W lutym 1917 roku partia bolszewicka liczyła zaledwie około 24 tysięcy członków. W imperium zamieszkanym przez blisko 180 milionów ludzi była to liczba odpowiadająca ludności niewielkiego miasta. Bolszewików dzieliły nie tylko od społeczeństwa, ale również od pozostałych rosyjskich socjalistów sekciarstwo, pogarda dla kompromisu i przekonanie Lenina, że garstka zawodowych rewolucjonistów ma prawo narzucić swoją wolę milionom. Osiem miesięcy później ludzie ci przejęli stolicę, rozpędzili legalnie wybrane Zgromadzenie Ustawodawcze i rozpoczęli budowę pierwszego państwa totalitarnego.
Kwestię, jak stosunkowo niewielka i powszechnie znienawidzona partia marksistowskich sekciarzy mogła zdobyć władzę nad największym terytorialnie państwem świata, wyjaśniano już na wiele sposobów. Umberto Eco zauważył kiedyś błyskotliwie, że podstawowe pytanie filozofii, podobnie jak psychoanalizy i powieści kryminalnej, brzmi: kto jest winien? W wypadku rewolucji rosyjskiej podejrzanych nigdy nie brakowało. Oskarżano cara, carycę, Rasputina, Lenina, Niemców, masonów, Żydów, liberałów, generałów, bankierów, chłopów, robotników, a w zależności od aktualnego zapotrzebowania politycznego również Anglię, Francję albo cały zgniły Zachód.
Aleksander Sołżenicyn widział jedną z zasadniczych przyczyn katastrofy w udziale Rosji w pierwszej wojnie światowej. W jego ujęciu zachodni sojusznicy wciągnęli imperium Romanowów do konfliktu, który nie odpowiadał jego rzeczywistym interesom. Rosja miała wystąpić w obronie Francji, dotrzymać zobowiązań sojuszniczych i zapłacić za cudzą wojnę własnym państwem. Sołżenicyn miał rację w sprawie najważniejszej: bez pierwszej wojny światowej niemal na pewno nie byłoby bolszewickiej rewolucji. Nie oznacza to jednak, że Rosja znalazła się w wojnie jako bezwolna ofiara Paryża i Londynu. Carat nie dał się zaciągnąć na front jak pijany rekrut zabrany nocą z karczmy. Sam wszedł do gry, której stawki nie potrafił udźwignąć.
Upadek carskiej Rosji miał trzy głębokie przyczyny: nierozwiązaną kwestię rolną, imperialną politykę przekraczającą możliwości państwa oraz błędy tajnej policji. Wojna nie stworzyła tych problemów. Zebrała je tylko w jednym miejscu, pomnożyła przez miliony zmobilizowanych żołnierzy i wystawiła rachunek w chwili, gdy w kasie nie było już pieniędzy, na kolejach brakowało wagonów, a w Piotrogrodzie zaczynało brakować chleba.
Mikołaj II, wbrew rozpowszechnionej opinii, nie był ani idiotą, ani potworem. Był człowiekiem prywatnie przyzwoitym, rodzinnym i zdolnym do formułowania rozsądnych ocen. Problem polegał na tym, że przyzwoitość ojca rodziny nie jest kwalifikacją wystarczającą do kierowania imperium. Ostatni car uważał samowładztwo za odziedziczone zobowiązanie religijne i moralne. Każde ograniczenie własnej władzy traktował niemal jak zdradę przodków, nawet jeśli państwo wymagało właśnie tego, czego nie potrafił zrobić: podzielenia się odpowiedzialnością, stworzenia trwałych instytucji przedstawicielskich i przeprowadzenia reform zanim wymuszą je bagnet, głód i uliczny tłum.
Najważniejszą sprawą pozostawała ziemia. Reforma Aleksandra II z 1861 roku zniosła osobiste poddaństwo około 23 milionów prywatnych chłopów pańszczyźnianych, ale nie stworzyła licznej warstwy samodzielnych właścicieli. Chłopi otrzymali wolność obciążoną opłatami wykupowymi, niedostatkiem ziemi i zależnością od wspólnoty wiejskiej, czyli obszcziny. Ziemia należała zazwyczaj do gromady, która okresowo rozdzielała działki pomiędzy gospodarstwa. System ten zapewniał minimum bezpieczeństwa najuboższym, lecz utrudniał inwestowanie, sprzedaż ziemi, opuszczenie wspólnoty i powstanie stabilnej warstwy zamożnego chłopstwa. Chłop formalnie przestał należeć do dziedzica, ale nadal nie mógł w pełni rozporządzać podstawą własnego życia.
W czasie rewolucji 1905 roku problem przestał być przedmiotem urzędniczych memoriałów. Chłopi podpalali dwory, rabowali majątki i wyrąbywali lasy ziemian, a bunty ogarnęły znaczną część europejskiej Rosji. Dopiero wtedy państwo zrozumiało, że wieś nie jest konserwatywną podporą tronu, lecz beczką prochu ustawioną pod jego fundamentami. Premier Piotr Stołypin postanowił stworzyć klasę chłopskich właścicieli, którzy mieli bronić własnej ziemi, a wraz z nią państwa. Dekret z 9 listopada 1906 roku pozwalał gospodarzom występować z obszcziny i przekształcać użytkowane działki we własność indywidualną. Ustawa z czerwca 1910 roku poszła dalej, przyspieszając rozpad wspólnot na terenach, gdzie od lat nie przeprowadzano ponownego podziału ziemi.
Nie była to reforma liberalnego marzyciela. Stołypin jedną ręką rozbijał wspólnotę wiejską, a drugą podpisywał wyroki sądów polowych. Szubienice nie bez powodu nazywano „krawatami Stołypina”. Rozumiał on jednak coś, czego nie pojmowała duża część dworu: monarchia nie utrzyma się wiecznie dzięki policjantowi, popowi i pokornemu chłopu, ponieważ pokorny chłop właśnie palił dwór. Potrzebowała ludzi posiadających coś więcej niż nędzę oraz ikonę cara wiszącą nad piecem.
Do 1915 roku około dwóch milionów gospodarstw podjęło starania o wyjście ze wspólnoty, a chłopi nabyli w okresie reform miliony dziesięcin ziemi. Był to proces zbyt nierówny i zbyt krótki, aby całkowicie przebudować rosyjską wieś, lecz jego kierunek pozostawał jasny: od kolektywnej odpowiedzialności ku prywatnej własności, od gromady ku gospodarzowi, od chłopskiego poddanego ku wiejskiej klasie średniej. jstor.org
Lenin doskonale rozumiał zagrożenie. W sporach o politykę agrarną przyznawał, że powodzenie kursu Stołypina może doprowadzić do całkowicie burżuazyjnego przekształcenia rosyjskiej wsi. „Stołypinowska konstytucja i stołypinowska polityka agrarna” oznaczały dla niego próbę zbudowania monarchii opartej na klasie średniej. Odrzucał pogląd, że przedsięwzięcie musi zakończyć się niepowodzeniem. Jeżeli reforma będzie kontynuowana — ostrzegał — stosunki agrarne w Rosji mogą zostać przebudowane na sposób kapitalistyczny. Rewolucjonista widział niebezpieczeństwo trafniej niż dworscy konserwatyści. Wiedział, że chłop posiadający ziemię staje się znacznie mniej podatny na wezwanie do zniszczenia całego porządku.
Stołypin prosił o dwadzieścia lat spokoju. Nie dostał nawet pięciu. We wrześniu 1911 roku został postrzelony w kijowskim teatrze przez Dmitrija Bogrowa, rewolucjonistę utrzymującego kontakty z Ochraną, i zmarł kilka dni później. W tej śmierci zawarła się groteska ostatnich lat caratu. Człowieka próbującego uratować monarchię zamordował terrorysta będący jednocześnie policyjnym informatorem, podczas uroczystości odbywającej się w obecności cara. Tajna policja wiedziała o rosyjskich rewolucjonistach niemal wszystko, z wyjątkiem tego, co należało z tą wiedzą zrobić.
Powodzenie reformy rolnej mogło uniemożliwić rewolucję albo przynajmniej odebrać jej najpotężniejsze paliwo. Nie zdążyła jednak powstać rosyjska klasa średnia wystarczająco liczna, zamożna i politycznie świadoma, aby podeprzeć chwiejące się państwo. W 1914 roku proces dopiero nabierał tempa, a na jego dokończenie potrzeba było pokoju, kapitału, sprawnej administracji i co najmniej jednego pokolenia. Carat zrobił rzecz dokładnie odwrotną: rozpoczął wojnę wymagającą mobilizacji piętnastu milionów ludzi, ogromnej części wiejskich koni oraz całej niewydolnej machiny transportowej imperium.
Bezpośrednią przyczyną upadku carskiej Rosji stała się polityka imperialna, którą za panowania Mikołaja II próbowano realizować bez oglądania się na możliwości państwa. Już wojna z Japonią w latach 1904–1905 powinna była stanowić wystarczające ostrzeżenie. Rosja poniosła klęski pod Mukdenem i Cuszimą, utraciła Port Artur, a wiadomość o katastrofie wojennej zbiegła się z rewolucją. Dwór wyciągnął z tego doświadczenia wniosek, że następnym razem trzeba przygotować więcej armat. Nie zrozumiał, że problemem nie była wyłącznie liczba dział, lecz państwo, które znacznie szybciej rozszerzało swoje ambicje niż zdolność ich realizacji.
W lipcu 1914 roku Rosja wystąpiła w obronie Serbii po ultimatum austro-węgierskim. Decyzja miała uzasadnienie strategiczne: upadek Serbii wzmacniałby Wiedeń i Berlin na Bałkanach, podważał rosyjską pozycję oraz stawiał pod znakiem zapytania wiarygodność imperium jako mocarstwa. Nie była jednak zwykłym aktem lojalności wobec Francji. Rosyjska polityka bałkańska czerpała siłę z panslawizmu, prawosławnej solidarności i przekonania, że Petersburg jest naturalnym protektorem słowiańskich narodów znajdujących się pod panowaniem Habsburgów i Osmanów. Obrona Serbii została w ten sposób podniesiona z poziomu chłodnej kalkulacji do rangi dziejowej misji.
Konstantynopol i cieśniny stanowiły drugą wielką obsesję. Bez swobodnego przejścia z Morza Czarnego na Morze Śródziemne rosyjski handel i bezpieczeństwo południowych granic zależały od decyzji obcego państwa. Cel miał więc realną podstawę strategiczną, lecz obudowano go religijnym i imperialnym mitem o odzyskaniu dawnej stolicy prawosławnego cesarstwa. Po przystąpieniu Turcji do wojny jesienią 1914 roku opanowanie Konstantynopola i cieśnin stało się oficjalnym rosyjskim celem wojennym. W 1915 roku Londyn i Paryż zgodziły się, że po zwycięstwie przypadną one Rosji. encyclopedia.1914-1918-online.net
Nie znaczy to, że pragnienie zdobycia Konstantynopola samo wywołało pierwszą wojnę światową. Rosja nie rozpoczęła wojny według gotowego planu marszu na Hagia Sophię. Oznacza natomiast, że przystąpiła do konfliktu z własnym bagażem imperialnych ambicji, a następnie szybko zamieniła obronę Serbii w program rozbioru Imperium Osmańskiego. Sołżenicyn może więc obciążać Anglię i Francję za wciągnięcie Rosji w zachodni system sojuszy, lecz nie powinien robić z carskiego imperium niewinnego olbrzyma osaczonego przez cudze intrygi. Rosja miała własne rachuby, własne mity i własny apetyt. Miała tylko zbyt słabe państwo, aby za nie zapłacić.
Wojna obnażyła wszystko, co dotąd można było ukryć w ministerialnych raportach. Armia ponosiła ogromne straty, brakowało karabinów, amunicji, butów i sprawnego dowodzenia. Wielki odwrót w 1915 roku kosztował Rosję ziemie Królestwa Polskiego, Litwy, Kurlandii oraz części Białorusi. Do stolicy napływali uchodźcy, kolej podporządkowano potrzebom frontu, ceny rosły, a zaopatrzenie miast załamywało się mimo tego, że żywności w całym państwie nie brakowało w takim stopniu, jak sugerowały puste sklepy. Zboże istniało. Nie potrafiono go kupić, przewieźć i rozdzielić.
Mikołaj II pogorszył sytuację we wrześniu 1915 roku, obejmując osobiste naczelne dowództwo armii. Wyjechał do kwatery głównej w Mohylewie, pozostawiając rząd pod wpływem Aleksandry Fiodorowny i dworskich intryg związanych z Rasputinem. Od tej chwili każdą klęskę na froncie można było zapisać bezpośrednio na rachunek cara, natomiast stolica widziała monarchę coraz rzadziej. Mikołaj chciał wziąć odpowiedzialność. Wziął na siebie winę, nie uzyskując rzeczywistej kontroli.
Kiedy w lutym 1917 roku w Piotrogrodzie wybuchły demonstracje z powodu kolejek po chleb, bolszewicy ich nie zorganizowali. Kierownictwo miejscowej organizacji uważało nawet, że moment na wystąpienie jeszcze nie nadszedł. Protesty robotnic, strajki i bunt żołnierzy garnizonu rozbiły carat w ciągu kilku dni. Mikołaj II abdykował 2 marca według kalendarza juliańskiego, czyli 15 marca według kalendarza gregoriańskiego. Monarchię obalili robotnicy, żołnierze, zbuntowana ulica oraz generałowie, którzy uznali cara za przeszkodę w dalszym prowadzeniu wojny. Lenin przebywał wówczas w Szwajcarii.
To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie. Bolszewicy nie obalili caratu. Przejęli państwo osiem miesięcy później z rąk tych, którzy obalili carat, lecz nie potrafili ani zakończyć wojny, ani rozwiązać kwestii ziemi, ani zbudować jednolitego ośrodka władzy. Rząd Tymczasowy Aleksandra Kiereńskiego chciał jednocześnie prowadzić wojnę do zwycięstwa, czekać z reformą rolną na Zgromadzenie Ustawodawcze i utrzymać armię, której żołnierze nie zamierzali już ginąć za Konstantynopol, francuskie kredyty ani honor sojuszniczy. Lenin oferował trzy hasła: pokój, ziemię i całą władzę radom. Były brutalnie proste, dlatego działały.
Partia bolszewicka rosła wraz z rozpadem państwa. Z około 24 tysięcy członków w lutym zwiększyła liczebność do około 240 tysięcy latem, a według tradycyjnych szacunków mogła jesienią liczyć około 350 tysięcy ludzi. Liczby te są niepewne, ponieważ organizacje partyjne rozwijały się chaotycznie, lecz skala wzrostu nie podlega dyskusji. We wrześniu bolszewicy zdobyli większość w radach Piotrogrodu i Moskwy, a przewodniczącym Rady Piotrogrodzkiej został Lew Trocki. Nadal pozostawali mniejszością w skali całego kraju, zwłaszcza na wsi, ale skupiali siły tam, gdzie rozstrzygała się walka: w stolicy, wielkich ośrodkach przemysłowych, garnizonach i Flocie Bałtyckiej. leftypol.org
Bolszewicy byli więc niewielką partią w wielkim państwie, lecz w październiku nie stanowili już powszechnie znienawidzonej sekty pozbawionej zaplecza. Zyskali rzeczywiste poparcie części robotników i żołnierzy, ponieważ ich przeciwnicy kolejno wykonywali za nich pracę propagandową. Car dowiódł, że nie potrafi wygrać wojny. Liberałowie dowiedli, że nie potrafią jej zakończyć. Umiarkowani socjaliści dowiedli, że potrafią przemawiać o reformie rolnej, lecz nie potrafią oddać chłopom ziemi. Lenin nie musiał przekonać całej Rosji. Wystarczyło, że przekonał zorganizowaną mniejszość stojącą w odpowiednim miejscu, podczas gdy większość była zmęczona, rozproszona albo uzbrojona i wracała do rodzinnej wsi.
Trzecią przyczyną katastrofy były błędy carskiej policji politycznej. Ochrana znakomicie penetrowała organizacje rewolucyjne. Jej agent Jewno Azef stał jednocześnie na czele Organizacji Bojowej Partii Socjalistów-Rewolucjonistów i współorganizował zamachy na wysokich urzędników państwa. Roman Malinowski, jeden z najważniejszych bolszewickich działaczy i poseł do Dumy, pracował dla policji, przekazując jej informacje o Leninie oraz partyjnych strukturach. Rosyjskie państwo osiągnęło w tej dziedzinie osobliwą doskonałość: potrafiło umieścić swoich ludzi na szczytach organizacji terrorystycznych, ale nie potrafiło dzięki temu przestać być przez nie mordowane.
Robert Conquest pisał, że agenci otrzymywali instrukcje zachęcania Lenina i jego zwolenników do walk frakcyjnych. Założenie nie było absurdalne. Podzielony ruch rewolucyjny miał tracić energię na wzajemne oskarżenia, rozłamy, kongresy i spory doktrynalne. Policja chętniej zwalczała organizacje dokonujące zamachów niż małą partię marksistowskich dogmatyków, która produkowała broszury, kłóciła się z mienszewikami i wyglądała jak klub ludzi przekonanych, że historia światowa czeka na rozstrzygnięcie ich sporów o statut partyjny.
Błąd polegał na pomyleniu hałasu z niebezpieczeństwem. Socjaliści-rewolucjoniści zabijali ministrów i gubernatorów, dlatego wydawali się groźniejsi. Lenin budował kadrową organizację zdolną w odpowiednim momencie przejąć drukarnie, mosty, dworce, telegraf, bank państwowy i siedzibę rządu. Ochrana obserwowała jego ludzi, czytała ich listy, znała nazwiska działaczy i podsycała konflikty, ale pozwalała im ćwiczyć dyscyplinę, selekcjonować kadry oraz przetrwać kolejne fale represji. Chciała hodować rozłam na lewicy. Wyhodowała partię przygotowaną do wojny o władzę.
Gdyby nie pierwsza wojna światowa, bolszewicy prawdopodobnie pozostaliby jedną z wielu sekt rosyjskiego ruchu rewolucyjnego. Gdyby reforma Stołypina otrzymała dwadzieścia lat, rosyjska wieś mogłaby stworzyć warstwę właścicieli zainteresowanych obroną porządku. Gdyby monarchia zgodziła się na prawdziwy konstytucjonalizm, społeczne niezadowolenie mogłoby zostać wprowadzone do parlamentu zamiast wypchnięte na ulicę. Gdyby Ochrana rozumiała różnicę pomiędzy terrorystą zabijającym jednego ministra a organizatorem przygotowującym się do przejęcia całego państwa, los Lenina mógł wyglądać inaczej.
Historia nie przyznała jednak carskiej Rosji żadnego z tych „gdyby”, ponieważ jej władcy sami kolejno je odrzucali. Reformę rolną rozpoczęli dopiero po pożarach dworów. Parlament zgodzili się tolerować dopiero po rewolucji, po czym starali się go osłabić. Na wojnę zdecydowali się w imię wielkomocarstwowej pozycji, choć państwo nie potrafiło zapewnić stolicy chleba. Rewolucjonistów obserwowali z bliska, nie rozumiejąc, który z nich jest naprawdę niebezpieczny.
Lenin nie stworzył słabości carskiej Rosji. Otrzymał ją gotową: z nierozwiązaną kwestią ziemi, milionami uzbrojonych chłopów, upokorzoną armią, sparaliżowanym transportem, skompromitowaną monarchią i rządem prowadzącym wojnę, której nikt poza ministrami nie chciał już kontynuować. Jego wielkość — jeżeli w odniesieniu do twórcy bolszewickiego terroru wolno użyć tego słowa — polegała na bezbłędnym rozpoznaniu chwili, w której rozpad państwa można zamienić we władzę jednej partii.
Carat przez dziesięciolecia bał się rewolucji. Dlatego rozbudował policję, cenzurę, sieć donosicieli i aparat represji. Nie odważył się natomiast zrobić tego, co mogło rewolucji zapobiec: oddać chłopom ziemię dostatecznie wcześnie, podzielić się władzą i zrezygnować z imperialnych ambicji, których nie potrafił sfinansować. Bolszewicy nie zdobyli Rosji dlatego, że byli liczni. Zdobyli ją dlatego, że w chwili próby byli niemal jedynymi ludźmi, którzy dokładnie wiedzieli, czego chcą.
Państwo Romanowów przygotowało im teren, uzbroiło przyszłych rewolucjonistów, nauczyło ich konspiracji, rozbiło własny autorytet i doprowadziło społeczeństwo do rozpaczy. Lenin musiał już tylko przyjechać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz