Tymi słowami rozpoczyna się jeden z najsłynniejszych wierszy angielskiego poety i malarza Williama Blake'a (1757–1827). Blake nie pisał o zoologii. Tygrys był dla niego symbolem potęgi natury, piękna budzącego lęk i odwiecznego pytania o to, jak ta sama siła mogła stworzyć zarówno niewinność, jak i grozę. Trudno o bardziej sugestywny obraz dzikiej przyrody.
Dzisiaj Blake zapewne zadałby inne pytanie: jakim cudem udało się zamienić tygrysa w punkt programu wycieczki fakultatywnej?
Park Narodowy Ranthambore o świcie przypomina salę teatralną tuż przed podniesieniem kurtyny. Dziesiątki jeepów ustawiają się w kolejce niczym pielgrzymi zmierzający do świętych relikwii. Przewodnicy mówią półgłosem. Aparaty fotograficzne są gotowe. W powietrzu unosi się napięcie, jakby za chwilę miały rozstrzygnąć się losy świata.
A chodzi przecież tylko o to, żeby przez kilkadziesiąt sekund zobaczyć kota.
Owszem, bardzo dużego.
Tygrys ma jednak tę irytującą cechę, że nie przeczytał regulaminu parku ani opinii zamieszczonych w internecie. Nie wie, że turyści zapłacili za emocje. Nie rozumie, że powinien punktualnie wyjść z zarośli, przejść przed maską samochodu, zatrzymać się na kilka sekund i spojrzeć prosto w obiektyw.
Zachowuje się skandalicznie.
Jest dzikim zwierzęciem.
Kiedy wreszcie się pojawia, cały spektakl nagle się kończy. Zapada cisza. Milkną rozmowy, a nawet najbardziej gadatliwi turyści przypominają sobie, że człowiek nie zawsze znajduje się na szczycie świata. Tygrys nie robi nic nadzwyczajnego. Idzie. Patrzy. Znika. Wystarcza mu kilka chwil, aby przypomnieć Homo sapiens, że przez większą część swoich dziejów był raczej zwierzyną niż panem stworzenia.
Po minucie wszystko wraca do normy.
— Mam!
— Ja też!
— Wyślij mi przez WhatsAppa!
— Wrzucę to jeszcze dzisiaj.
Cywilizacja odniosła kolejne zwycięstwo.
Blake widział w tygrysie tajemnicę stworzenia. My widzimy liczbę polubień pod zdjęciem.
Być może na tym polega największa zmiana ostatnich dwóch stuleci. Nie utraciliśmy zdolności zachwytu. Nadal potrafimy zamilknąć na widok wielkiego drapieżnika. Problem zaczyna się pięć sekund później, kiedy uznajemy, że zachwyt jest nieważny, dopóki nie zostanie opublikowany.
Tygrys tymczasem odchodzi.
Nie interesują go nasze fotografie, relacje ani algorytmy. Nie zabiega o popularność. Nie buduje marki osobistej. Nie udowadnia swojej wyjątkowości.
Jest po prostu tygrysem.
I właśnie dlatego, mimo wszystkich naszych technologii, to on pozostaje wolny, a my wracamy do hotelu z kartą pamięci pełną zdjęć i dziwnym przekonaniem, że przez chwilę dotknęliśmy czegoś, czego nie da się zatrzymać w żadnym obiektywie.
Być może William Blake uśmiechnąłby się na ten widok.
A może tylko zapytałby raz jeszcze:
„Tyger! Tyger! burning bright…”
…i pozostawił resztę bez odpowiedzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz