Dzisiaj Waterloo kojarzy się przede wszystkim z ostateczną klęską cesarza Francuzów. W cieniu tej wielkiej bitwy pozostaje jednak pytanie, które od ponad dwóch stuleci zadają sobie historycy: czy losy Europy mogły potoczyć się inaczej?
Jednym z najbardziej fascynujących wątków tej historii jest postać marszałka Emmanuela Grouchy'ego. Napoleon wysłał go, by ścigał wycofujące się wojska pruskie marszałka Blüchera i uniemożliwił im połączenie z armią Wellingtona. Plan był logiczny i miał duże szanse powodzenia.
Problem w tym, że wojny rzadko toczą się zgodnie z planem.
18 czerwca Grouchy znajdował się zaledwie kilkanaście kilometrów od miejsca, gdzie rozstrzygały się losy Europy. Jego oficerowie sugerowali marsz w kierunku odgłosów artylerii. Słyszeli wyraźnie huk dział dochodzący spod Waterloo. Grouchy jednak trzymał się otrzymanych rozkazów. Nie zmienił kierunku marszu.
W efekcie trzydzieści tysięcy francuskich żołnierzy nie dotarło na pole bitwy, podczas gdy wojska pruskie zdążyły przyjść Wellingtonowi z pomocą.
Do dziś historycy spierają się, czy obecność Grouchy'ego mogłaby zmienić wynik bitwy. Jedno jest pewne — pod Waterloo zabrakło Napoleonowi nie tylko żołnierzy, ale również odrobiny szczęścia.
Nie był to jednak jedyny problem Francji.
W 1815 roku kraj był już wyczerpany. Dwadzieścia lat niemal nieustannych wojen kosztowało Francuzów setki tysięcy istnień. Kolejne pokolenia dorastały w cieniu mobilizacji, bitew i nowych kampanii. Nawet wielu dawnych zwolenników cesarza marzyło bardziej o spokoju niż o kolejnych zwycięstwach.
Pod tym względem największym przeciwnikiem Napoleona nie byli Wellington ani Blücher. Było nim zmęczenie własnego narodu.
Dla Polaków sytuacja wyglądała jednak inaczej.
Można długo dyskutować o motywach Napoleona. Z pewnością nie był romantycznym idealistą walczącym o wolność wszystkich narodów Europy. Kierował się przede wszystkim interesem Francji. Mimo to pozostaje faktem, że był jedynym spośród wielkich przywódców swojej epoki, który dla sprawy polskiej zrobił coś konkretnego.
Nie składał jedynie deklaracji i obietnic.
To za jego sprawą powstało Księstwo Warszawskie — pierwsze od czasu rozbiorów polskie państwo, choć ograniczone terytorialnie i zależne od Francji. Powstała polska administracja, polskie szkolnictwo, polskie wojsko. Dla pokolenia, które pamiętało upadek Rzeczypospolitej, była to ogromna zmiana.
Nic dziwnego, że tysiące Polaków wiązało z Napoleonem ogromne nadzieje.
Największe pojawiły się w 1812 roku, gdy Wielka Armia ruszyła na Rosję.
Dla Francuzów była to kolejna kampania. Dla Polaków była to wojna o przyszłość własnego państwa.
Trudno dziś powiedzieć, jak dokładnie wyglądałaby Europa po zwycięstwie Napoleona nad Rosją. Można jednak przypuszczać, że skutki byłyby ogromne. Rosja była przecież głównym beneficjentem rozbiorów Polski. Jej klęska mogła otworzyć drogę do odbudowy państwa polskiego w granicach znacznie szerszych niż Księstwo Warszawskie.
W polskich elitach politycznych i wojskowych panowało wówczas przekonanie, że sukces kampanii rosyjskiej może doprowadzić do odtworzenia Rzeczypospolitej w granicach zbliżonych do tych sprzed rozbiorów. Była to być może największa szansa na odbudowę Polski aż do roku 1918.
Historia potoczyła się jednak inaczej.
Zamiast triumfalnego pokoju przyszła katastrofa odwrotu spod Moskwy. Zamiast odbudowy Rzeczypospolitej — kongres wiedeński. Zamiast wolnej Polski — kolejne dziesięciolecia zależności od państw zaborczych.
Dlatego Waterloo ma dla Polaków znaczenie szczególne. Nie jest jedynie końcem epoki napoleońskiej. Jest także symbolem utraconej możliwości.
Można oczywiście spierać się, czy Napoleon rzeczywiście przywróciłby Polskę w granicach dawnej Rzeczypospolitej. Tego nigdy się nie dowiemy. Wiemy jednak, że spośród wszystkich europejskich przywódców początku XIX wieku był jedynym, który nie ograniczył się do słów.
I być może właśnie dlatego, ponad dwieście lat po Waterloo, pamięć o nim w Polsce jest wciąż żywa. Nie dlatego, że był bohaterem narodowym Polaków, ale dlatego, że przez krótką chwilę dawał nadzieję, iż Polska może wrócić na mapę Europy nie jako przedmiot cudzej polityki, lecz jako państwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz