„Uderzaj celnie, aby powstrzymać pogłoskę”. Amerykański plakat Works Progress Administration przedstawiający plotkę jako wilka, któremu człowiek zadaje cios łopatą, 1939–1941. Projekt: Vera Bock, Federal Art Project. Źródło: Library of Congress/Wikimedia Commons. Domena publiczna.
Wyobraźmy sobie pracownika rosyjskiej fabryki kłamstwa. Siedzi w ponurym biurze gdzieś pod Moskwą, nad biurkiem ma portret Putina, a przed sobą dwa monitory, kubek zimnej herbaty i polecenie, aby do końca zmiany zniszczyć polskie państwo. Powinien zapewne wymyślić wiadomość tak przekonującą, że miliony Polaków natychmiast pokochają Rosję, znienawidzą NATO i zapragną powrotu Armii Czerwonej. Nasz pracownik nie jest jednak idiotą. Wie, że przeciętnego Polaka łatwiej namówić do kąpieli w listopadowym Bałtyku niż do pokochania Rosji. Wybiera więc cel znacznie prostszy: przekonać Polaków, że nie warto wierzyć nikomu.
Nie musi wymyślać jednego wielkiego kłamstwa. Wystarczy, że rano rozpuści wiadomość, iż rząd ukrywa prawdę, w południe, że opozycja działa na zlecenie obcych państw, a wieczorem, że wszystkie media uczestniczą w zmowie. Następnego dnia może ogłosić coś dokładnie odwrotnego. Nikt nie wystawi mu mandatu za brak konsekwencji, ponieważ celem tej produkcji nie jest stworzenie spójnej wizji świata. Fabryka materacy musi produkować materace, fabryka konserw puszki, ale fabryka kłamstwa wytwarza przede wszystkim mgłę. W mgle nie trzeba przekonać człowieka, że droga prowadzi w prawo. Wystarczy sprawić, aby bał się ruszyć w którąkolwiek stronę.
Po pewnym czasie obywatel dochodzi do wniosku, że rząd kłamie, opozycja kłamie, telewizje kłamią, naukowcy kłamią, a eksperci kłamią tym bardziej, im dłuższy mają tytuł przed nazwiskiem. Zdjęcie można przerobić, nagranie wygenerować, dokument podrobić, a świadka kupić. Kiedy pojawia się sprostowanie, uznaje je za część oszustwa. Kiedy sprostowania nie ma, brak odpowiedzi staje się dowodem winy. Człowiek taki nie uwierzył Rosji i nadal może szczerze nienawidzić Putina. Z punktu widzenia Kremla nie ma to większego znaczenia, ponieważ przestał wierzyć również własnemu państwu.
Jest to sukces znacznie większy niż zdobycie jednego jawnego zwolennika Rosji. Miłośnik Kremla bywa krzykliwy, rozpoznawalny i politycznie mało użyteczny. Każdy wie, czego się po nim spodziewać. Cynik wygląda natomiast jak człowiek rozsądny, który „nie daje się nabrać żadnej stronie”. Z dumą powtarza, że prawda zawsze leży pośrodku, nawet gdy po jednej stronie stoi podpalacz, a po drugiej płonący dom. Nie popiera agresora. Po prostu podejrzewa, że ofiara sama się podpaliła, strażacy działają na zlecenie producentów gaśnic, a pożar wymyślili dziennikarze dla podniesienia oglądalności.
W tym miejscu do akcji wkracza fact-checker, rycerz prawdy uzbrojony w wyszukiwarkę obrazów. Starannie wykazuje, że fotografia czołgu pochodzi z innej wojny, wypowiedź ministra została skrócona, a film przedstawiający rzekomą bójkę uchodźców nakręcono pięć lat wcześniej w zupełnie innym kraju. Robi rzecz potrzebną i pożyteczną. Kłopot polega na tym, że przypomina strażaka biegającego z konewką po lesie, w którym ktoś systematycznie rozlewa benzynę. Zdąży ugasić jeden krzak, może nawet dwa, po czym z satysfakcją opublikuje raport o stuprocentowej skuteczności gaszenia krzaków. Las tymczasem płonie dalej.
Państwo uwielbia takie raporty. Można w nich podać liczbę wykrytych kont, usuniętych wpisów, sprostowanych wiadomości i przeprowadzonych szkoleń. Wszystko daje się umieścić w tabeli, a tabela jest naturalnym środowiskiem życia urzędnika. Jeżeli liczby rosną, instytucja pracuje. Jeżeli rosną szybko, pracuje znakomicie. Nikt nie pyta tylko, dlaczego po tysiącu sprostowań ludzie ufają państwu mniej niż przed rozpoczęciem całej operacji. Byłoby to pytanie nieprzyjemne, a pytań nieprzyjemnych nie można przecież zmieścić w rubryce „zrealizowane działania”.
Największym sprzymierzeńcem obcej propagandy nie jest jednak naiwny obywatel, który uwierzył, że uchodźca dostał darmowy apartament, samochód i dożywotnią rentę za samo pojawienie się na przejściu granicznym. Znacznie cenniejszym sprzymierzeńcem bywa krajowy polityk, który przez pół dnia opowiada o odpowiedzialności za słowo, a wieczorem udostępnia niesprawdzoną wiadomość, ponieważ wyjątkowo paskudnie wygląda w niej przeciwnik. Jeszcze lepszy jest minister ogłaszający rano pełny sukces, zanim jego urzędnicy zdążą ustalić, co właściwie się wydarzyło. Gdy wieczorem musi odwołać własne słowa, rosyjski propagandysta nie potrzebuje już niczego dopisywać. Wystarczy, że postawi oba komunikaty obok siebie i grzecznie zapyta: kiedy państwo kłamało — przed obiadem czy po kolacji?
Polacy również nie potrzebują pomocy Kremla, aby się pokłócić. Radzimy sobie z tym samodzielnie, z właściwą narodowi fantazją i pracowitością. Potrafimy rozpocząć od różnicy zdań w sprawie migracji, Ukrainy albo szczepień, a po piętnastu minutach dojść do rozbiorów, Targowicy, zdrady narodowej i niejasnych interesów rodzinnych rozmówcy. Obca propaganda nie buduje tego mechanizmu. Ona tylko podstawia pod niego silnik. Jednym podpowiada, że Polska stała się bezduszną twierdzą, drugim, że została bez walki oddana obcym, a trzecim, że oba obozy są tajnie sterowane przez to samo centrum. Każdy otrzymuje wiadomość dopasowaną do własnego lęku i może z satysfakcją uznać, że od początku miał rację.
Najlepsza propaganda nie przychodzi bowiem w uszance i nie przemawia rosyjskim akcentem. Posługuje się prawdziwym zdjęciem, rzeczywistym błędem urzędnika, autentyczną krzywdą i pytaniem, na które władza nie chce odpowiedzieć. Kłamstwo dodaje dopiero później, często w ilości niemal homeopatycznej. Funkcjonariusz przekroczył uprawnienia, więc wszystkie służby są bandą przestępców. Uchodźca popełnił przestępstwo, więc każdy uchodźca stanowi zagrożenie. Urząd sprostował wiadomość, więc od początku prowadził planowe oszustwo. Z prawdziwego ziarnka powstaje wielka polityczna dynia, a ponieważ ziarnko rzeczywiście istniało, odbiorca jest przekonany, że widział cały proces na własne oczy.
Władza najchętniej wyjaśnia ten problem głupotą społeczeństwa. Obywatele nie sprawdzają źródeł, nie rozpoznają fałszywych stron i udostępniają wszystko, co wywoła w nich gniew. Należy więc przeprowadzić szkolenie, wydać broszurę i nauczyć ludzi pięciu zasad bezpiecznego korzystania z internetu. Pomysł jest znakomity, szczególnie dla firm przeprowadzających szkolenia. Nie odpowiada tylko na pytanie, dlaczego obywatel miałby uwierzyć instytucji, która wcześniej wielokrotnie ukrywała niewygodne informacje, myliła interes państwa z interesem rządu i nazywała sukcesem coś, czego nikt poza rzecznikiem prasowym nie zauważył.
Zaufanie nie jest przyciskiem, który premier naciska podczas kryzysu. Buduje się je latami, najczęściej przez czynności mało widowiskowe: podawanie sprawdzalnych danych, odpowiadanie na niewygodne pytania, dopuszczanie kontroli i przyznawanie się do błędów. Traci się je znacznie szybciej. Jedna demonstracyjnie fałszywa informacja potrafi zniszczyć wiarygodność wielu późniejszych komunikatów, nawet prawdziwych. Państwo, które przez lata zużywa zaufanie do wygrywania drobnych sporów, przypomina człowieka palącego zimą meble, aby oszczędzić opał. Przez kilka dni ma ciepło i może nawet pochwalić się skuteczną polityką energetyczną. Potem zostaje w pustym domu bez stołu, krzeseł i czegokolwiek, co dałoby się jeszcze spalić.
Wiarygodna instytucja musi czasem powiedzieć: „Tego jeszcze nie wiemy”. Dla polityka są to słowa niemal niewymawialne, ponieważ brzmią mniej efektownie niż „sytuacja jest pod kontrolą”. Tymczasem obywatel może zaakceptować niepełną wiedzę, jeżeli dowie się, co zostało potwierdzone, czego jeszcze nie ustalono i kiedy otrzyma kolejną informację. Znacznie trudniej zaakceptuje komunikat ogłoszony z fanfarami rano i dyskretnie odwołany wieczorem. Przyznanie niewiedzy nie niszczy zaufania. Niszczy je udawanie wszechwiedzy, po którym następuje pospieszne kasowanie wcześniejszych wpisów.
Nie należy też mylić odporności z jednomyślnością. Państwo demokratyczne jest z natury hałaśliwe, pełne sporów i ludzi, którzy potrafią zadać trafne pytanie w sposób tak irytujący, że najchętniej wyrzuciłoby się ich za drzwi razem z krzesłem. Krytyka rządu nie jest jeszcze rosyjską operacją, sprzeciw wobec polityki migracyjnej nie dowodzi pracy dla Łukaszenki, a głupia opinia pozostaje głupią opinią, niekoniecznie instrukcją przysłaną z Moskwy. Gdy władza zaczyna nazywać dezinformacją wszystko, co jest dla niej niewygodne, sama niszczy sens tego pojęcia. W końcu nawet prawdziwe ostrzeżenie przed obcą ingerencją brzmi jak kolejna próba uciszenia przeciwnika.
Rosyjskie służby nie muszą więc sterować polską debatą jak lalkarz teatrem marionetek. Wystarczy, że podczas krajowej bójki będą dyskretnie podawały obu stronom cięższe krzesła. Resztę wykonają politycy, media i obywatele, którzy każdą wiadomość oceniają według tego, czy szkodzi właściwemu człowiekowi. W takim środowisku fakt nie jest już prawdziwy albo fałszywy. Staje się „nasz” albo „ich”. Przeciwnik otrzymuje gotową sieć dystrybucji, bez konieczności zatrudniania tysięcy agentów. Polacy sami roznoszą najbardziej szkodliwe treści, przekonani, że właśnie ratują ojczyznę przed drugą połową Polaków.
Najgroźniejsze kłamstwo nie musi zatem nikogo przekonać. Nie musi tworzyć miłości do Rosji, podziwu dla Putina ani tęsknoty za Układem Warszawskim. Wystarczy, że każdą informację uczyni podejrzaną, każdy błąd zamieni w spisek, a każdą instytucję przedstawi jako narzędzie ukrytego interesu. Społeczeństwo pogrążone w takim cynizmie nadal ma armię, granice, rząd i konstytucję, lecz coraz trudniej podejmuje wspólne działania. Państwo nie przegrywa wojny informacyjnej wtedy, gdy obywatel uwierzy przeciwnikowi. Przegrywa ją wtedy, gdy obywatel przestaje wierzyć, że prawda w ogóle istnieje.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz