Szukaj na tym blogu

piątek, 2 października 2026

Żoliborz zostaje sam. Ostatnia bitwa Powstania

 















Polscy żołnierze idą do niemieckiej niewoli po kapitulacji Żoliborza, 30 września 1944 r. Autor nieznany. Źródło: Miasto Nieujarzmione, Warszawa 1957 / Wikimedia Commons. Domena publiczna (PD-Poland).

Kiedy 27 września skapitulował Mokotów, mapa powstańczej Warszawy skurczyła się po raz kolejny. Nie było już Starego Miasta, Powiśla ani Czerniakowa, przestała istnieć zorganizowana obrona Mokotowa, a oddziały Grupy „Kampinos”, które mogły stanowić naturalne zaplecze dla północnej części miasta, znalazły się w coraz trudniejszej sytuacji. Pozostawały Śródmieście i Żoliborz, rozdzielone przez obszar kontrolowany przez Niemców. Dzielnica ppłk. Mieczysława Niedzielskiego „Żywiciela” była więc samotną wyspą, która od początku Powstania walczyła w szczególnych warunkach. Miała za plecami Wisłę, od południa Cytadelę i Dworzec Gdański, od zachodu niemieckie pozycje i arterie prowadzące ku Powązkom. Teraz Niemcy mogli skoncentrować przeciwko niej siły uwolnione po likwidacji innych ośrodków oporu. Powstanie jeszcze trwało, ale jego geografia nie pozostawiała już większych złudzeń.

Żoliborz miał za sobą wyjątkowo długą drogę. To tutaj 1 sierpnia walki rozpoczęły się przed godziną „W”, kiedy przypadkowe zetknięcie oddziału AK z Niemcami odebrało powstańcom element zaskoczenia. Pierwsze uderzenia nie przyniosły zakładanych rezultatów, część oddziałów wycofała się nawet do Puszczy Kampinoskiej, by później powrócić do dzielnicy. W następnych tygodniach powstał jednak stosunkowo zwarty system obrony oparty na zgrupowaniach „Żywiciela”: „Żubrze”, „Żbiku”, „Żaglowcu”, „Żniwiarzu” i „Żyrafie”. Żoliborz miał własne szpitale, kuchnie, łączność i administrację. Przez kilka tygodni istniało tam coś przypominającego małe powstańcze państwo, funkcjonujące pomiędzy barykadami i niemieckimi stanowiskami.

Pod koniec września z tego świata pozostawała przede wszystkim armia. 21 września siły żoliborskie zostały formalnie przekształcone w 8. Dywizję Piechoty AK im. Romualda Traugutta. Nazwa brzmiała imponująco, lecz nie należy przykładać do niej miary regularnej dywizji piechoty. Powstańcom brakowało ciężkiej artylerii, odpowiedniej liczby broni maszynowej, środków przeciwpancernych, amunicji i zaplecza, którym dysponowała normalna wielka jednostka. Przekształcenie miało znaczenie organizacyjne i symboliczne, nie usuwało jednak zasadniczej dysproporcji sił. Żoliborz nadal był broniony przez piechotę, której największym atutem pozostawała znajomość terenu, doświadczenie zdobyte przez dwa miesiące walk oraz niezwykła zdolność adaptacji.

Był jednak jeden kierunek, w który nadal patrzono z nadzieją. Wisła nie oznaczała wyłącznie przeszkody. Po drugiej stronie znajdowały się wojska sowieckie i 1. Armia Wojska Polskiego. Próby utworzenia przyczółków na lewym brzegu zakończyły się wprawdzie klęską, ale na Żoliborzu wciąż liczono, że sytuacja może się zmienić. W drugiej połowie września nawiązano kontakt z oddziałami zza Wisły, a żołnierze 6. pułku piechoty 2. Dywizji Piechoty przeprawili się na żoliborski brzeg. Ich obecność była materialnym dowodem, że rzeka nie stanowi nieprzekraczalnej granicy. Jednocześnie doświadczenie Czerniakowa pokazywało coś przeciwnego: samo przerzucenie piechoty bez stworzenia trwałej przeprawy i dostarczenia odpowiedniego wsparcia nie mogło odwrócić losów bitwy.

28 września było już jasne, że Niemcy przygotowują ostateczne uderzenie. Dla dowództwa niemieckiego dalsze istnienie powstańczego Żoliborza nie miało żadnego sensu militarnego. Front sowiecki znajdował się na Wiśle, a na niemieckim zapleczu nadal walczyła duża, zorganizowana grupa przeciwnika. Każdy dzień jej istnienia wymagał utrzymywania wojsk, artylerii i broni pancernej, które mogły zostać wykorzystane gdzie indziej. Niemcy nie musieli już zdobywać całej Warszawy jednocześnie. Mogli likwidować jej ostatnie wyspy po kolei. Najpierw przestał istnieć Czerniaków, później Mokotów. Teraz przyszła kolej na Żoliborz.

29 września rano rozpoczął się generalny szturm. Do walki weszła piechota niemieckiej 19. Dywizji Pancernej wspierana przez kilkadziesiąt czołgów i dział szturmowych. Natarcie szło przede wszystkim od południa i zachodu, ale nacisk wywierano również z rejonu Cytadeli i Dworca Gdańskiego. Niemcy nie musieli zdobywać dzielnicy jednym uderzeniem. Wystarczyło odbierać powstańcom kolejne punkty oporu, spychać ich ku środkowi bronionego obszaru i nie pozwolić na odtworzenie ciągłej linii. To była ta sama logika, która kilka dni wcześniej zniszczyła obronę Mokotowa.

Padła fabryka Opla i hala targowa przy ulicy Słowackiego. Oddziały „Żyrafy” musiały opuścić ruiny klasztoru Sióstr Zmartwychwstanek, jednego z najbardziej charakterystycznych punktów powstańczej obrony. „Żaglowiec”, naciskany od strony Cytadeli i Dworca Gdańskiego, cofał się w kierunku placu Inwalidów. Na Marymoncie „Żubr” nadal utrzymywał pozycje, a od wschodu trwał „Żbik”. Nie nastąpiło więc gwałtowne załamanie całej obrony. Niemcy po prostu odcinali kolejne fragmenty terenu, a mapa Żoliborza z godziny na godzinę stawała się mniejsza.

Tego samego dnia pod Jaktorowem rozegrał się dramat mający dla Żoliborza znaczenie większe, niż mogłoby wynikać z odległości dzielącej oba miejsca. Grupa AK „Kampinos”, przez wiele tygodni stanowiąca zaplecze Powstania na północno-zachodnich obrzeżach Warszawy, została rozbita w ciężkiej bitwie. Zginął jej dowódca mjr Alfons Kotowski „Okoń”, duża część żołnierzy poległa lub dostała się do niewoli, jedynie części udało się wydostać z niemieckiego okrążenia. Zniknęła możliwość, choćby coraz bardziej teoretyczna, połączenia obrońców Żoliborza z większym zgrupowaniem partyzanckim poza miastem. Dzielnica naprawdę zostawała sama.

A jednak obrona nie rozsypała się. To ważne, ponieważ ostatnią bitwę Żoliborza można łatwo opowiedzieć jako prostą historię miażdżenia słabszego przez silniejszego. Niemcy rzeczywiście mieli ogromną przewagę, ale musieli zdobywać kolejne budynki w walce. Powstańcy wycofywali się z jednych pozycji i organizowali następne, kontratakowali, wykorzystywali zabudowę i bronili przejść pomiędzy domami. Nawet pod koniec 29 września nie byli bezładnym tłumem oczekującym kapitulacji. Pozostawali wojskiem, które przegrywało bitwę, ale nadal wykonywało rozkazy.

Noc nie przyniosła rozwiązania. Nadzieja przeniosła się ponownie nad Wisłę. Dowództwo Żoliborza przygotowywało plan ewakuacji części sił na prawy brzeg, gdzie znajdowała się 1. Armia Wojska Polskiego. Oddziały miały przesuwać się ku rzece, a przeprawa miała zostać przeprowadzona przy pomocy środków dostarczonych ze wschodniego brzegu. Nie był to już plan uratowania Powstania. Chodziło o uratowanie żołnierzy przed zniszczeniem albo niewolą. Po sześćdziesięciu dniach cele wojny skurczyły się razem z bronionym terytorium.

30 września o świcie Niemcy zaatakowali ponownie. Tym razem wykorzystali zaskoczenie, zajmując duży blok spółdzielni „Zgoda” przy ulicy Słowackiego, a następnie po przygotowaniu ogniowym ruszyli na dalsze pozycje. Walki objęły okolice Słowackiego, Gdańskiej, Krasińskiego, Mickiewicza i placu Wilsona. Powstańczy teren został ściśnięty do niewielkiego obszaru, którego osią pozostawała ulica Mickiewicza. Poszczególne zgrupowania nadal broniły swoich odcinków, lecz nie tworzyły już frontu zdolnego do przeprowadzenia większej operacji zaczepnej. Można było zatrzymać Niemców przed konkretnym domem. Nie można było odzyskać Żoliborza.

Plan przeprawy przez Wisłę dawał jeszcze jedną możliwość. Powstańcy nawiązali łączność z 1. Armią Wojska Polskiego i oczekiwali pomocy w przejściu na prawy brzeg. Oddziały zaczęły przesuwać się w kierunku rzeki, odsłaniając część dotychczasowych pozycji. Operacja była jednak niezwykle ryzykowna. Kilka dni wcześniej Czerniaków pokazał, co oznacza próba prowadzenia przeprawy pod niemieckim ogniem bez pełnego panowania nad oboma brzegami. Tym razem dodatkowym problemem okazały się warunki uniemożliwiające przeprowadzenie planowanej ewakuacji. Przeprawa została odłożona, a powstańcy znaleźli się w położeniu jeszcze gorszym niż przed rozpoczęciem przegrupowania.

Na Żoliborzu powtórzył się więc w innej postaci dramat Mokotowa. Próba uratowania oddziałów przez ewakuację prowadziła do osłabienia obrony, zanim droga odwrotu została rzeczywiście otwarta. Nie można było spokojnie wrócić na wszystkie opuszczone stanowiska, ponieważ Niemcy natychmiast wykorzystywali każdą lukę. Nie można było też przebić się ku Wiśle bez odpowiedniego wsparcia. Dzielnica była za mała, żeby manewrować, a przeciwnik znajdował się zbyt blisko. Żoliborz nie miał już dobrego wyjścia. Miał jedynie kilka złych.

Wśród żołnierzy nadal żyła jednak nadzieja, że wojska zza Wisły nadejdą. W relacjach uczestników ostatnich godzin powtarza się oczekiwanie na przeprawę i sowieckie uderzenie. Nie była to całkowicie fantastyczna wiara, ponieważ na prawym brzegu naprawdę znajdowały się wielkie siły, a wcześniej polskie oddziały rzeczywiście podejmowały próby przejścia przez rzekę. Problem polegał na skali. Do uratowania Żoliborza nie wystarczał pluton, kompania ani nawet pułk przeprawiony łodziami. Potrzebna byłaby operacja całego frontu, zdolna złamać niemiecką obronę na Wiśle i natychmiast wesprzeć powstańców ciężką bronią. Takiej operacji 30 września nie było.

W tym samym czasie rozpoczęły się rozmowy o zakończeniu walk. Z upoważnienia gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” płk Karol Ziemski „Wachnowski” i por. Jerzy Kamiński „Ścibor” negocjowali najpierw z Erichem von dem Bachem, a następnie z dowodzącym niemieckimi siłami atakującymi Żoliborz gen. Hansem Källnerem. Rozmowy dotyczyły już konkretnie kapitulacji dzielnicy oraz ewakuacji ludności cywilnej. Ustalono czasowe wstrzymanie ognia, aby polscy parlamentariusze mogli dotrzeć do „Żywiciela” i przedstawić mu warunki. Nawet to okazało się trudne. Walczące oddziały nie wszędzie wiedziały o zawieszeniu broni i jeszcze przez pewien czas prowadziły ogień.

Kiedy parlamentariusze wreszcie dotarli do dowództwa, zastali ludzi, którzy wcale nie uważali się za pokonanych w sensie moralnym. Z raportu „Wachnowskiego” wynika, że na Żoliborzu istniała gotowość do dalszej walki, nawet do jej prowadzenia aż do całkowitego zniszczenia oddziałów. Nie był to pusty gest. Powstańcy nadal mieli broń, obsadzali stanowiska i mogli przez pewien czas stawiać opór. Właśnie dlatego decyzja o kapitulacji była rzeczywistą decyzją, a nie jedynie formalnym potwierdzeniem faktu dokonanego.

„Żywiciel” musiał odpowiedzieć na pytanie, przed którym kilka dni wcześniej stanęło dowództwo Mokotowa: co można jeszcze osiągnąć poprzez dalszą walkę? Nie chodziło już o wyzwolenie Warszawy. Nie chodziło o utrzymanie Żoliborza do nadejścia wielkiej ofensywy, bo nie było żadnych oznak jej rozpoczęcia. Nie udało się również przeprowadzić planowanej ewakuacji przez Wisłę. Pozostawała możliwość obrony kolejnych domów i zadawania Niemcom strat. Cena była łatwa do przewidzenia: zabici żołnierze, następni ranni, ofiary wśród cywilów i prawdopodobne zniszczenie resztek dzielnicy.

Można było umrzeć. Nie można już było wygrać.

Ale właśnie w tym miejscu romantyczna legenda wojny powinna ustąpić odpowiedzialności dowódcy. Ostatni żołnierz ginący na ostatniej barykadzie tworzy doskonały obraz dla późniejszej literatury, lecz dla człowieka wydającego rozkaz oznacza śmierć konkretnego podkomendnego. Jeśli ta śmierć nie broni drogi odwrotu, nie osłania ludności, nie czeka na nadchodzącą odsiecz i nie poprawia warunków kapitulacji, trzeba zapytać, komu właściwie służy. Dowódca nie otrzymuje ludzi po to, aby zapewnić historii efektowne zakończenie.

Po rozmowie z „Wachnowskim” ppłk Mieczysław Niedzielski zgodził się zakończyć walkę. Około godziny osiemnastej ogień na Żoliborzu zaczął cichnąć. Oddziały składały broń do późnego wieczora, a następnie pod niemiecką eskortą kierowano je w stronę Powązek. Do niewoli trafiło 1490 żołnierzy AK. Około czterystu rannych pozostało w żoliborskich szpitalach. Nie wszyscy byli bezpieczni: mimo ustaleń dotyczących traktowania jeńców dochodziło do mordowania ciężko rannych pozostawionych na terenie dzielnicy. Kapitulacja nie zmieniała charakteru przeciwnika, ale dla ogromnej większości żołnierzy oznaczała przejście z pola walki do niewoli zamiast śmierci w ostatnim, beznadziejnym starciu.

Był w tym obrazie niezwykły paradoks. Żoliborz kapitulował w chwili, gdy jego żołnierze nadal byli zdolni walczyć. Nie zabrakło im odwagi, nie doszło do masowej dezercji i nie nastąpiło całkowite załamanie dowodzenia. Zabrakło osiągalnego celu, dla którego należałoby nadal ginąć. To rozróżnienie jest jednym z najważniejszych dla zrozumienia końca Powstania. Klęska wojskowa nie następuje dopiero wtedy, kiedy ostatni żołnierz nie ma już naboju. Czasami następuje wcześniej, gdy naboje jeszcze są, ale nie istnieje już sposób, w jaki ich wystrzelenie może zmienić wynik.

30 września kapitulował Żoliborz, lecz Powstanie formalnie jeszcze się nie skończyło. W Śródmieściu pozostawały tysiące uzbrojonych żołnierzy AK, działała Komenda Główna i trwały negocjacje z Niemcami. Można było nadal stawiać opór. Nie było jednak już żadnej dzielnicy, której obrona mogłaby zmienić położenie całego miasta. Czerniaków nie istniał, Mokotów złożył broń, Żoliborz właśnie przestał walczyć, Grupa „Kampinos” została rozbita pod Jaktorowem. Śródmieście stało się ostatnią wyspą w mieście, którego Powstanie nie mogło już odzyskać.

Dlatego kapitulacja Żoliborza była czymś więcej niż zakończeniem walk w kolejnej dzielnicy. Oznaczała koniec Powstania jako bitwy o Warszawę, choć strzały nie ucichły jeszcze wszędzie, a akt kapitulacji całego miasta miał zostać podpisany dopiero w nocy z 2 na 3 października. Od tego momentu nie istniało już pytanie, czy uda się utrzymać stolicę do nadejścia pomocy. Pozostawało pytanie, na jakich warunkach zakończyć walkę i jak uratować tych, którzy przeżyli.

Żoliborz wytrzymał sześćdziesiąt jeden dni. Zaczynał Powstanie przed godziną „W”, kończył je niemal jako ostatni. W ostatnich godzinach jego żołnierze nadal bronili domów przy Mickiewicza i Krasińskiego, nadal oczekiwali pomocy zza Wisły i nadal byli gotowi walczyć. Nie skapitulowali dlatego, że zabrakło im woli. Skapitulowali wtedy, gdy wola przestała mieć cokolwiek wspólnego z możliwością osiągnięcia celu. Powstanie Warszawskie nie skończyło się więc w chwili, kiedy zabrakło ludzi gotowych umrzeć. Skończyło się wtedy, kiedy ich śmierć nie mogła już niczego uratować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz