”
pisał, że obserwował rewolucję „zupełnie z bliska”. Nie był turystą
zwiedzającym Rosję przez okno wagonu restauracyjnego. Przez kilka lat żył wśród
rosyjskich oficerów, inteligencji, uchodźców, dekadentów i rewolucjonistów, a
więc w świecie, w którym Sołowjow, jego panmongolizm oraz spór o przyszłość Rosji
należały do powietrza epoki. Musiał się z nimi zetknąć choćby tak, jak człowiek
mieszkający w zadymionym mieście styka się z dymem: nie musi zapisywać daty
każdego oddechu. Kiedy 17 września 1939 roku Sowieci wkroczyli do Polski, nie
zobaczył więc wyłącznie drugiego agresora. Rozpoznał powrót świata, który
opisał wcześniej: zwycięstwo organizacji nad osobowością, zbiorowego szczęścia
nad metafizycznym niepokojem i doskonale sprawnej machiny nad bezbronną
jednostką.
W tej scenie spotykają się dwaj
pisarze, którzy nigdy się nie poznali. Witkacy ucieka przez wrześniowy chaos ku
wschodniej granicy. Włodzimierz Sołowjow nie żyje już od trzydziestu dziewięciu
lat, lecz jego wizja właśnie nabiera ciała. Europa osłabiona własnym rozkładem
zostaje podbita przez zjednoczony Wschód, a później uspokojona przez fałszywego
zbawcę. Dostaje pokój, dobrobyt i jedność, musi tylko wyrzec się prawdy. W
„Nienasyceniu” ten sam schemat wraca w groteskowej, nowoczesnej i znacznie
bardziej beznadziejnej postaci: jako chiński najazd, religia Murti Binga i
pigułki Dawamesk B2. Sołowjow dał katastrofie rusztowanie. Witkacy wypełnił je
mięsem XX wieku.
Najłatwiej wpływ Sołowjowa na
Witkacego przeoczyć, ponieważ badania nad autorem „Nienasycenia” lubią ustawiać
obok niego nazwiska bardziej oczywiste. Pojawiają się Spengler, Nietzsche, Le
Bon, Znaniecki, Miciński, Dostojewski oraz doświadczenie rewolucji rosyjskiej.
Wszystkie te tropy są potrzebne, ale ich nagromadzenie potrafi zasłonić rzecz
niemal bezczelnie widoczną. W „Krótkiej opowieści o Antychryście” Europa
zostaje najechana przez panmongolską potęgę, która przechodzi przez Rosję i
łamie Zachód. W „Nienasyceniu” skomunizowani Chińczycy przechodzą przez Rosję,
zbliżają się do Polski i niosą nowy porządek całej białej cywilizacji. W obu
utworach agresja zewnętrzna jest możliwa dlatego, że Europa wcześniej przegrała
wewnętrznie. W obu też podbój militarny zostaje poprzedzony lub uzupełniony
podbojem duchowym. Tego rodzaju zgodność nie jest luźnym podobieństwem dwóch
katastrofistów, którzy przypadkiem spojrzeli na tę samą mapę. Jest zgodnością
konstrukcji.
Marek Kochanowski zauważa
Sołowjowa, lecz natychmiast odstawia go na półkę z napisem „literatura
popularna”. Pisząc o parodii mitu „żółtego niebezpieczeństwa”, wymienia „Chiny
a Europa” oraz „Krótką opowieść o Antychryście” obok powieści o azjatyckich
hordach, doktorze Fu Manchu, torturach i egzotycznych truciznach. To klasyczna
choroba literaturoznawstwa: odkryć w ścianie drzwi, po czym zająć się
katalogowaniem farby na framudze. Witkacy oczywiście parodiował powieść
popularną. Brał z niej tandetne, ale efektowne rekwizyty: żółte hordy, cudowne
środki, tajnych emisariuszy i demonicznych przywódców. Nie budował jednak
„Nienasycenia” po to, aby dopisać inteligentniejszy odcinek przygód Fu Manchu.
Ten kostium był mu potrzebny do pokazania katastrofy o wiele poważniejszej:
świata, który przyjmuje niewolę, ponieważ nie potrafi już odpowiedzieć, po co
miałby pozostać wolny.
Pietro Marchesani podchodzi bliżej.
Prowadzi rosyjską genealogię mitu od Sołowjowa przez Andrieja Biełego,
Aleksandra Błoka i Dymitra Mereżkowskiego, a Murti Binga nazywa piątą kolumną
chińskiego najazdu. Trafia w sedno, ale zatrzymuje się o krok za wcześnie.
„Nienasycenie” nie jest tylko kolejnym przetworzeniem mitu „żółtego niebezpieczeństwa”,
choć mit dostarczył mu barw, dekoracji i kierunku marszu armii. Od Sołowjowa
wraca cały mechanizm apokalipsy: rozkład Europy, uderzenie ze Wschodu, duchowa
kapitulacja poprzedzająca klęskę wojskową, uniwersalna doktryna i obietnica szczęścia
kupionego za wyrzeczenie się własnej osoby. Marchesani widzi linię literacką.
Jest to raczej linia wysokiego napięcia, po której prąd rosyjskiej apokalipsy
dotarł do najważniejszej katastroficznej powieści Witkacego.
Poszukiwanie listu, w którym Witkacy
uprzejmie zawiadamia przyszłych badaczy, że właśnie zapożyczył coś od
Sołowjowa, jest zajęciem godnym ludzi przekonanych, że idee poruszają się
wyłącznie za okazaniem dowodu osobistego. Witkacy spędził w Rosji lata
1914–1918, służył w jej armii, żył w Petersburgu i oglądał rewolucję od strony
koszar, ulicy oraz rozpadającego się państwa. Panmongolizm Sołowjowa nie był
wówczas zapomnianą ciekawostką. Po klęsce Rosji w wojnie z Japonią, rewolucji
1905 roku i narastającym lęku przed Azją należał do najbardziej sugestywnych
rosyjskich obrazów przyszłości. Witkacy musiał się z nim zetknąć, bezpośrednio
albo poprzez Biełego, Błoka, Mereżkowskiego i całą atmosferę rosyjskiego
katastrofizmu. Gdyby nawet jakimś cudem ominął go w Petersburgu, „Krótka
powieść o Antychryście” ukazała się po polsku w 1924 roku, trzy lata przed
napisaniem „Nienasycenia”. Zbieżność nie dotyczy jednego chińskiego munduru ani
koloru sztandaru. Dotyczy szkieletu całej opowieści, a szkielet znaczy więcej
niż fiszka biblioteczna.
Wszystko zaczyna się od
„Panmongolizmu”, wiersza napisanego przez Sołowjowa w 1894 roku. Jego puenta
odbiera Rosji prawo do bezkarnego nazywania się Trzecim Rzymem. Państwo, które
sprzeniewierzyło się chrześcijańskiej prawdzie, ma podzielić los Bizancjum.
Żadne imperium nie otrzymuje bowiem od Opatrzności polisy ubezpieczeniowej na
własną pychę. Ze Wschodu nadciąga więc ludzkie „mrowie”, rozbija Rosję i zalewa
Europę. W ostatniej części „Trzech rozmów” obraz zamienia się w opowieść.
Japonia tworzy ruch panmongolski, podporządkowuje sobie Chiny, azjatyckie armie
przekraczają Ural, Rosja upada, a wyczerpana własnymi konfliktami Europa
dostaje się pod obce panowanie.
Witkacy nie skopiował tej
opowieści. Kopiują urzędnicy, epigoni i autorzy habilitacji pisanych z pięciu
cudzych książek przy pomocy szóstej. Wielki pisarz bierze cudzy schemat i
doprowadza go do miejsca, którego poprzednik nie mógł jeszcze zobaczyć. U
Sołowjowa najeźdźcy są narzędziem kary oraz etapem apokaliptycznej historii
zmierzającej ku ostatecznemu zwycięstwu Chrystusa. U Witkacego chiński „ruchomy
mur” nie prowadzi do odkupienia. Prowadzi do skutecznego urządzenia ludzkości.
To różnica zasadnicza. Sołowjow nadal wierzył, że za katastrofą stoi sens.
Witkacy podejrzewał, że za katastrofą stoi administracja.
Chińska lawina z „Nienasycenia”
idzie dokładnie tą samą drogą. Nadciąga ze Wschodu, miażdży Rosję, staje na
granicy Polski i zagraża Europie. Chińscy komuniści docierają do Uralu,
zdobywają Moskwę, a przez Rosję przewala się „żywy, żółty mur”. Witkacy odwraca
przy tym stary symbol. Mur chiński nie chroni już Chin przed światem. Rusza z
miejsca, aby świat ujednolicić. U Sołowjowa panmongolizm jednoczy Azję
politycznie i militarnie. U Witkacego Zjednoczony Wschód łączy armię,
ideologię, religię, farmakologię i technikę. Nie nadchodzą barbarzyńcy z
łukami. Nadchodzi konkurencyjna nowoczesność, lepiej zorganizowana od
europejskiej i właśnie dlatego groźniejsza.
Sołowjow rozumiał bowiem
panmongolizm dwojako. Był to wróg zewnętrzny, ale również choroba wewnętrzna.
Rosja mogła zostać pobita przez Azję dlatego, że wcześniej uległa własnemu
„schińszczeniu”: cezaropapizmowi, przemocy państwa nad duchem, martwocie
instytucji i samozadowoleniu imperium. W „Nienasyceniu” działa ta sama zasada.
Chińczycy zwyciężają nie dlatego, że Europejczycy mają za mało armat, lecz
dlatego, że europejska kultura wcześniej zużyła zdolność tworzenia ludzi
zdolnych do oporu. Polska Witkacego jest krajem „pozornych ludzi, pozornej
pracy” i pozornego państwa. Elity dyskutują, kopulują, komponują, filozofują i
upajają się własną wyjątkowością, podczas gdy przeciwnik zamienia historię w
logistykę. Nie ma tu niewinnej Europy napadniętej przez obcych. Jest
cywilizacja, która długo hodowała własną bezbronność, a następnie zdziwiła się,
że ktoś postanowił z niej skorzystać.
Jeszcze wyraźniejszy jest motyw
fałszywego zbawienia. Antychryst Sołowjowa nie przychodzi jako rogaty potwór
pachnący siarką. Jest genialny, szlachetny, humanitarny i przekonujący. Daje
światu dokładnie to, czego świat pragnie: koniec wojen, powszechny dobrobyt,
jedność polityczną i zgodę między religiami. Kłamstwo nie polega na tym, że
obiecuje cierpienie. Obiecuje dobro bez prawdy i jedność bez wolności. Sołowjow
zrozumiał, że nowoczesny Antychryst nie będzie wymachiwał widłami. Przyjdzie z
programem pokojowym, pakietem socjalnym i świetnie przygotowaną konferencją
prasową.
Murti Bing i jego wysłannik Dżewani
są świecką wersją tej samej figury. Nowa wiara nie wymaga heroizmu, ascezy ani
wewnętrznego przełomu. Wystarczy połknąć Dawamesk B2. Środek usuwa metafizyczny
niepokój i pozwala pogodnie rozpłynąć się w zbiorowości. To Antychryst
Sołowjowa rozpuszczony w tabletce. Nie trzeba już uwodzić całej ludzkości
jednym wielkim imperatorem, skoro każdemu obywatelowi można wręczyć jego prywatną
dawkę rezygnacji z własnego „ja”. Murti Bing nie niszczy religii. Produkuje
religię wygodniejszą, przydatną administracji i pozbawioną ryzyka, że człowiek
potraktuje własną duszę zbyt poważnie.
W tym punkcie Witkacy okazuje się
spadkobiercą Sołowjowa bardziej przenikliwym i bardziej okrutnym. Rosyjski
filozof pozostawił swoim wiernym możliwość rozpoznania oszustwa oraz
eschatologiczny finał, w którym fałszywy władca zostaje pokonany. Witkacy tej
pociechy odmawia. Jego bohaterowie nie padają wyłącznie ofiarą terroru. Zostają
uwolnieni od ciężaru bycia sobą i w znacznym stopniu przyjmują to z ulgą.
Genezyp Kapen, wcześniej dręczony Tajemnicą Istnienia, seksualnością, lękiem i
własnym nienasyceniem, po przemianie staje się elementem nowego porządku. Wolność
nie zostaje mu wyrwana z rąk podczas bohaterskiej walki. Zostaje oddana,
ponieważ boli.
Tak wygląda najgłębsza wspólnota
obu wizji. Katastrofa nie oznacza tylko klęski państwa. Oznacza zwycięstwo
imitacji nad prawdą. U Sołowjowa Antychryst imituje Chrystusa, światowy pokój
imituje pojednanie, a jedność polityczna imituje wspólnotę duchową. U Witkacego
wiara Murti Binga imituje metafizykę, Dawamesk imituje szczęście, organizacja
imituje kulturę, a człowiek społeczny imituje osobę. Obaj pisarze rozpoznali,
że wielkie systemy przyszłości nie muszą niszczyć wartości przez ich zakazanie.
Mogą wytworzyć ich tańsze, łatwiejsze i masowo dostępne podróbki.
Ślad Sołowjowa prowadzi dalej niż
„Nienasycenie”. W „Pożegnaniu jesieni” rewolucja jest zarazem wydarzeniem
politycznym i metafizycznym. Stary świat nie tyle przegrywa bitwę, ile traci
prawo do dalszego istnienia. Hela Bertz szuka ocalenia w katolicyzmie, lecz
religia zostaje wciągnięta w wir erotyki, nudy, snobizmu i rewolucji. Powraca
problem dobrze znany Sołowjowowi: instytucje chrześcijańskiej Europy nie
potrafią już unieść prawdy, którą głoszą. Sołowjow wierzył jeszcze w odrodzenie
przez autentyczne chrześcijaństwo i pojednanie Kościołów. Witkacy pokazuje
świat, w którym nawet nawrócenie może stać się kolejną rozrywką znudzonej
osobowości.
W dramatach Witkacego ten sam
mechanizm przybiera postać groteskową. W „Szewcach” kolejne przewroty niszczą
poprzedników, lecz każdy nowy porządek okazuje się jeszcze skuteczniejszą
odmianą depersonalizacji. Rewolucja nie kończy historii dlatego, że rozwiązuje
sprzeczności społeczne. Kończy ją dlatego, że likwiduje ludzi zdolnych odczuwać
sprzeczność jako dramat. W „Oni” tajemnicza organizacja podporządkowuje sztukę
i życie bez konieczności formułowania porywającej doktryny. W „Matce” oraz
„Wariacie i zakonnicy” nowoczesne instytucje próbują zarządzać obłędem,
cierpieniem i twórczością jak problemem technicznym. Wszędzie wraca
sołowjowowski lęk przed fałszywą jednością, tyle że nie stoi już za nim demon w
teologicznej masce. Stoją komisja, zakład, partia, lekarz, funkcjonariusz i
człowiek rozsądny, który z powagą wyjaśnia, że operacja unicestwienia
osobowości odbywa się dla dobra pacjenta.
Nie znaczy to, że cała filozofia
Witkacego została przepisana z Sołowjowa. Dzieliło ich zbyt wiele. Sołowjow był
myślicielem chrześcijańskim, wierzył w Bogoczłowieczeństwo, duchową jedność
ludzkości i ostateczny sens historii. Witkacy budował własny system wokół
Istnienia Poszczególnego, Tajemnicy Istnienia oraz wielości monad. Nie miał pewności,
że katastrofa zostanie kiedyś unieważniona w wyższym porządku. Od Sołowjowa
przejął więc nie odpowiedź, lecz aparat alarmowy: najazd ze Wschodu, wewnętrzny
rozkład Zachodu, fałszywą religię jedności i zbawcę oferującego spokój za cenę
osoby.
Ta różnica wzmacnia, a nie osłabia
tezę o wpływie. Epigon powtarza odpowiedzi. Pisarz twórczy przejmuje pytanie,
zmienia język i usuwa pocieszenie, którego nie potrafi już podzielać. Sołowjow
pytał, czy chrześcijańska Europa rozpozna Antychrysta ukrytego pod maską dobra.
Witkacy pytał, czy w Europie pozostanie jeszcze ktokolwiek, komu będzie
zależało na rozpoznaniu czegokolwiek. Rosyjski filozof obawiał się fałszywego
mesjasza. Polski pisarz zobaczył świat, w którym funkcję mesjasza może spełnić
właściwie dobrany związek chemiczny.
Pozostaje niewygodna sprawa
rasowego kostiumu tej opowieści. Sołowjow i Witkacy korzystali z repertuaru
„żółtego niebezpieczeństwa”, pełnego stereotypów, zbiorowych etykiet i obrazów
azjatyckiej hordy. Nie ma powodu tego pudrować ani każdej obelgi tłumaczyć
ironią. Chińczycy w „Nienasyceniu” są figurą komunizmu, masowości i nowoczesnej
organizacji, ale zostali opisani językiem europejskiego lęku przed obcym
Wschodem. Sprowadzenie powieści do rasistowskiej fantazji byłoby jednak równie
niemądre jak uznanie „Folwarku zwierzęcego” za książkę weterynaryjną. Kostium
źle się zestarzał. Konstrukcja pozostała niepokojąco żywa: społeczeństwo
wyczerpane duchowo zostaje pokonane przez system, który lepiej organizuje masę.
W ostatnim okresie twórczości,
przypadającym na lata 1895–1900, Sołowjow uczynił panmongolizm jednym z
najważniejszych obrazów nadchodzącej katastrofy. Sam wiersz „Panmongolizm”
powstał w 1894 roku, a późniejsze utwory rozwinęły zawartą w nim wizję upadku
Rosji i Europy. Nie była to jednak zwykła przepowiednia chińskiej inwazji ani
fantazja domorosłego stratega przesuwającego żółte chorągiewki po mapie.
Witkacy także nie przejął od Sołowjowa planu przyszłych działań wojennych.
Przejął model upadku: wróg zewnętrzny zwycięża dlatego, że wewnętrzny człowiek
wcześniej zrezygnował z prawdy, wolności i zdolności przeżywania Tajemnicy.
W tym sensie 17 września 1939 roku
stanowi okrutne domknięcie twórczości Witkacego. Armia wkraczająca od wschodu
nie była chińska, nie niosła pigułek Murti Binga i nie maszerowała pod
sztandarem panmongolizmu. Niosła jednak system, który Witkacy poznał w Rosji i
przez dwadzieścia lat przetwarzał w literaturę: kolektywną prawdę,
administracyjne szczęście, przemoc przedstawioną jako konieczność dziejową oraz
pogardę dla jednostki uznanej za przeżytek. Jego samobójstwo nie dowodzi wpływu
Sołowjowa. Dowodzi czegoś bardziej gorzkiego: że katastroficzny schemat, który
Sołowjow stworzył, a Witkacy radykalnie przebudował, przestał być dla niego
literaturą.
18 września w Jeziorach Witkacy nie
odebrał sobie życia dlatego, że spełniła się dosłownie fabuła „Nienasycenia”.
Literatura nie jest rozkładem jazdy pociągów pancernych, a pisarz nie jest
jasnowidzem zatrudnionym do zgadywania dat agresji. Rozpoznał jednak zasadniczy
ruch historii: od kryzysu cywilizacji przez najazd i rewolucję do świata, w
którym jednostka ma zostać uwolniona od nieznośnego ciężaru własnej odrębności.
Sołowjow nazwał ten proces nadejściem Antychrysta i panmongolizmu. Witkacy
nazwał go końcem uczuć metafizycznych i zwycięstwem uspołecznionej
mechanizacji. Dwa języki opisywały tę samą pokusę: oddać wolność w zamian za
spokój, prawdę w zamian za jedność i osobowość w zamian za szczęście.
Sołowjow pozostawił na końcu
Chrystusa zwyciężającego fałszywego imperatora. Witkacy pozostawił człowieka,
któremu pigułka pomogła pogodzić się z własnym zniknięciem. W tej różnicy
mieści się droga Europy od religijnego katastrofizmu XIX wieku do totalitarnego
doświadczenia wieku XX. Mieści się w niej również najważniejszy dowód wpływu:
Witkacy nie powtórzył apokalipsy Sołowjowa. Odebrał jej Boga, przyspieszył
armię, dodał farmakologię, biurokrację i psychologię mas, a potem sprawdził, co
pozostanie z człowieka, gdy fałszywe zbawienie okaże się wygodniejsze od
wolności. Odpowiedź była tak ponura, że 17 września 1939 roku nie chciał już
oglądać jej drugiego aktu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz