Żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego podczas walk o Pragę, 13 września 1944 r. Autor nieznany. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons. Domena publiczna (PD-Poland).
14 września 1944 roku z lewego brzegu Wisły można już było zobaczyć to, na co Warszawa czekała od pierwszego dnia Powstania. Front przestał być komunikatem radiowym, pogłoską przyniesioną z dowództwa albo dalekim pomrukiem dział. Po drugiej stronie rzeki znajdowali się żołnierze sowieccy i polscy, Niemcy opuszczali Pragę, a wysadzone dzień wcześniej mosty mówiły więcej niż niejeden meldunek sztabowy. Wehrmacht wiedział, że prawego brzegu nie utrzyma. Plan z 1 sierpnia zaczynał się więc spełniać, tyle że sześć tygodni za późno.
Cała kalkulacja dowództwa AK opierała się na czasie. Nikt nie planował sześćdziesięciotrzydniowej samotnej bitwy z niemieckimi czołgami, artylerią i lotnictwem. Niemcy mieli się cofać, Armia Czerwona zbliżać, a AK wystąpić jawnie i przywitać Rosjan w roli gospodarza stolicy. Był to plan bardziej polityczny niż wojskowy, ale nie był pozbawiony logiki. Jeżeli między godziną „W” a nadejściem frontu upłynęłoby kilka dni, Warszawa mogła stać się polskim faktem dokonanym: stolicą z własną administracją, własnym wojskiem i władzami występującymi wobec Sowietów nie jako petenci, lecz gospodarze. Sześć tygodni wystarczyło, aby niemal wszystkie elementy tej kalkulacji rozsypały się jeden po drugim.
Zmieniło się przede wszystkim samo miasto. Nie istniała już powstańcza Wola, Stare Miasto zostało zmiażdżone, Powiśle utracono. Najlepsze oddziały AK poniosły ciężkie straty, szpitale wypełniali ranni, brakowało amunicji, lekarstw, żywności i wody. Cywile mieli za sobą półtora miesiąca życia w piwnicach, pod bombami i pociskami. Śródmieście, Mokotów i Żoliborz nadal walczyły, lecz możliwość samodzielnego pokonania Niemców nie istniała. Powstanie zachowywało zdolność oporu, ale straciło zdolność rozstrzygnięcia bitwy własnymi siłami. Od tej chwili jego sens zależał od tego, co wydarzy się poza powstańczymi barykadami.
Na początku września kapitulacja przestała być słowem, którego samo wypowiedzenie mogło uchodzić za defetyzm. 9 września przedstawiciele AK spotkali się z generałem Güntherem Rohrem. Polacy chcieli rozmawiać przede wszystkim o ewakuacji ludności cywilnej i ciężko rannych, Niemcy skierowali rozmowę również ku zakończeniu walk. Bór-Komorowski miał obowiązek sprawdzić warunki wyjścia z sytuacji, która stawała się beznadziejna. Gdyby front przez następne dni nadal tkwił na wschód od Warszawy, argument za dalszym oporem słabłby z każdą kolejną ofiarą. Sytuację zmieniło wznowienie sowieckiego natarcia 10 września, ponieważ możliwość nadejścia pomocy, dotąd coraz bardziej abstrakcyjna, ponownie weszła do rzeczywistej kalkulacji dowództwa AK.
Tym razem nie była to pogłoska o sowieckich czołgach widzianych gdzieś na dalekim przedpolu. Wojska 1. Frontu Białoruskiego naprawdę nacierały na Pragę. Polskie dowództwo przerwało rozmowy z Niemcami, a tempo wydarzeń, przez tygodnie niemal zastygłe, nagle przyspieszyło. 13 września Wehrmacht wysadził warszawskie mosty, co samo w sobie było informacją: Niemcy przygotowywali się do utraty prawego brzegu. W nocy z 13 na 14 września rozpoczęły się sowieckie zrzuty dla walczącego miasta. Następnego dnia Praga znalazła się w rękach wojsk sowieckich i 1. Armii Wojska Polskiego. Przez sześć tygodni powstańcy czekali na zmianę sytuacji, która miała nadać sens ich wysiłkowi, a kiedy wreszcie nastąpiła, Powstanie znajdowało się już na granicy wyczerpania.
Tutaj zaczyna się problem z późniejszym osądem Bora-Komorowskiego. Znając dalszy ciąg wydarzeń, łatwo stwierdzić, że powinien był rozumieć, iż Stalin nie zamierza ratować Armii Krajowej. W ten sposób historyk wkłada jednak dowódcy z 1944 roku do ręki książkę napisaną po zakończeniu wojny. 14 września nie było wiadomo, że Czerniaków padnie 23 września, Mokotów cztery dni później, a Żoliborz 30 września. Nie było wiadomo, jaką skalę osiągną przeprawy przez Wisłę ani czy Rokossowski podejmie większą operację na zachodnim brzegu. Wiadomo było za to, że Praga właśnie została zdobyta, a do Warszawy zaczyna docierać pomoc. Dowódca, który w takiej chwili podpisałby kapitulację, musiał brać pod uwagę możliwość, że następnego dnia zobaczy polskie i sowieckie oddziały forsujące rzekę. Gdyby taka operacja się powiodła, Bór zostałby zapewne oskarżony nie o zbyt długą walkę, lecz o poddanie miasta w przeddzień odsieczy.
Nie znaczy to, że po zdobyciu Pragi sowieckie czołgi mogły następnego ranka pojawić się przed Prudentialem. Niemcy wysadzili mosty, Wisła stanowiła poważną przeszkodę, a zachodniego brzegu broniły oddziały dysponujące artylerią, bronią maszynową i wozami pancernymi. Forsowanie rzeki wymagało pontonów, łodzi, saperów, wsparcia ogniowego, sprawnej łączności i zaopatrzenia, a jeszcze trudniejsze było przerzucenie ciężkiej broni oraz utrzymanie przyczółka wystarczająco długo, aby wprowadzić na niego większe siły. Kilkaset metrów Wisły mogło być dla batalionu większą przeszkodą niż dziesiątki kilometrów marszu po zwykłej drodze.
Argument o trudnościach operacyjnych jest mocny, lecz historia szybko wyznaczyła jego granicę. Wisłę można było przekroczyć i wkrótce zaczęto to robić. W nocy z 15 na 16 września na Czerniaków ruszyli żołnierze 3. Dywizji Piechoty 1. Armii Wojska Polskiego, później podejmowano kolejne przeprawy. Ludzie Berlinga płynęli pod niemieckim ogniem, często bez ciężkiego uzbrojenia potrzebnego do walki w mieście, a po wylądowaniu spotykali powstańców i razem z nimi bronili domów, ruin oraz skrawków nabrzeża. Straty okazały się katastrofalne. Nie była to propagandowa dekoracja. Żołnierze naprawdę próbowali dostać się do walczącej Warszawy i naprawdę za tę próbę ginęli.
Łatwo ich zgubić w opowieści o Stalinie, Rokossowskim, Berlingu i Borze-Komorowskim. Szeregowiec siedzący w łodzi nie rozstrzygał sporu między rządem londyńskim a PKWN i nie kalkulował, czy ocalona Armia Krajowa utrudni Stalinowi podporządkowanie Polski. Przed nim była rzeka, za nią płonące miasto, a w nim ludzie walczący z tym samym przeciwnikiem. Można więc uważać politykę Kremla za cyniczną i równocześnie uznać, że wielu żołnierzy 1. Armii naprawdę chciało pomóc powstańcom. Intencja człowieka płynącego przez Wisłę i interes państwa, które wysłało go do walki, nie musiały być takie same.
Dla mieszkańca Czerniakowa wszystko wyglądało jeszcze prościej. Przez półtora miesiąca Rosjanie znajdowali się gdzieś na wschodzie, teraz byli po drugiej stronie rzeki. Ich działa było słychać, samoloty pojawiały się nad miastem, z wyższych pięter można było patrzeć w stronę Pragi. Kilkaset metrów nie wygląda jak odległość strategiczna, lecz jak coś, co da się przepłynąć. W tym tkwiło okrucieństwo 14 września: odsiecz przestała być abstrakcją, ale nadal nie była ratunkiem.
Gdyby Armia Czerwona pozostawała daleko od Warszawy, rachunek stawałby się coraz prostszy i prowadził w stronę zakończenia walk. Gdyby wkroczyła do miasta na początku sierpnia, spełniłoby się podstawowe założenie planu „Burza”. Znalazła się nad Wisłą w najgorszym momencie pośrednim. Była dostatecznie blisko, aby kapitulacja mogła wyglądać na przedwczesną, a nadal zbyt daleko, aby zwycięstwo stało się realne. Kilkaset metrów wody przedłużyło życie nadziei skuteczniej niż najbardziej płomienne przemówienie.
Do tego dochodziły kolejne sygnały. Nocami nad Warszawą latały lekkie Po-2 z bronią, amunicją, żywnością i lekarstwami. Część ładunków zrzucano bez spadochronów i po uderzeniu o ziemię nie nadawała się do użytku, część jednak trafiała do walczących. Sowiecka artyleria ostrzeliwała niemieckie pozycje, a polscy żołnierze przedostawali się przez rzekę. 18 września nad miastem pojawiła się wielka formacja amerykańskich B-17 w ramach operacji Frantic VII, możliwej po zmianie stanowiska Moskwy wobec korzystania z sowieckich lotnisk. Żadne z tych wydarzeń samo nie mogło odwrócić losów bitwy. Powstańcy nie otrzymywali ich jednak w formie późniejszego zestawienia, lecz dzień po dniu, bez znajomości następnego meldunku. Każda nowa wiadomość pozwalała sądzić, że następna może wreszcie przynieść przełom.
Właśnie tak działało „jeszcze trochę”, które stało się jednym z najważniejszych mechanizmów ostatnich tygodni Powstania. Nie rodziło się z jednego wielkiego złudzenia, lecz z szeregu małych i całkiem racjonalnych nadziei. Front ruszył, więc należało poczekać na rezultat. Praga padła, zatem trzeba było zobaczyć, czy rozpocznie się forsowanie Wisły. Pojawiły się zrzuty, więc można było liczyć na więcej amunicji. Przeszli pierwsi żołnierze, zatem następnej nocy mogli przejść następni. Nadleciały amerykańskie bombowce, co sugerowało zmianę sytuacji międzynarodowej. Żadna z tych przesłanek nie gwarantowała ratunku, lecz każda wystarczała, aby odsunąć kapitulację.
Dopiero później można było zobaczyć, że wydarzenia te nie stanowiły kolejnych etapów jednej operacji. Zrzuty nie stały się mostem powietrznym zdolnym zasadniczo poprawić położenie AK, ogień zza Wisły nie rozbił niemieckiej obrony, a przeprawy nie przerodziły się w forsowanie rzeki przez główne siły Rokossowskiego. Żołnierze 1. Armii na Czerniakowie okazali się zbyt słabi i zbyt słabo wyposażeni, aby wobec niemieckiego nacisku utrzymać przyczółek. Warszawa dostała więc pomoc wystarczającą, by nadal liczyć na więcej, lecz niewystarczającą, by zmienić wynik walk.
Pozostaje Stalin i tutaj najłatwiej popaść w jedną z dwóch wygodnych legend. Pierwsza każe wyobrażać sobie sowieckiego dyktatora zatrzymującego palcem na mapie całą Armię Czerwoną wyłącznie po to, aby poczekać, aż Niemcy wymordują AK. Druga przedstawia niewinną Moskwę, której po gigantycznym wysiłku operacji „Bagration” po prostu zabrakło paliwa, amunicji i pontonów. Rzeczywistość jest mniej efektowna. Sowieckie wojska rzeczywiście były wyczerpane, ich linie zaopatrzenia wydłużyły się na setki kilometrów, a niemieckie kontrataki pod Radzyminem i Wołominem pokazały, że Wehrmacht nadal potrafił lokalnie odzyskać inicjatywę. Nie ma potrzeby wymyślać tajnego rozkazu Stalina, skoro istnieją realne przyczyny wojskowe wyhamowania ofensywy. Przyjęcie tych argumentów nie wymaga jednak uznania, że polityka Kremla przestała mieć znaczenie.
Dla Stalina nie było obojętne, kto powita Armię Czerwoną w Warszawie. Stolica kontrolowana przez silną AK, z ujawnioną Delegaturą Rządu i strukturami państwa podziemnego, stanowiłaby poważny problem dla budowanej pod sowiecką osłoną alternatywnej władzy. Każdy tydzień niemieckiego nacisku ten problem zmniejszał. Gdy wojska Rokossowskiego zdobywały Pragę, po zachodniej stronie Wisły nadal walczyła Armia Krajowa, lecz nie była już siłą z początku sierpnia. Najlepsze oddziały zostały wykrwawione, znaczna część opanowanego wcześniej terenu utracona, a ludność miasta znajdowała się na granicy wytrzymałości. Sowieci zbliżali się więc do Warszawy politycznie znacznie mniej niebezpiecznej dla Kremla niż ta, która mogła ich powitać kilka tygodni wcześniej.
Nie potrzeba do tego teorii o niemiecko-sowieckim porozumieniu, którego nie było. Wystarcza ponura zbieżność skutków: Wehrmacht niszczył AK, ponieważ była jego przeciwnikiem wojskowym, Stalin zaś korzystał na jej zniszczeniu, ponieważ była jego przeciwnikiem politycznym. Niemcy wykonywali z własnych powodów pracę, której rezultat był dla Kremla wygodny. Nie dowodzi to, że Stalin zatrzymał ofensywę wyłącznie po to, aby pozwolić Niemcom dokończyć dzieła. Pokazuje natomiast, dlaczego nie miał politycznego powodu, aby za wszelką cenę spieszyć się z ratowaniem organizacji, z którą po wejściu do Polski sam zamierzał się rozprawić.
Nie rozstrzyga to jeszcze, czy we wrześniu Armia Czerwona mogła zdobyć lewobrzeżną Warszawę. Forsowanie Wisły pozostawało trudne, oddziały były zmęczone, a niemiecka obrona realna. Pytanie o możliwość natychmiastowego zdobycia całego miasta jest jednak źle postawione, bo zakłada wybór między pełnym zwycięstwem a całkowitą bezczynnością. Istniało wiele możliwości pośrednich: wcześniejsze udostępnienie lotnisk aliantom, szybsze rozpoczęcie zrzutów, rzeczywista współpraca operacyjna z dowództwem AK, silniejsze wsparcie lotnicze i artyleryjskie oraz nadanie większego znaczenia utrzymaniu przyczółków. Żadna z nich nie gwarantowała uratowania Warszawy. Wszystkie razem mogły zwiększyć jej szanse.
Dlatego istotniejsze od pytania, czy Stalin jednym rozkazem mógł ocalić Powstanie, jest inne: czy jego ocalenie było dla niego celem na tyle ważnym, aby wykorzystać dostępne możliwości i zaakceptować związane z tym koszty? Wszystko, co wiadomo o stosunku Kremla do AK i polskiego rządu w Londynie, każe w to wątpić. Stalin nie potrzebował silnej Armii Krajowej witającej go w Warszawie. Potrzebował pokonanych Niemców i Polski, nad którą będzie mógł sprawować polityczną kontrolę. Te dwa cele nie wymagały uratowania Powstania.
14 września odsłania istotę dramatu lepiej niż sierpniowe spory o to, czy sowieckie czołgi mogły przejechać jeszcze dwadzieścia albo pięćdziesiąt kilometrów. Sowieci zdobyli Pragę, zaczęli dostarczać zaopatrzenie, prowadzili ogień zza Wisły i pozwolili żołnierzom 1. Armii podjąć próbę przeprawy. Nie nastąpiło jednak przejście od pomocy ograniczonej do operacji, której politycznym i wojskowym celem byłoby zachowanie Armii Krajowej w Warszawie. Granica przebiegała nie tylko między tym, co możliwe, a niemożliwe. Biegła również między tym, co dla Stalina potrzebne, a tym, za co nie zamierzał płacić.
Powstańcy nie mogli tej granicy zobaczyć z okien Czerniakowa. Widzieli za to Pragę, sowieckie działa i polskich żołnierzy przygotowujących się do przeprawy. Po sześciu tygodniach barykad, bombardowań, kanałów, egzekucji i pogrzebów dostali materialny dowód, że front rzeczywiście dotarł do Warszawy. Człowiek czekający półtora miesiąca na odsiecz nie przestaje w nią wierzyć w chwili, kiedy po raz pierwszy może ją zobaczyć. Dopiero następne dni pokażą, że zobaczyć odsiecz i doczekać się ratunku to dwie zupełnie różne rzeczy.
Praga nie uratowała Powstania, ale uratowała nadzieję, która zaczynała już umierać. Dała dowództwu AK powód do odłożenia kapitulacji, nie dając mu siły potrzebnej do zwycięstwa. Po klęsce na Czerniakowie stanie się jasne, że obecność wielkiej armii na drugim brzegu Wisły nie oznacza jeszcze decyzji o uratowaniu miasta. Wtedy kilkaset metrów wody okaże się większą odległością niż setki kilometrów, które Armia Czerwona przeszła od Białorusi.
Przez cały sierpień dramatem Warszawy była nieobecność Rosjan. We wrześniu historia wymyśliła coś bardziej przewrotnego. Rosjanie przyszli, działa strzelały z Pragi, samoloty latały nad miastem, polscy żołnierze przeprawiali się przez Wisłę, a odsiecz można było niemal zobaczyć z okna. Była wystarczająco blisko, żeby walczyć dalej, i zbyt daleko, żeby wygrać. Wisła nie oddzielała już Warszawy od Armii Czerwonej. Oddzielała nadzieję od ratunku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz