
Arthur Sarnoff "Psy grające w ruletkę"
Najważniejszym pytaniem podczas zarazy Roku Szczura nie było to, czy człowiek może zarazić się koronawirusem, lecz co dzieje się później. Czy przechorowanie daje odporność, jak długo ona trwa i czy społeczeństwo może osiągnąć poziom ochrony wystarczający do powstrzymania kolejnych fal? Od odpowiedzi zależało, czy restrykcje miały służyć jedynie kupieniu czasu, czy też powinny zostać przekształcone w trwały model życia.
Wiosną 2020 roku odpowiedzi rzeczywiście nie znano. Obie strony sporu potrafiły wówczas ułożyć przekonującą opowieść, ale żadna nie dysponowała rozstrzygającymi dowodami. Zwolennicy zamykania społeczeństw ostrzegali przed ponownymi zakażeniami, przeciążeniem szpitali i masową śmiercią. Przeciwnicy odpowiadali, że organizm wytwarza odpowiedź immunologiczną, a epidemia nie zniknie dlatego, że ludzie przez kilka tygodni będą siedzieli w mieszkaniach. Problem polegał na tym, że z rozsądnego postulatu krótkiego zahamowania transmisji błyskawicznie uczyniono niemal religijny dogmat: im więcej zakazów, tym więcej odpowiedzialności, a kto pytał o ich koszty, ten automatycznie stawał się wrogiem nauki.
Dzisiaj wiemy już, że przechorowanie COVID-19 zapewniało odporność. Nie była ona ani całkowita, ani trwała, a jej skuteczność zależała od wieku, przebiegu choroby, czasu od zakażenia i pojawiania się nowych wariantów. Znacznie lepiej chroniła przed ciężkim przebiegiem niż przed ponownym zakażeniem. Jeszcze skuteczniejsza okazała się odporność hybrydowa, powstała w wyniku połączenia zakażenia i szczepienia. Po dwunastu miesiącach ochrona wynikająca wyłącznie z wcześniejszej infekcji przed ponownym zakażeniem była stosunkowo słaba, ale ochrona przed hospitalizacją i ciężką chorobą pozostawała istotna. Omówienie badań nad odpornością hybrydową w „JAMA”
Istniała również odporność populacyjna, nazywana zbiorową, lecz nie przybrała postaci magicznego progu, po którego przekroczeniu koronawirus miał zniknąć. SARS-CoV-2 zmieniał się, odporność słabła, a ludzie różnili się podatnością i liczbą kontaktów. Klasyczny model odporności zbiorowej, skuteczny w opisie chorób o stabilniejszych właściwościach, nie nadawał się do mechanicznego zastosowania wobec szybko ewoluującego koronawirusa. Nawet amerykański Narodowy Instytut Zdrowia przyznawał później, że w przypadku COVID-19 należało mówić raczej o optymalizacji ochrony ludności bez wprowadzania nadmiernych ograniczeń niż o osiągnięciu jednej cudownej liczby kończącej epidemię. Stanowisko NIH
Ta późniejsza wiedza nie unieważnia niepewności z początku 2020 roku. Unieważnia jednak wygodne alibi tych, którzy każdą wątpliwość przedstawiali jako ciemnotę, a każde obostrzenie jako oczywisty nakaz nauki. Nauka nie wydawała wówczas jednoznacznych rozkazów. Dostarczała niepełnych danych, zmieniających się modeli i warunkowych prognoz. Rozkazy wydawali politycy i urzędnicy, często zasłaniając się naukowcami, których wybierali według własnych potrzeb.
Szczególne miejsce w tym systemie zajmowała Światowa Organizacja Zdrowia, którą złośliwy człowiek mógłby wówczas przemianować na Światową Organizację Zarazy. Nie dlatego, że stworzyła wirusa albo samodzielnie zamknęła świat. WHO nie posiadała władzy nakazywania państwom lockdownów. Konkretne restrykcje wprowadzały rządy i to one odpowiadały za ich skalę, długość oraz skutki. Organizacja dostarczała jednak języka, autorytetu i międzynarodowej osłony dla polityki, która z czasem zaczęła traktować społeczeństwo jak zakażony przedmiot wymagający przechowywania w izolacji.
Nazywanie WHO „szajką” jest określeniem publicystycznym, ale nie wzięło się wyłącznie z niechęci do międzynarodowych biurokratów. Organizacja zbyt długo pozostawała zależna od informacji przekazywanych przez państwo, z którego epidemia się rozpoczęła. Zbyt ostrożnie odnosiła się do odpowiedzialności władz chińskich, zbyt późno uznała skalę zagrożenia i nie potrafiła od początku jasno przedstawić ryzyka transmisji powietrznej. Późniejszy niezależny raport uznał światowy system alarmowania za niezdolny do sprawnego działania, wskazując zarówno na opóźnienia po stronie Chin, jak i na instytucjonalną słabość WHO. Nie dowodzi to, że jej dyrektor był „chińskim agentem”, ponieważ na takie twierdzenie nie ma wystarczających dowodów. Pokazuje natomiast coś bardziej niepokojącego: organizacja powołana do ostrzegania świata okazała się podatna na naciski państwa, które kontrolowało najważniejsze początkowe informacje.
WHO zachowywała się niekiedy jak człowiek, który najpierw nie zauważa dymu, później uspokaja sąsiadów, następnie ogłasza pożar, a na końcu domaga się prawa do kierowania akcją gaśniczą. Jej komunikaty zmieniały się wraz z wiedzą, co samo w sobie było naturalne. Problem polegał na tym, że kolejne stanowiska przedstawiano w tonie pewności, jak gdyby poprzednie nigdy nie istniały. W ten sposób naukową ostrożność zastępowała biurokratyczna nieomylność. Każda nowa rekomendacja miała być ostatnim słowem nauki, przynajmniej do chwili opublikowania następnej.
Nie oznacza to, że wszystko, co mówiła WHO, było nieprawdą. Łajdacy nie mają monopolu na kłamstwo, podobnie jak ludzie przyzwoici nie posiadają monopolu na prawdę. Instytucja może być oportunistyczna, niewydolna i politycznie zależna, a mimo to wydawać trafne ostrzeżenia. Dlatego argumentów WHO nie należało odrzucać tylko z powodu kompromitacji organizacji. Należało je sprawdzać, porównywać z danymi i traktować jako jeden z głosów w sporze, nie jako encyklikę epidemiologicznego papieża.
Największym błędem było jednak przyjęcie, że ograniczenie zakażeń stanowi jedyne kryterium oceny polityki. Gdyby zamknąć ludzi w osobnych celach, zakazać pracy, podróży, nauki, spotkań rodzinnych i leczenia innych chorób, transmisja wielu infekcji rzeczywiście by spadła. Nie oznacza to jeszcze, że powstałaby dobra polityka społeczna. Państwo musi chronić nie tylko przed wirusem, ale także przed bezrobociem, samotnością, przerwaniem edukacji, zanikiem diagnostyki, depresją, przemocą domową i gospodarczą ruiną. Lekarstwo, którego skutki uboczne przestają być liczone, szybko staje się przedmiotem kultu.
Lockdown działał jako hamulec transmisji, zwłaszcza zanim pojawiły się szczepienia, skuteczniejsze metody leczenia i szersza odporność populacyjna. Nie wynikało z tego jednak, że każde zamknięcie było celowe, każda restrykcja proporcjonalna, a każde jej przedłużenie racjonalne. Czym innym było krótkotrwałe ograniczenie kontaktów w obliczu przeciążenia szpitali, czym innym zamykanie parków, lasów, szkół i drobnych zakładów bez przedstawienia jasnego rachunku korzyści i strat. Najbardziej podejrzana stawała się polityka, która potrafiła dokładnie policzyć zakażenia, ale nie chciała liczyć zniszczonych przedsiębiorstw, odwołanych badań, zaburzeń psychicznych i straconych lat edukacji.
Sprawę można przedstawić jako wariant zakładu Pascala, chociaż Blaise Pascal nie wymyślił ruletki jako gry kasynowej w dzisiejszej postaci. Jego badania nad prawdopodobieństwem oraz próby skonstruowania perpetuum mobile przyczyniły się jednak do powstania mechanizmu kojarzonego później z ruletką. Wyobraźmy sobie zatem, że istnienie istotnej odporności po zakażeniu oznaczamy kolorem czerwonym, a jej brak czarnym. Kasynem zarządza Matka Natura, której przewaga polega na tym, że zna prawdopodobieństwa, podczas gdy gracze widzą tylko fragment stołu.
Postawienie wszystkiego na czerwone oznaczałoby całkowite zniesienie ograniczeń i zgodę na swobodne szerzenie się wirusa. Gdyby odporność była silna i trwała, epidemia z czasem osłabłaby, a gospodarka uniknęłaby części strat. Gdyby jednak ochrona okazała się słaba, ceną byłyby kolejne fale zakażeń, przeciążenie szpitali, zgony i długotrwałe powikłania. Nie można uczciwie powiedzieć, że w obu przypadkach gracz wygrywa. Masowa choroba również niszczy gospodarkę, zmniejsza aktywność społeczną i wywołuje strach, nawet jeśli państwo nie wydaje formalnego zakazu wychodzenia z domu.
Równie nieracjonalne było jednak bezterminowe obstawianie czarnego. Jeżeli w oczekiwaniu na całkowitą pewność zamrażano edukację, opiekę zdrowotną, handel i życie społeczne, koszty rosły niezależnie od tego, czy odporność działała lepiej, czy gorzej. Restrykcja miała sens jedynie jako narzędzie kupowania czasu. Jeżeli w kupionym czasie nie zwiększano liczby łóżek, nie poprawiano wentylacji, nie rozwijano diagnostyki i nie przygotowywano ochrony grup najbardziej zagrożonych, lockdown stawał się wyjątkowo kosztownym sposobem przesunięcia problemu o kilka tygodni.
Dlatego rozsądna strategia nie polegała ani na ślepym wybieraniu czerwonego, ani na nieustannym obstawianiu czarnego. Należało ograniczać ryzyko tam, gdzie było największe, chronić osoby starsze i chore, wzmacniać szpitale, utrzymywać możliwie normalną edukację oraz jak najszybciej znosić ograniczenia o niewykazanej skuteczności. Obostrzenia powinny wymagać ciągłego uzasadniania przez władzę, a nie posłuszeństwo obywatela. Ciężar dowodu należał do państwa odbierającego ludziom możliwość pracy, nauki, przemieszczania się i spotykania z rodziną.
Wczesny sukces Tajwanu i Hongkongu nie polegał na wyborze jednego koloru. Oba terytoria szybko uruchomiły doświadczenia wyniesione z epidemii SARS: kontrole graniczne, identyfikowanie zakażonych, izolację przypadków i powszechną dyscyplinę sanitarną. Początkowo pozwoliło to uniknąć zarówno wysokiej liczby zgonów, jak i pełnego zamknięcia życia gospodarczego. Nie był to dowód na potrzebę permanentnego lockdownu, lecz na wartość szybkiej, celowanej reakcji. Późniejsze problemy pokazały jednocześnie, że sama izolacja nie może zastępować trwałego przygotowania systemu ochrony zdrowia.
Zaraza Roku Szczura obnażyła więc nie tylko biologiczną podatność człowieka, ale również polityczną podatność nowoczesnych społeczeństw. Władze odkryły, jak łatwo można zawiesić normalne życie za pomocą konferencji prasowej, modelu matematycznego i powołania się na międzynarodowy autorytet. WHO nie stworzyła wszystkich restrykcji, lecz pomogła stworzyć atmosferę, w której kwestionowanie ich proporcjonalności przedstawiano jako atak na naukę. Tak działała owa „szajka”: nie jako tajny gang spotykający się w piwnicy, lecz jako system wzajemnego zdejmowania odpowiedzialności. WHO wskazywała na ekspertów, eksperci na modele, rządy na WHO, a obywatele mieli płacić rachunek i nie zadawać pytań.
Najbardziej racjonalna lekcja nie brzmi zatem, że należało pozwolić wirusowi działać bez przeszkód. Brzmi ona inaczej: nadzwyczajne ograniczenia wolności muszą pozostawać krótkotrwałe, celowane i stale poddawane kontroli. Nie wolno ich utrzymywać dlatego, że biurokracja boi się przyznać do pomyłki albo politycy wolą pozorować działanie, niż ujawnić własną bezradność. W wirusowej ruletce nie dało się zagwarantować wygranej. Można było jednak nie oddawać żetonów krupierowi, który sam nie znał reguł, a mimo to zapewniał, że reprezentuje naukę.
Kiedy krupier woła „rien ne va plus”, zakłady są zakończone. W polityce pandemicznej powinno obowiązywać odwrotne domniemanie: dopóki dowody pozostają niepełne, żadna instytucja nie może uważać, że wolno jej zamknąć stół, zabrać żetony i ogłosić własnej nieomylności. WHO mogła ostrzegać, doradzać i przedstawiać dane. Nie powinna była otrzymać roli wyroczni, za którą ukrywały się rządy. Świat zapłacił za tę pomyłkę znacznie więcej, niż pokazują oficjalne statystyki zakażeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz