Kopalnia Wujek w Katowicach. Fot. Andrzej Otrębski, Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0.
Część 1. Katowice. Miasto zbudowane nad drugim światem
Katowice lubią zwodzić ludzi, którzy próbują je ocenić na pierwszy rzut oka. Kto przejdzie tylko od dworca do rynku, może zobaczyć miasto pospiesznie unowocześnione, przecięte torami tramwajowymi, przykryte reklamami i niezdecydowane, czy chce być jeszcze przemysłową stolicą Śląska, czy już środkowoeuropejską metropolią ze szkła. Dopiero kiedy skręci się w boczną ulicę, wejdzie w bramę albo podniesie głowę ponad szyldy, rozpoczyna się właściwa opowieść. Katowice nie są piękne w sposób łatwy. Swoją urodę chowają na podwórzach, w zaułkach i pomiędzy budynkami, które wyglądają, jakby pochodziły z kilku różnych światów i przypadkiem spotkały się przy jednej ulicy.
W centrum stoi Spodek o wyglądzie tak dziwacznym, że mieszkańcy dawno przestali zwracać na niego uwagę. Ogromny kosmiczny talerz wylądował pośrodku miasta, a katowiczanie przyjęli ten fakt z właściwym sobie spokojem: skoro już przyleciał, niech stoi. Kilkaset metrów dalej wznosi się siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, której nowoczesna bryła nie pozostawia wątpliwości, że architektura potrafi być zamrożoną muzyką. Obok dawna kopalnia Katowice została zamieniona w Muzeum Śląskie. Węgiel ustąpił miejsca obrazom, szyby wyciągowe stały się elementami panoramy miasta, a pod ziemią, gdzie kiedyś pracowali górnicy, wystawia się sztukę. Nigdzie indziej przejście od kopalni do galerii i od familoka do kosmicznego spodka nie wydaje się równie naturalne.
Katowice przemawiają również ze ślepych ścian kamienic i bloków, zamienionych w ogromne płótna. Murale nie są tutaj kolorowym plastrem przyklejonym do przemysłowego miasta, lecz dalszym ciągiem jego pamięci: pojawiają się na nich górnicy, artyści, naukowcy, śląscy bohaterowie i fantastyczne stworzenia. W Giszowcu jeden z nich nawiązuje do filmu Kazimierza Kutza „Paciorki jednego różańca”, a gdzie indziej na ściany wychodzą postacie inspirowane malarstwem Grupy Janowskiej. Murale mają przy tym żywot równie niepewny jak świat, który przedstawiają — mogą zostać zamalowane, zasłonięte nowym budynkiem albo zniknąć podczas remontu. Katowice zapisują więc swoją historię na murach, choć dobrze wiedzą, że również mury nie są wieczne.
To miasto nieustannie prowadzi podwójne życie. Na powierzchni jeżdżą tramwaje, stoją biurowce, ludzie spieszą do pracy, a pod nimi ciągną się dawne chodniki, wyrobiska i zasypane szyby. Katowice zostały zbudowane nad drugim światem, niewidocznym, ale wciąż obecnym w ich pamięci, języku i charakterze. Może właśnie dlatego tak dobrze czują się tutaj duchy, zjawy, święte patronki, potępione dusze i przybysze z innych planet. W mieście, które przez pokolenia żyło nad podziemną otchłanią, granica pomiędzy rzeczywistością a baśnią zawsze była trochę cieńsza niż gdzie indziej.
Są tu secesyjne kamienice z wykuszami, pasaże i podwórza, na których zwyczajna ściana potrafi nagle stać się przejściem do innej rzeczywistości. Jest również kamienica z białego, glazurowanego klinkieru nazywana Białą Damą, wyglądająca trochę jak ogromny bezowy tort przeniesiony z wystawy dawnej, eleganckiej cukierni i postawiony pomiędzy bochenkami razowego chleba. Giszowiec przypomina, że osiedle robotnicze nie musiało być koszarami, a Nikiszowiec udowadnia, że familok nie jest jedynie ponurym symbolem przemysłowego wyzysku. Ceglane domy, bramy, podwórza i regularny układ ulic tworzyły osobny, samowystarczalny świat. Kopalnia nie była w nim zakładem pracy położonym obok domu. Stanowiła oś, wokół której obracały się czas, rodzina, sąsiedztwo, religia i hierarchia wartości.
Śląsk jest polski, ale ma historię tak ciekawą, że każda próba jej uproszczenia prowadzi na manowce. W średniowieczu dzielnicowe księstwa śląskie stopniowo wiązały się z Koroną Czeską, później ziemie te znalazły się pod panowaniem Habsburgów, aż w XVIII wieku wydarły je Austrii Prusy. Fryderyk Wielki miał uważać Śląsk za pruskie Peru — krainę, która przyniesie jego państwu bogactwo porównywalne ze złotem wywożonym przez Hiszpanów z Ameryki. Huty, kopalnie i ludzie zostali potraktowani jak części wielkiej maszyny mającej napędzać potęgę Berlina. Prusy modernizowały Śląsk, ale robiły to jak właściciel kolonii, który buduje kolej przede wszystkim po to, aby szybciej wywieźć to, co uważa za swoje.
Po pierwszej wojnie światowej o Górny Śląsk walczono nie tylko w gabinetach dyplomatycznych, lecz także na ulicach, w kopalniach i podczas trzech powstań. Była to walka o państwową przynależność regionu, ale również wojna sąsiadów, rodzin i ludzi mówiących podobnym językiem, których historia ustawiła po przeciwnych stronach barykady. David Lloyd George protestował przeciw przyznaniu Polsce przemysłowej części Śląska, a przypisywane mu porównanie mówiło, że oddanie Polakom Górnego Śląska byłoby jak wręczenie zegarka małpie. Trudno o zdanie lepiej wyrażające kolonialną pogardę zachodnich elit wobec odradzającej się Polski. Małpa miała jednak własne kopalnie, koleje, szkoły, organizacje społeczne i wystarczająco dużo determinacji, aby trzykrotnie chwycić za broń.
Później przyszła druga wojna światowa, niemiecki terror, wcielanie Ślązaków do Wehrmachtu, obozy, egzekucje i volkslista, która w wielu rodzinach nie była prostym aktem zdrady, lecz próbą przeżycia w świecie niepozostawiającym dobrego wyboru. W 1945 roku wkroczyła Armia Czerwona. Przyniosła koniec niemieckiego panowania, ale razem z nim rabunki, gwałty, deportacje i traktowanie miejscowej ludności jak mieszkańców podbitego kraju. Część mężczyzn wywieziono do pracy w Związku Sowieckim, skąd wielu nigdy nie wróciło. Śląsk kolejny raz zmienił państwową przynależność, lecz zwykli ludzie znowu musieli płacić za decyzje podejmowane daleko od ich domów.
Cała ta historia przechowała się w śląskiej godce. Nie jest ona zepsutą polszczyzną ani polsko-niemiecką sałatką sklejoną przez ludzi, którzy nie nauczyli się porządnie żadnego języka. Tkwią w niej dawne polskie słowa, które gdzie indziej wyszły z użycia, bohemizmy pozostałe po związkach z Czechami oraz germanizmy przyniesione przez szkołę, administrację i przemysł. Niektóre wyrażenia wyglądają jak egzotyczne owady zachowane w kropli bursztynu. Bajtel idzie z frelką, górnik zjeżdża na grubę, chleb leży w byfyju, śmieci trafiają do hasioka, a szmaterlok przysiada tam, gdzie zwykły polski motyl uznałby zapewne, że nazwa ma zbyt mało fantazji. Kiedy brakuje właściwego słowa, zawsze pozostaje wihajster, dinks albo niezniszczalne „onaczyć”, którym można naprawić urządzenie, przesunąć mebel i wyjaśnić niemal każdą czynność.
Gustaw Morcinek pisał, że górnik, któremu zginął kamrat, „nie płacze, lecz pieronuje”. W tym jednym zdaniu mieści się spory kawałek Śląska. Rozpacz nie dostaje tu białej koszuli i nie wychodzi na scenę, lecz zaciska zęby, klnie i następnego dnia znowu zjeżdża na dół. „Pieron” może oznaczać diabła, przekleństwo, gniew, podziw, a nawet czułość. Wszystko zależy od tonu, ponieważ śląska godka potrafi jednym słowem pogrozić człowiekowi, pochwalić go i przytulić.
Za godką stoi doświadczenie kopalni, którego nie da się zrozumieć z powierzchni. W czasach gierkowskiej pseudoprosperity cała Polska zazdrościła górnikom wysokich zarobków, przydziałów, talonów i lepiej zaopatrzonych sklepów. W propagandowych kronikach wyglądali jak arystokracja klasy robotniczej: wypłata była gruba, orkiestra grała, a na Barbórkę pojawiali się dygnitarze. Dopiero wejście do kopalni rozbijało ten obraz. Wszystko, co znajdowało się pod ziemią, było zaprzeczeniem normalnych ludzkich odruchów: ciemność, ciasnota, hałas, pył, gorąco, wilgoć oraz świadomość, że nad głową spoczywają miliony ton skał. „Kopalnia to żywioł” — trudno znaleźć zdanie, które trafniej oddawałoby charakter tego miejsca. Do kopalni można wejść, można ją mierzyć i eksploatować, ale nie można jej całkowicie oswoić.
Człowiek schodzący pod ziemię przekraczał granicę świata urządzonego zgodnie z ludzką miarą. Nic dziwnego, że górnicy umieścili tam własnego ducha — Skarbnika, na Śląsku Cieszyńskim i w okolicach Karwiny nazywanego również Pusteckim. Nie był zwykłym diabłem, choć potrafił ukarać chciwość, pychę i lekceważenie kopalni. Ostrzegał przed niebezpieczeństwem, pomagał uczciwym, a czasami zwodził tych, którzy naruszyli podziemny porządek. Stanowił uosobienie żywiołu, z którym należało zawrzeć niepisaną umowę. Górnik mógł wydobywać węgiel, lecz nie wolno mu było zapomnieć, że pod ziemią jest tylko gościem.
Z tej samej szczeliny pomiędzy chrześcijaństwem, ludową demonologią, kopalnią i kosmosem wyrosła Grupa Janowska — niezwykłe środowisko malarzy związanych z Nikiszowcem i kopalnią Wieczorek. Teofil Ociepka malował fantastyczne stwory, egzotyczne krainy i walkę dobra ze złem, jakby za ścianą familoka odkrył przejście do królestwa duchów. Był górnikiem, malarzem i teozofem przekonanym, że widzialny świat stanowi jedynie fragment większej rzeczywistości. W innych okolicznościach mógłby zostać uznany za ekscentrycznego mistyka. Na Nikiszowcu znalazł ludzi, którzy rozumieli, że człowiek schodzący codziennie pod ziemię ma prawo widzieć rzeczy niedostępne mieszkańcom powierzchni.
Erwin Sówka, również związany z Grupą Janowską, wypełniał obrazy nagimi kobietami, górniczymi osiedlami, orientalnymi świątyniami, planetami i tajemniczymi znakami. Mówił, że „gołe baby to piękno od Boga”, co było zarazem jego manifestem artystycznym, teologicznym i obyczajowym. W jego malarstwie erotyka nie kłóciła się z metafizyką, ponieważ ciało, kopalnia i kosmos należały do jednego porządku. Szczególne miejsce zajmował cykl apokaliptyczny: wizje końca świata, sądu, rozpadu dotychczasowego ładu i nadejścia rzeczywistości, której nie da się już opisać językiem rozsądnych mieszczan. Apokalipsa Sówki nie przychodziła jednak z dalekiej pustyni. Rodziła się pomiędzy familokiem, hutniczym dymem i szybem kopalnianym.
Ten świat przeniósł do filmu Lech Majewski. W „Angelusie” malarze z Grupy Janowskiej stają się członkami tajemnego bractwa oczekującego katastrofy, którą ma sprowadzić promień z Saturna. Czekają, aż „dupnie w ziemię”, ponieważ śląska apokalipsa nie może przemawiać językiem nadętych proroctw. Musi zabrzmieć jak rozmowa prowadzona przy piwie po szychcie. Majewski nie ośmiesza swoich bohaterów. Pokazuje, że ich pozornie absurdalne wizje wyrastają z miejsca, w którym ludzie naprawdę żyli nad otchłanią, a koniec świata mógł oznaczać zarówno kosmiczną katastrofę, jak i zawał chodnika kilkaset metrów pod ziemią.
Śląsk posiada także własnego bluesa, ponieważ pod pewnymi względami Katowice przypominają Chicago bardziej niż Kraków czy Warszawę. Oba miasta wyrosły z przemysłu, migracji, ciężkiej pracy i gwałtownych społecznych przemian. W obu muzyka stała się głosem ludzi, którzy nie mieli zwyczaju opowiadać o sobie językiem salonów. Śląski blues nie narodził się na plantacjach bawełny, lecz pośród kopalń, hut, dworców i robotniczych osiedli. Ryszard Riedel śpiewał, że „w życiu piękne są tylko chwile”, a to zdanie pasowało do świata, w którym człowiek pracował ciężko, żył krótko i dobrze wiedział, że żadna pomyślność nie została dana na zawsze. Jan „Kyks” Skrzek potrafił natomiast śpiewać o Śląsku tak, jak śpiewa się o umierającym człowieku: bez folklorystycznej waty i bez przemówień przygotowanych na Barbórkę. Z klubów i scen ten blues wracał do dzielnic, z których wyrósł — pomiędzy familoki, kopalniane szyby i ludzi nauczonych, że pod zwyczajnym życiem zawsze czai się jakiś drugi, ciemniejszy ton.
Jedną z takich dzielnic jest Brynów, położony w miejscu, gdzie bierze początek Kłodnica. Dawniej znajdowało się tutaj kilka stawów, a jak były stawy, to musiały być również utopce, ponieważ śląska wyobraźnia nie pozostawiała wody bez odpowiedniego gospodarza. Przy źródle Kłodnicy miał się pokazywać kozioł, który wcale nie był kozłem, lecz utopcem przybierającym zwierzęcą postać. Jeszcze osobliwsza historia wydarzyła się jednak przy brynowskim moście na drodze prowadzącej z Katowic do Mikołowa.
Pewnego wieczoru przez most szedł starszy mężczyzna, trochę już podpity, ale jeszcze na tyle przytomny, żeby wiedzieć, gdzie jest droga, a gdzie Kłodnica. Kiedy znalazł się nad wodą, usłyszał, że ktoś pod mostem kichnął — raz, a potem drugi. Mężczyzna nie zastanawiał się długo, kto siedzi pod mostem o tej porze i dlaczego nie idzie porządnie do domu. Odpowiedział tak, jak nakazywał stary zwyczaj: „Dej ci Boże szczęście!”. Wtedy spod mostu odezwał się głos: „Sto lot pod tym mostem czekołech na wybawienie i tyś mnie dziepjyro wyzwolył”. Na koniec podziękował jeszcze Bogu i swojemu przypadkowemu wybawcy. Przestraszony wędrowiec zajrzał pod most, ale nie zobaczył tam nikogo. Dusza odpokutowała swoje, otrzymała potrzebne błogosławieństwo i odeszła.
To nie jest opowieść o zjawie, która polowała na żywych, lecz o duszy uwięzionej pomiędzy światami i czekającej, aż ktoś wypowie właściwe słowa. Wyzwolił ją nie ksiądz, egzorcysta ani mędrzec, ale podpity człowiek wracający wieczorem przez Brynów. Właśnie w tym tkwi śląska przewrotność tej historii: można nie wiedzieć, że dokonuje się cudu, i jednym zwyczajowym życzeniem zakończyć stuletnią pokutę. Most również nie pojawia się przypadkiem. Łączy dwa brzegi, lecz sam nie należy do żadnego z nich, dlatego od wieków umieszczano pod nim duchy, utopce i istoty, które nie potrafiły ostatecznie przejść ani na jedną, ani na drugą stronę.
W Brynowie nadal można usłyszeć „Szczęść Boże”, szczególnie w pobliżu Wujka i wśród ludzi związanych z kopalnią. Po historii o duszy wyzwolonej spod mostu słowa te brzmią już inaczej. Nie są turystycznym hasłem ani regionalnym rekwizytem, lecz życzeniem, które według starej opowieści potrafiło otworzyć nawet drogę prowadzącą z doczesnej pokuty na tamten świat. Tymi samymi słowami żegnano człowieka schodzącego pod ziemię, ponieważ zwyczajne „do widzenia” zawierało obietnicę, której kopalnia nie zawsze zamierzała dotrzymać. „Szczęść Boże” nie gwarantowało powrotu, ale przyznawało, że od pewnego miejsca ludzka ostrożność już nie wystarcza. Było pozdrowieniem, modlitwą i ostatnim zabezpieczeniem zakładanym tam, gdzie kończyła się władza człowieka.
Pod ziemią górników strzegł Skarbnik. Mógł ostrzec uczciwego człowieka przed tąpnięciem, pożarem albo innym niebezpieczeństwem ukrytym w ciemności. Jego władza kończyła się jednak przy wyjeździe z szybu. Nie potrafił ochronić górników przed złem, które nie czaiło się pod ziemią, lecz przyjechało z powierzchni — czołgami, transporterami i samochodami pełnymi uzbrojonych ludzi. Kopalniane duchy znały siłę skały, ognia i wody, ale nawet one okazały się bezradne wobec państwa, które postanowiło strzelać do własnych robotników.
W grudniu 1981 roku bohaterowie „Angelusa” czekali jeszcze tylko w filmowej wyobraźni, aż promień z Saturna „dupnie w ziemię”. Saturn nie dupnął, ale komuniści owszem — wprowadzili stan wojenny. Kosmiczną katastrofę zastąpiły czołgi, transportery, armatki wodne, pałki i karabiny plutonu specjalnego ZOMO. Apokalipsa nie potrzebowała tajemnego bractwa, układu planet ani teozoficznych przepowiedni. Przyjechała do Brynowa drogą publiczną, w państwowych mundurach i z rozkazami wydanymi przez ludzi przekonanych, że można uratować władzę, strzelając do robotników.
Właśnie tutaj, pomiędzy legendą o duszy spod mostu, górniczym „Szczęść Boże”, familokami i szybami prowadzącymi do ciemnego świata, stoi kopalnia Wujek. Jej historia nie zaczęła się 16 grudnia 1981 roku i nie kończy się na dziewięciu nazwiskach wyrytych na pomniku. Żeby zrozumieć, dlaczego górnicy stanęli przeciw uzbrojonemu państwu, trzeba najpierw zobaczyć miasto zbudowane nad otchłanią, poznać ludzi przyzwyczajonych do życia z żywiołem i usłyszeć język, w którym nawet rozpacz nie płacze, tylko pieronuje. Dopiero wtedy można wejść na teren Wujka.
Kopalnia Wujek i pomnik dziewięciu górników zabitych podczas pacyfikacji 16 grudnia 1981 roku. Fot. Krzysztof Popławski, Wikimedia Commons, CC BY 4.0.
Kopalnia to żywioł” — trudno o zdanie lepiej oddające naturę miejsca, do którego weszliśmy pod koniec pierwszej części tej opowieści. Nie chodzi już jednak wyłącznie o ciemność, pył, skałę i maszyny pracujące pod ogromnym ciśnieniem. Kopalnia była także żywiołem społecznym: skupiała tysiące ludzi, uzależniała ich od siebie i zmuszała do solidarności bardziej konkretnej niż ta wypisywana na sztandarach. Państwo komunistyczne rozumiało wartość węgla, ale nie rozumiało ludzi, którzy go wydobywali. Uznało, że kopalnię można otoczyć, zastraszyć i uruchomić ponownie tak samo jak każdą inną państwową fabrykę. W grudniu 1981 roku przekonało się, że żywioł nie zawsze zachowuje się zgodnie z instrukcją.
Legenda chętnie przedstawia górników z Wujka jako jednolitą śląską wspólnotę, zakorzenioną w kopalni od pokoleń. Rzeczywistość była bardziej powikłana. Do pracy przyjeżdżali ludzie z różnych części Polski, często młodzi, bez pieniędzy i perspektyw w rodzinnych miejscowościach. Kopalnia dawała zarobek, mieszkanie, możliwość usamodzielnienia się i poczucie przynależności. Jednocześnie wyrywała człowieka z dotychczasowego świata. Zanim przybysze stawali się członkami załogi, byli ludźmi wykorzenionymi, którzy dopiero pod ziemią znajdowali swoją nową wspólnotę.
Najmłodszy z zabitych, dziewiętnastoletni Andrzej Pełka, pochodził z Niedośpielina w dzisiejszym województwie łódzkim. Po ukończeniu szkoły podstawowej wyjechał na Śląsk, ponieważ chciał się usamodzielnić i znaleźć pracę. W tej biografii nie ma niczego z romantycznej epopei. Jest zwyczajna decyzja chłopaka z prowincji, który pojechał tam, gdzie mógł zarobić na własne życie. Dopiero kula wystrzelona 16 grudnia sprawiła, że jego nazwisko weszło do historii. To szczególnie okrutny sposób zdobywania nieśmiertelności.
Załoga kopalni nie była wielką rodziną w sentymentalnym znaczeniu tego słowa. Górnicy kłócili się, rywalizowali, przeklinali na siebie i zapewne nie wszyscy się lubili. Pod ziemią obowiązywała jednak zasada, której nie dało się zastąpić żadnym regulaminem: od człowieka pracującego obok mogło zależeć życie. Nie można było przez dłuższy czas udawać odwagi, fachowości ani odpowiedzialności, ponieważ pierwszy poważny błąd sprawdzał wszystkie deklaracje. W takich warunkach rodziła się solidarność pozbawiona patosu. Kamrat nie musiał być przyjacielem, ale nie wolno go było zostawić.
Władza dobrze rozumiała siłę tej więzi i dlatego próbowała rozsadzać ją od środka. W kopalniach działała agentura Służby Bezpieczeństwa, a rozmowa prowadzona przy stole, w szatni albo podczas zebrania mogła następnego dnia trafić do funkcjonariusza. Donos nie stanowił przypadkowego wynaturzenia systemu, lecz jeden z jego podstawowych mechanizmów. Państwo, które na sztandarach wypisywało zaufanie do klasy robotniczej, po cichu zakładało jej podsłuch. Komunistyczna władza bała się nie tylko ulotek, demonstracji i strajków. Bała się również zwyczajnej lojalności ludzi wobec siebie.
W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku milicjanci i zomowcy wtargnęli do mieszkania Jana Ludwiczaka, przewodniczącego zakładowej Solidarności. Zatrzymanie odbyło się brutalnie, w obecności innych górników, którzy próbowali go bronić. Jest w tej historii paradoks, bez którego nie da się zrozumieć późniejszego strajku: część załogi była z Ludwiczaka niezadowolona, a górnicy zamierzali odwołać go z funkcji przewodniczącego. Nie zdążyli, ponieważ uprzedził ich stan wojenny. Równocześnie w całej Polsce wyłączano telefony, zajmowano siedziby związkowe i wyciągano ludzi z mieszkań. Generałowie nazywali to ratowaniem państwa. Z perspektywy człowieka budzonego nocą przez uderzenia w drzwi wyglądało to jednak dokładnie tak, jak wygląda każda dyktatura, kiedy przestaje udawać, że posiada społeczne poparcie.
W kopalni wiadomość o zatrzymaniu Ludwiczaka wywołała gniew. Nie dlatego, że nagle zniknęły wszystkie zastrzeżenia wobec przewodniczącego, ale dlatego, że władza odebrała załodze prawo do rozstrzygnięcia własnego sporu. Górnicy mogli chcieć Ludwiczaka odwołać, lecz to oni go wybrali i tylko oni mieli prawo pozbawić go funkcji. Milicja, która wyłamała drzwi jego mieszkania i wyprowadziła go nocą, przemieniła krytykowanego działacza w symbol wspólnej godności. Stan wojenny nie uratował więc Ludwiczaka przed odwołaniem. Sprawił, że ludzie gotowi głosować przeciwko niemu rozpoczęli strajk w jego obronie.
Górnicy nie domagali się podwyżki, dodatkowych przydziałów ani lepiej zaopatrzonego sklepu. Żądali uwolnienia swojego przewodniczącego oraz innych internowanych, odwołania stanu wojennego i przestrzegania porozumień zawartych przez władzę z Solidarnością. Nie chodziło już tylko o Ludwiczaka jako osobę, ale o zasadę: sami wybraliśmy swojego przedstawiciela, sami możemy go odwołać i wy nie będziecie wyprowadzać go nocą w kajdankach. Właśnie dlatego spór personalny stał się buntem przeciwko całemu systemowi.
Na tym polegał prawdziwy skandal Wujka. Państwo komunistyczne rościło sobie prawo do decydowania, kto może reprezentować robotników, kiedy wolno im protestować i jakich słów mogą używać, opisując własne położenie. Górnicy odpowiedzieli, że istnieje granica, za którą kończy się posłuszeństwo. Władza mogła kontrolować wydobycie, płace, dostawy i przydziały mieszkań, ale nie miała prawa rozporządzać godnością człowieka. Dla systemu opartego na założeniu, że partia zawsze wie lepiej, podobna odpowiedź była groźniejsza od niejednej barykady.
Górnicy z Wujka nie stanowili pobożnego bractwa maszerującego codziennie od ołtarza do szybu. Wielu z nich odnosiło się do Kościoła z dystansem, część zapewne pojawiała się w nim jedynie przy okazji chrztu, ślubu albo pogrzebu. W czasie strajku do kopalni przyszedł jednak ksiądz Henryk Bolczyk. Odprawiał msze w łaźni łańcuszkowej, spowiadał, rozmawiał z górnikami i próbował opanować narastający strach. Kiedy dotarły wiadomości o pacyfikowaniu kolejnych zakładów, wspólnie odmawiano różaniec, a ludzie prosili księdza o błogosławieństwo i absolucję generalną. Liturgia odbywała się pośród ubrań podciągniętych pod strop, zapachu pracy i napięcia ludzi oczekujących szturmu. Nie było gotyckich sklepień, lecz wspólnota zgromadzona w miejscu, z którego na co dzień schodziło się pod ziemię.
Obecność księdza nie miała jedynie oswoić lęku ani zapewnić strajkowi religijnej oprawy. Bolczyk przypominał, że obrona ma granice, a gniew nie może przemienić się w ślepą zemstę. Nie nakłaniał górników do kapitulacji, lecz próbował nie dopuścić, aby stali się podobni do ludzi wysłanych przeciwko nim. W tym sensie nie był kapelanem przygotowującym załogę do bitwy, ale strażnikiem granicy pomiędzy oporem a odwetem. Wiedział, że człowiekowi otoczonemu przez czołgi łatwo powiedzieć, aby zachował spokój, lecz znacznie trudniej pozostać przy nim wtedy, gdy naprawdę zaczynają nacierać.
Wieści o pacyfikowaniu innych zakładów docierały do Wujka szybko. Górnicy budowali barykady, organizowali patrole i przygotowywali się do obrony kopalni. W kuźni powstawały pręty, dzidy i inne prowizoryczne narzędzia. Przygotowano również butelki zapalające, ale ostatecznie ich nie użyto. Nie była to decyzja oczywista, ponieważ po drugiej stronie ogrodzenia stały oddziały wyposażone w ciężki sprzęt, a czołgi miały za chwilę ruszyć na kopalnię.
Można dyskutować, jak wielkie znaczenie miały perswazje księdza Bolczyka, jak wielkie trzeźwość przywódców strajku, a jak wielkie świadomość, że użycie ognia wywoła jeszcze brutalniejszą odpowiedź. Istota rzeczy pozostaje niezmienna: górnicy bronili zakładu, ale nie chcieli zamienić go w miejsce bezładnego odwetu. Nie ma potrzeby przedstawiać ich jako bezbronnych świętych, którzy zamierzali odpowiadać na czołgi wyłącznie śpiewem. Byli wściekli, przestraszeni i zdecydowani stawiać opór, lecz nawet w tej sytuacji próbowali wyznaczyć sobie granicę. Butelki zapalające pozostały niewykorzystane, natomiast broń palna po drugiej stronie ogrodzenia nie pozostała. Ta różnica mówi o Wujku więcej niż niejeden rocznicowy referat.
Rodziny oraz mieszkańcy Brynowa przynosili do kopalni pieczywo, wędliny, papierosy i herbatę. Wokół zakładu powstała wspólnota większa niż sama strajkująca załoga. Ludzie nie musieli znać szczegółów sytuacji politycznej, aby rozumieć, że wewnątrz zostali ich mężowie, ojcowie, synowie i sąsiedzi. Władza musiała więc rozbić nie tylko strajk, lecz również więź łączącą kopalnię z dzielnicą. Najpierw oczyszczono teren przed zakładem, rozpędzając zgromadzonych wodą, gazem i pałkami. Dopiero potem przystąpiono do właściwego szturmu.
16 grudnia Wujek został otoczony przez siły, które wystarczyłyby do przeprowadzenia niewielkiej operacji wojskowej. Skierowano tam 1471 funkcjonariuszy milicji i ZOMO oraz 760 żołnierzy. Mieli do dyspozycji 22 czołgi i 44 wozy bojowe. Te liczby pokazują skalę państwowego strachu przed ludźmi uzbrojonymi przede wszystkim w kopalniane narzędzia. Władza, która oficjalnie panowała nad całym krajem, potrzebowała małej armii, aby wejść na teren jednego zakładu pracy.
Przed rozpoczęciem szturmu górników wezwano do rozejścia się. Odpowiedzieli odśpiewaniem hymnu. Później ruszyły armatki wodne, wyrzutnie gazu i oddziały milicji. Czołg staranował ogrodzenie oraz część zabudowań, tworząc wyłom, przez który funkcjonariusze weszli na teren kopalni. Zomowcy spodziewali się prawdopodobnie, że widok ciężkiego sprzętu wystarczy, aby załoga uciekła. Zamiast tego natrafili na opór ludzi, którzy znali każdy fragment zakładu i wiedzieli, że cofnięcie się oznacza zgodę na wszystko, co wydarzyło się od nocy 13 grudnia.
Rozpoczęła się gwałtowna walka. W stronę milicjantów leciały kamienie, śruby, kawałki metalu i inne przedmioty znajdujące się pod ręką. Górnicy używali prętów oraz narzędzi, a część zomowców została poturbowana. Nie była to inscenizacja męczeństwa, lecz prawdziwe starcie, w którym ludzie po obu stronach odczuwali strach i gniew. Nie zmienia to jednak podstawowego faktu: państwo wysłało uzbrojone oddziały przeciw strajkującym pracownikom, a następnie uznało ich opór za usprawiedliwienie dla użycia śmiercionośnej siły.
W filmie Kazimierza Kutza „Śmierć jak kromka chleba” walka wręcz została zagęszczona, rozbudowana i podporządkowana dramaturgii obrazu. Kino potrzebuje wyrazistych scen, bohaterów znajdujących się w centrum wydarzeń i starcia, które widz może objąć wzrokiem. Pamięć historyczna nie powinna jednak bezkrytycznie przejmować filmowej scenografii. Nie wszystkie pokazane na ekranie wydarzenia przebiegały dokładnie tak, jak w rzeczywistości. Tragedia Wujka nie potrzebuje dopisanej bitwy ani poprawiania faktów, aby pozostać zbrodnią.
Kiedy regularne oddziały nie potrafiły przełamać oporu, do akcji wszedł pluton specjalny ZOMO dowodzony przez Romualda Cieślaka. Jego funkcjonariusze mieli pistolety maszynowe i ostrą amunicję. Padły strzały, a górnicy początkowo nie byli nawet pewni, czy użyto prawdziwych nabojów. Dopiero widok przewracających się kolegów i krwi uświadomił im, że państwo przekroczyło ostateczną granicę. To, co miało być pacyfikacją zakładu, stało się masakrą.
Sześciu górników zginęło na miejscu, trzech kolejnych zmarło później w szpitalach. Śmierć ponieśli Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Joachim Gnida, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Jan Stawisiński, Zbigniew Wilk i Zenon Zając. Najstarszy miał czterdzieści osiem lat, najmłodszy dziewiętnaście. Kolejnych dwudziestu trzech górników zostało postrzelonych. Za każdym z tych nazwisk kryło się życie, które jeszcze rano miało własne plany, obowiązki i ludzi czekających na powrót do domu.
Rannych przenoszono do kopalnianego punktu opatrunkowego, a ciała zabitych złożono w Stacji Ratownictwa Górniczego. Miejsce przeznaczone do ratowania ludzi po katastrofach pod ziemią zostało zamienione w kostnicę dla ofiar państwa działającego na powierzchni. Lekarze próbowali ratować postrzelonych, podczas gdy służby zaczynały już budować wersję wydarzeń potrzebną władzy. Karetki zatrzymywano, ich załogi narażano na przemoc, a teren kopalni pozostawał pod kontrolą aparatu, który był jednocześnie sprawcą, świadkiem i przyszłym śledczym.
Historia Andrzeja Pełki pokazuje, jak szybko rozpoczęło się niszczenie dowodów. Dziewiętnastolatek został przewieziony do szpitala z postrzałem głowy i jeszcze żył. Podczas operacji wydobyty z rany pocisk miał wpaść do kanalizacji. W ten sposób jeden z najważniejszych materialnych dowodów zniknął w okolicznościach, które nawet przy największej dobrej woli trudno uznać za zwyczajne roztargnienie. Państwo nie zdążyło jeszcze pochować ofiar, a już gubiło kule.
Strajk został zakończony. Górnicy wiedzieli, że dalszy opór oznacza kolejne ofiary, a władza pokazała, że jest gotowa strzelać. Jeszcze tego samego dnia przynieśli misyjny krzyż do pomieszczenia, w którym leżały ciała zabitych, a następnie ustawili go w wyłomie zrobionym przez czołg. Był to gest prosty i niezwykle mocny: narzędzie przemocy otworzyło wyrwę w ogrodzeniu, a ludzie postawili w niej znak pamięci. Państwo zdobyło kopalnię, ale nie zdołało narzucić pełnego znaczenia temu, co się wydarzyło.
Słowo „pacyfikacja” brzmi niemal technicznie. Sugeruje przywrócenie spokoju, operację porządkową i trudną konieczność. Na Wujku spokój przywracano czołgami, transporterami, gazem, pałkami oraz ostrą amunicją. Język państwa zrobił więc to, co robił przez cały okres komunizmu: najpierw ukrył przemoc w urzędowym rzeczowniku, a później kazał ofiarom tłumaczyć się z tego, że próbowały stawiać opór. Masakrę nazwano pacyfikacją, napastników funkcjonariuszami porządku, a strajkujących sprawcami zajść.
Czy strzelanie było świadomym działaniem, czy wypadkiem przy pracy aparatu przemocy? Tak postawione pytanie fałszuje problem. Nawet jeżeli nie można przypisać konkretnej kuli konkretnemu funkcjonariuszowi, pluton działał wspólnie, z bronią gotową do użycia, podczas operacji zaplanowanej przez państwo. Zbrodnia nie przestaje być zbrodnią dlatego, że odpowiedzialność rozłożono na wiele mundurów, rozkazów i szczebli dowodzenia. Właśnie temu służy rozbudowany aparat przemocy: każdy wykonuje jedynie fragment zadania, dlatego na końcu wszyscy próbują przekonywać, że nikt nie odpowiada za całość.
Spór o Wujek prowadzi nieuchronnie do generała Wojciecha Jaruzelskiego i pytania, czy stan wojenny był konieczny. Jego obrońcy przez dziesięciolecia odwoływali się do groźby interwencji sowieckiej oraz potrzeby uniknięcia większego rozlewu krwi. Nawet gdyby przyjąć, że sytuacja międzynarodowa była groźna, nie wynikała z tego konieczność strzelania do górników domagających się uwolnienia swojego przewodniczącego. Między lękiem przed Moskwą a kulą wystrzeloną w Katowicach istniał cały łańcuch polskich decyzji. Podejmowali je ludzie posiadający nazwiska, stopnie wojskowe i służbowe stanowiska.
Stan wojenny nie był zjawiskiem atmosferycznym, które niespodziewanie spadło na kraj. Ktoś przygotował listy internowanych, ktoś odciął telefony, ktoś wydał rozkazy, ktoś skierował oddziały do kopalni, ktoś zezwolił plutonowi specjalnemu na wejście z ostrą amunicją, a ktoś później zatwierdził wersję o obronie koniecznej. Można dyskutować o motywach Jaruzelskiego, lecz nie wolno rozmywać odpowiedzialności w mgle geopolitycznych usprawiedliwień. Państwo komunistyczne stanęło przeciw klasie robotniczej, z której rzekomo wywodziło swoją władzę. Na Wujku ta sprzeczność przestała być tematem politycznej dyskusji. Została zapisana krwią.
Najbardziej wymowna okazała się szybkość, z jaką aparat państwowy rozpoznał winnych. Nie byli nimi ludzie dowodzący operacją ani funkcjonariusze, którzy strzelali, lecz przywódcy strajku. Już 23 grudnia rozpoczęto postępowanie przeciw organizatorom protestu, a w lutym 1982 roku czterech z nich skazano na kary od trzech do czterech lat więzienia. Stanisław Płatek, sam ranny podczas pacyfikacji, otrzymał cztery lata. Śledztwo dotyczące użycia broni przez zomowców umorzono tymczasem w styczniu 1982 roku, uznając, że działali w obronie koniecznej. System najpierw strzelał do człowieka, a później oskarżał go o to, że znalazł się na drodze kuli.
Po zakończeniu strajku kopalnia wróciła do pracy. Fakt ten można uznać za dowód zwycięstwa władzy: zakład został opanowany, wydobycie wznowiono, przywódców protestu aresztowano, a oficjalny komunikat przykrył śmierć urzędowym językiem. Jest to jednak również świadectwo bezwzględności przemysłowego systemu, który potrafił przejść nad masakrą do porządku dziennego i ponownie uruchomić maszyny. Produkcja miała trwać, państwo miało wyglądać na sprawne, a żałoba pozostać prywatną sprawą rodzin. Normalność stała się najbardziej ponurą maską przemocy.
Kopalnia okazała się żywiołem, ale nie takim, jaki wyobrażała sobie władza. Czołgi mogły rozbić mur, pluton specjalny mógł złamać strajk, a sąd wojskowy mógł skazać jego przywódców. Nie udało się jednak zmusić ludzi do uznania, że zamordowani byli winni własnej śmierci. Pod krzyżem ustawionym przy Wujku pojawiały się kwiaty i znicze, choć za samo zatrzymanie się w tym miejscu można było zostać wylegitymowanym, zatrzymanym albo ukaranym. Państwo zdobyło teren kopalni, lecz przegrało walkę o pamięć tego miejsca.
Pozostawało jeszcze wymierzenie sprawiedliwości. Wydawało się, że po upadku komunizmu będzie to zadanie proste: są ofiary, są dokumenty, żyją świadkowie, znane są oddziały uczestniczące w szturmie i nazwiska dowódców. Okazało się jednak, że wolna Polska potrafi budować pomniki znacznie szybciej, niż potrafi wydawać wyroki. Bezpośrednich sprawców osądzano przez kilkanaście lat, a odpowiedzialność polityczna i dowódcza zaczęła rozpływać się pomiędzy kolejnymi procesami, ekspertyzami oraz śmiercią oskarżonych. O tym będzie trzecia część tryptyku.
Muzeum–Izba Pamięci Kopalni Wujek w Katowicach-Brynowie. Fot. Michał Bulsa, Wikimedia Commons, CC0.
Część 3. Gwiazdy nad zamkniętym szybem
Po pacyfikacji kopalni Wujek państwo komunistyczne bardzo szybko ustaliło, kto jest winny. Nie byli to dowódcy operacji, funkcjonariusze plutonu specjalnego ani ludzie, którzy skierowali przeciw robotnikom czołgi. Winni okazali się górnicy, ponieważ strajkowali, stawiali opór i nie pozwolili bez protestu zabrać swojego przewodniczącego. Stanisław Płatek, ranny podczas pacyfikacji, został skazany na cztery lata więzienia. Państwo najpierw do niego strzelało, a potem ukarało go za to, że znalazł się po niewłaściwej stronie lufy.
Proces przywódców strajku rozpoczął się w lutym 1982 roku i trwał zaledwie kilka dni. Czterech górników skazano na kary od trzech do czterech lat więzienia. Aparat sprawiedliwości działał więc nadzwyczaj sprawnie, dopóki oskarżonymi byli ludzie, do których strzelano. Śledztwo przeciwko zomowcom umorzono już w styczniu 1982 roku, uznając, że użyli broni w obronie koniecznej. W ten sposób górnik z kilofem został agresorem, a funkcjonariusz z pistoletem maszynowym — człowiekiem broniącym życia.
Nie była to jedynie kolejna porcja komunistycznego bezprawia. Państwo próbowało narzucić własne znaczenie całemu wydarzeniu. Jeżeli zomowcy działali w obronie koniecznej, to zabici musieli stać się sprawcami swojej śmierci. Jeżeli przywódcy strajku byli przestępcami, to sam protest należało uznać za zamach na legalny porządek. Kłamstwo musiało objąć wszystko: przyczynę strajku, przebieg szturmu, użycie broni i odpowiedzialność za ofiary. System nie mógł przyznać, że zabił robotników, ponieważ rzekomo istniał właśnie po to, aby robotników reprezentować.
Komunistyczna sprawiedliwość była szybka, ponieważ wyrok znano przed rozpoczęciem procesu. Sprawiedliwość wolnej Polski okazała się znacznie uczciwsza, lecz tak powolna, że dla wielu ludzi stała się kolejną odmianą krzywdy. Pierwszy proces byłych zomowców rozpoczął się dopiero w 1993 roku. Cztery lata później zapadł wyrok uniewinniający, który rodziny ofiar oraz górnicy przyjęli jak policzek. W 2001 roku podobnym rezultatem zakończył się drugi proces. Dopiero trzecie postępowanie przyniosło skazanie członków plutonu specjalnego.
W 2007 roku sąd uznał byłych zomowców za winnych. Najsurowszy wyrok otrzymał dowódca plutonu Romuald Cieślak — jedenaście lat więzienia, zmniejszone następnie w postępowaniu apelacyjnym do sześciu lat. Pozostałym skazanym wymierzono kary od trzech i pół do czterech lat. Od zbrodni minęło wówczas dwadzieścia siedem lat. Człowiek urodzony w dniu pacyfikacji zdążył dorosnąć, ukończyć studia i założyć rodzinę, zanim państwo wydało prawomocny wyrok na bezpośrednich sprawców.
Romuald Cieślak nie spędził całej kary za więziennym murem. Przez blisko trzy lata wychodził do pracy w jednym ze śląskich hospicjów, gdzie nie opiekował się bezpośrednio chorymi, lecz wykonywał drobne naprawy i prace pomocnicze. W zakładzie karnym właściwie tylko nocował. W 2012 roku wyszedł na wolność kilka tygodni przed końcem kary. Stało się to 4 grudnia, w Barbórkę — święto górników. Historia posiada niekiedy poczucie ironii tak czarne, że publicysta powinien powstrzymać się od wszelkich ozdobników.
Zdarzało się, że w drodze do hospicjum Cieślak spotykał ludzi związanych z Wujkiem, idących do pracy. Jest w tym scena, której nie powstydziłby się Szekspir: dowódca plutonu strzelającego do robotników mija po latach tych, którzy przeżyli, i zmierza do miejsca, gdzie pomaga się ludziom oczekującym na śmierć. Oni idą do kopalni, nad którą nadal stoi krzyż przypominający zabitych kolegów. On wraca wieczorem do więzienia, w którym głównie śpi, ponieważ za dnia naprawia sprzęty w hospicjum. Żaden dramaturg nie odważyłby się wymyślić podobnej symetrii, bo krytycy uznaliby ją za zbyt ostentacyjną.
Nie dochodzi jednak do finałowej rozmowy, wyznania winy ani pojednania. Nie pojawia się duch zamordowanego górnika, aby zażądać odpowiedzi, jak duch ojca Hamleta. Są tylko ludzie mijający się na śląskiej ulicy, z których każdy niesie własną wersję grudnia 1981 roku. Cieślak podczas procesów nie przyjął na siebie moralnej odpowiedzialności za śmierć dziewięciu ludzi. Górnicy nie otrzymali od niego słów zdolnych zamknąć przeszłość, choć zresztą żadne słowa nie mogłyby tego zrobić. Spotkanie trwało zapewne kilka sekund, ale mieściła się w nim cała niedoskonałość wymierzonej po latach sprawiedliwości.
Można oczywiście powiedzieć, że praca w hospicjum stanowiła element odbywania kary i resocjalizacji. Państwo prawa nie powinno mścić się na skazanym ani odbierać mu możliwości wykonywania pożytecznej pracy. Trudno jednak nie dostrzec gorzkiego kontrastu: człowiek dowodzący plutonem, który odebrał życie, wykonywał drobne naprawy w miejscu opieki nad umierającymi, a jego dawnym ofiarom pozostawało naprawianie własnego życia. Historia nie wymierzyła kary odpowiadającej rozmiarom tragedii. Ustawiła tylko sprawcę i ocalałych na tej samej drodze, pozwoliła im się minąć, a potem każde z nich posłała dalej.
Wyroki miały ogromne znaczenie, ponieważ po raz pierwszy wolna Polska jednoznacznie odrzuciła wersję o obronie koniecznej. Nie rozwiązały jednak podstawowego problemu odpowiedzialności. Nie udało się ustalić, który funkcjonariusz zastrzelił którego górnika, ponieważ pociski znikały, dokumenty fałszowano, broń podmieniano, a aparat państwowy od pierwszych godzin pracował nad zacieraniem śladów. Sąd mógł osądzić wspólne działanie plutonu, ale nie był w stanie odtworzyć całej drogi każdej kuli. Komunistyczne państwo pozostawiło po sobie nie tylko groby, lecz również starannie zorganizowaną niewiedzę.
Jeszcze słabiej wyglądało rozliczenie odpowiedzialności dowódczej i politycznej. Rozkaz użycia przemocy nie spadł z nieba, pluton specjalny nie pojawił się na Wujku z własnej inicjatywy, a czołgi nie zabłądziły w drodze na poligon. Operację przygotowali konkretni ludzie działający w określonej hierarchii. Im wyżej jednak prowadził łańcuch odpowiedzialności, tym łatwiej było go zgubić pomiędzy nieprecyzyjnym rozkazem, brakiem podpisu, złą pamięcią świadka i śmiercią kolejnego oskarżonego. Bezpośrednich wykonawców skazano, natomiast system, który ich wysłał, rozpłynął się w procedurach.
Państwo demokratyczne nie odpowiada za zbrodnię popełnioną przez poprzedni ustrój. Odpowiada jednak za jakość własnej sprawiedliwości. Nie wystarczy powiedzieć rodzinom ofiar, że teraz żyją już w wolnym kraju, skoro przez kolejne lata muszą patrzeć, jak sprawcy wychodzą z sądu uniewinnieni. Wolność nie naprawia automatycznie instytucji, nie odnajduje zagubionych pocisków i nie zmusza świadków do mówienia prawdy. Demokracja odziedziczyła po dyktaturze nie tylko archiwa i budynki, ale również ludzi, nawyki, przemilczenia oraz całe kilometry proceduralnych zasieków.
Najcięższą i dożywotnią karę poniosły rodziny zabitych. Po oficjalnych uroczystościach, przemówieniach i składaniu wieńców wracały do domów, w których brakowało syna, męża albo ojca. Państwo mogło wydać komunikat, kopalnia mogła wznowić pracę, a gazety przejść do następnego tematu. Rodzinnej codzienności nie dawało się jednak uruchomić ponownie jak zatrzymanej maszyny. Każdy proces przywracał nadzieję, ale jednocześnie zmuszał do ponownego słuchania, że nie wiadomo, kto strzelał, kto wydał rozkaz i czy w ogóle można kogokolwiek uznać za winnego.
Jan Stawisiński został postrzelony w głowę i przez ponad miesiąc umierał w szpitalu. Jego matka przyjechała z Pomorza do Katowic i zatrudniła się tam jako salowa, aby móc być przy synu. Po jego śmierci uczestniczyła w procesach zomowców. W tej jednej historii mieści się cała różnica pomiędzy czasem sądu a czasem ludzkiego cierpienia. Sąd może odroczyć rozprawę, zarządzić kolejną ekspertyzę i przez następne lata rozważać materiał dowodowy. Matka siedząca przy łóżku umierającego syna nie otrzymuje żadnego odroczenia.
Równie ponuro wyglądały losy rodziny najmłodszego zabitego, Andrzeja Pełki. Dziewiętnastolatek pochodził z niewielkiego Niedośpielina i wyjechał na Śląsk, aby znaleźć pracę oraz pomagać rodzicom wychowującym jeszcze dwóch młodszych synów. Kiedy ostatni raz opuszczał rodzinny dom, matka wybiegła za nim na podwórze i płakała, że boi się o jego życie. Andrzej uspokajał ją, że zobaczą się za dwa tygodnie, na Boże Narodzenie. Wrócił wcześniej — w trumnie.
Nawet wtedy państwo nie pozostawiło rodziny w spokoju. Komenda wojewódzka w Katowicach wysłała szyfrogram z poleceniem ustalenia terminu pogrzebu i jego „zabezpieczenia”. W urzędowym języku oznaczało to obserwację żałobników przez aparat, który kilka dni wcześniej zabił człowieka opłakiwanego teraz przez całą wieś. Na pogrzeb skierowano dwa plutony ZOMO, kompanię pułku manewrowego oraz funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Władza najwyraźniej obawiała się, że rozpacz matki, trumna dziewiętnastolatka i modlitwa mieszkańców Niedośpielina mogą zagrozić ustrojowi.
Zima dopisała do tej historii obraz, którego nie wymyśliłby żaden reżyser. Samochód wiozący ciało Andrzeja zatrzymał się przy głównej drodze, ponieważ nie mógł przedrzeć się przez zaspy. Trumnę do rodzinnego domu dowiózł sąsiad saniami zaprzężonymi w konie. Państwo wysłało przeciwko górnikom czołgi, a jednego z zabitych ostatnią drogą do matki wiozły chłopskie sanie. Za nimi podążał jednak niewidzialny kondukt bezpieki: meldunki, nazwiska, obserwacja i strach przed tym, że prywatna żałoba stanie się publicznym oskarżeniem.
W rodzinnej pamięci pozostało przekonanie, że matkę Andrzeja zaszczuto na śmierć. Tego rodzaju zdania nie mieszczą się łatwo w urzędowym dokumencie, ponieważ akt zgonu nie zawiera rubryki „przyczyna: zabity syn, strach i nękanie przez państwo”. Zaszczucie rzadko pozostawia jeden rozstrzygający dowód. Składa się z obecności obcych ludzi na pogrzebie, pytań zadawanych sąsiadom, obserwacji domu, świadomości, że każde słowo może trafić do meldunku, oraz poczucia, że władza nie tylko odebrała dziecko, ale jeszcze pilnuje sposobu, w jaki wolno po nim płakać. Nie sposób zmierzyć, ile życia odbiera człowiekowi podobna presja. Można natomiast stwierdzić, że represja nie zakończyła się wraz ze śmiercią Andrzeja ani z opuszczeniem Niedośpielina przez ostatni samochód milicyjny.
Po latach ta sama miejscowość zaczęła odzyskiwać historię, którą próbowano zamknąć w rodzinnej żałobie. Pamięć o Andrzeju podtrzymywali jego bliscy, doprowadzając do powstania obelisku, przy którym odbywają się rocznicowe uroczystości. W 2025 roku na placu przy świetlicy sołeckiej odsłonięto również wielkoformatowe malowidło przedstawiające Pełkę oraz pozostałych zabitych górników. Inicjatywę zrealizowano dzięki zaangażowaniu sołtyski Niedośpielina Anny Sikorskiej-Bączyk, Koła Gospodyń Wiejskich „Szprychy” i mieszkańców, którzy społecznie wykonali potrzebne prace. Dawniej państwo wysyłało do tej wsi zomowców, aby pilnowali pogrzebu. Dzisiaj sołtyska pilnuje, aby człowiek przywieziony tam w trumnie nie został po raz drugi pogrzebany — tym razem przez zapomnienie.
Pamięć o Wujku również nie zaczęła się od państwowego pomnika. Wyrastała z prostego drewnianego krzyża ustawionego w miejscu, gdzie czołg przebił ogrodzenie kopalni. Przez lata składano tam kwiaty, zapalano znicze i modlono się mimo obserwacji Służby Bezpieczeństwa, legitymowania oraz zatrzymań. Oficjalny pomnik odsłonięto dopiero w 1991 roku. Władza komunistyczna przegrała walkę o to miejsce wcześniej, ponieważ nie zdołała sprawić, aby ludzie uwierzyli w jej wersję wydarzeń. Krzyż postawiony przez górników okazał się trwalszy od komunikatów partyjnych i akt śledztwa umorzonego z powodu rzekomej obrony koniecznej.
Pomnik nie może jednak zastąpić sprawiedliwości, a rocznicowa akademia nie jest dowodem, że państwo wyciągnęło z historii właściwe wnioski. Najłatwiej czcić martwych bohaterów, ponieważ nie zadają niewygodnych pytań, nie organizują strajków i nie występują z żądaniami. Wystarczy złożyć wieniec, poprawić szarfę i wygłosić przemówienie o wolności. Znacznie trudniej przyjąć do wiadomości, że sens ich buntu może być skierowany także przeciwko współczesnej władzy — każdej władzy, która zaczyna uważać państwo za swoją własność.
Górnicy z Wujka nie używali wielkich słów o demokracji. Bronili jednak jej najbardziej elementarnej zasady: przekonania, że wspólnota ma prawo wybierać własnych przedstawicieli, odwoływać ich i sprzeciwiać się państwu próbującemu podejmować wszystkie decyzje za nią. Paradoks sprawy Ludwiczaka odsłania tę zasadę szczególnie wyraźnie. Górnicy zamierzali go odwołać, ale kiedy władza zabrała go nocą z mieszkania, rozpoczęli strajk w jego obronie. Nie walczyli już o człowieka, z którego część załogi była niezadowolona. Walczyli o prawo do samodzielnego decydowania, czy pozostanie ich przewodniczącym.
Demokracja zaczyna się właśnie w takim miejscu. Nie przy urnie wyborczej otwieranej raz na kilka lat i nie w telewizyjnym studiu, gdzie politycy wzajemnie oskarżają się o łamanie konstytucji. Zaczyna się w chwili, gdy zwyczajni ludzie mówią państwu, że istnieje granica jego władzy. Górnicy z Wujka wyznaczyli ją prostym stwierdzeniem: my go wybraliśmy i tylko my możemy go odwołać. Cały aparat stanu wojennego został uruchomiony po to, aby udowodnić im, że żadnej takiej granicy nie ma.
Demokracja nie jest ustrojem, który raz zdobyty działa później sam, jak dobrze nasmarowana maszyna. Jej instytucje mogą istnieć jeszcze długo po tym, gdy opuszcza je demokratyczny duch. Nadal odbywają się wybory, parlament przyjmuje ustawy, sądy wydają wyroki, a telewizja transmituje przemówienia, lecz obywatel stopniowo przyzwyczaja się, że na nic nie ma wpływu. Dyktatura rzadko rozpoczyna się od czołgów pojawiających się nocą na ulicach. Czołgi przyjeżdżają zwykle na końcu, kiedy wcześniej dostatecznie wielu ludzi uznało, że polityka ich nie dotyczy, protest niczego nie zmienia, a za spokój warto zapłacić cudzą wolnością.
Obrona demokracji nie wymaga nieustannego stania na barykadzie. Wymaga natomiast zachowania odruchu sprzeciwu, kiedy władza próbuje pozbawić człowieka prawa do własnego zdania, własnej organizacji i własnego przedstawiciela. Górnicy z Wujka nie byli zawodowymi obrońcami ustroju konstytucyjnego. Byli ludźmi, którzy mieli dość sytuacji, w której ktoś z zewnątrz rozstrzygał za nich wszystkie sprawy. Ich doświadczenie przypomina, że wolność traci się nie tylko przez wielki zamach stanu. Można ją również oddawać po kawałku, za każdym razem tłumacząc sobie, że tym razem sprawa nie jest jeszcze dostatecznie ważna.
Historia najwyraźniej nie przestrzega scenariuszy pisanych na rocznicowe akademie. Solidarność rozpadła się na partie, środowiska i wzajemnie oskarżające się obozy, a spór o przeszłość stał się jednym z narzędzi współczesnej walki politycznej. Marszałkiem Sejmu jest dziś Włodzimierz Czarzasty, polityk wywodzący się z dawnej PZPR i postkomunistycznej lewicy. Nie oznacza to powrotu komunizmu, ponieważ został wybrany przez demokratyczny parlament. Stanowi jednak jeden z tych historycznych paradoksów, które skutecznie psują prosty podział na zwycięzców i pokonanych.
Można więc zapytać, czy śmierć dziewięciu górników cokolwiek zmieniła. Komunizm nie upadł w grudniu 1981 roku. Kopalnia po latach zakończyła wydobycie, a ruch Solidarności utracił dawną jedność. Bezpośrednich sprawców osądzono dopiero po kilkudziesięciu latach, wielu ludzi odpowiedzialnych za stan wojenny uniknęło prawomocnych wyroków, a pamięć o Wujku bywa wyciągana z magazynu głównie przed kolejną rocznicą. Jeżeli ofiarę mierzyć natychmiastowym skutkiem politycznym, rachunek wydaje się ponury.
Taki rachunek jest jednak fałszywy. Dziewięciu górników nie zginęło po to, aby kopalnia wydobywała węgiel przez całą wieczność ani żeby jedna partia zachowała monopol na legendę Solidarności. Bronili prawa do wspólnej decyzji, lojalności wobec aresztowanego kolegi i przekonania, że człowiek nie jest dodatkiem do państwowej maszyny. Ich ofiary nie mierzy się rentownością szybu, wynikiem wyborów ani nazwiskiem aktualnego marszałka Sejmu. Mierzy się nią granicę, której władza nie może przekroczyć bez utraty moralnego prawa do rządzenia.
1 kwietnia 2026 roku kopalnia Wujek oficjalnie weszła w proces likwidacji. Symbolicznie przekazano jej sztandar do zakładu zajmującego się likwidacją kopalń. Nie znaczy to, że jednego dnia zgasło całe życie przemysłowe tego miejsca. Wydobycie zakończono wcześniej, a wygaszanie zakładu, zabezpieczanie infrastruktury i rozstrzyganie przyszłości terenu potrwa znacznie dłużej. W języku urzędowym rozpoczął się proces likwidacyjny. W życiu Brynowa skończyła się epoka.
Zamknięcie kopalni stawia przed Katowicami pytanie trudniejsze niż samo upamiętnienie pacyfikacji. Co zrobić z ogromnym terenem, który jest jednocześnie nieruchomością, zabytkiem przemysłowym, miejscem pracy, miejscem zbrodni i częścią tożsamości miasta? Nie można zakonserwować wszystkiego jak owada w bursztynie. Nie wolno jednak pozostawić jedynie pomnika otoczonego nowymi apartamentowcami, biurami i parkingami, które będą korzystały z prestiżu adresu, a stopniowo wymażą jego znaczenie. Przyszłość Wujka musi połączyć rozwój z ochroną autentyczności miejsca.
Śląskie Centrum Wolności i Solidarności potrzebuje przestrzeni oraz trwałych gwarancji działania. Historia pacyfikacji nie może zostać zamknięta w kilku salach pozostawionych pomiędzy inwestycjami komercyjnymi. Zwiedzający powinien nadal rozumieć związek pomiędzy kopalnią, załogą, bramą, wyłomem w murze i krzyżem. Muzeum pozbawione otoczenia zamieniłoby się w kolejną multimedialną ekspozycję, którą można przenieść do dowolnego budynku. Siła Wujka polega właśnie na tym, że historia wydarzyła się tutaj, a nie na ekranie dotykowym.
Najbardziej nieoczekiwany pomysł na przyszłość kopalni brzmi tak, jakby wymyślił go Teofil Ociepka, namalował Erwin Sówka, a następnie sfilmował Lech Majewski. W podziemiach Wujka miałoby powstać Centrum Symulacji Osadnictwa Kosmicznego i Centrum Technologii Kosmicznych. Dawne chodniki mogłyby służyć do testowania maszyn, systemów podtrzymywania życia oraz odporności ludzi na długotrwałą izolację. Środowisko kopalni — ciemne, brudne, zamknięte i trudne do pełnego kontrolowania — pod pewnymi względami lepiej przypomina warunki przyszłych baz na Księżycu albo Marsie niż sterylne laboratorium na powierzchni.
W sierpniu 2026 roku zapowiedziano utworzenie samorządowej spółki celowej przez Katowice, województwo śląskie i Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolię. Ma ona przygotować studium wykonalności projektu, a równocześnie rozpoczęto konsultacje z firmami sektora kosmicznego i instytucjami naukowymi. Pojawiła się nawet możliwość przeprowadzenia pierwszych eksperymentów jeszcze przed końcem roku. Nie oznacza to, że centrum już istnieje ani że jego powstanie jest przesądzone. Na razie są koncepcja, polityczne deklaracje i proces sprawdzania, czy efektowny pomysł wytrzyma spotkanie z kosztami, prawem, stanem infrastruktury i techniczną rzeczywistością.
Łatwo zachwycić się wizją kosmicznej bazy w dawnej kopalni i równie łatwo wyśmiać ją jako kosztowną fantazję. Jedno i drugie byłoby przedwczesne. Projekt wymaga odpowiedzi na pytania o własność terenu, bezpieczeństwo szybów, koszty ich utrzymania, partnerów naukowych, finansowanie oraz rzeczywiste zapotrzebowanie przemysłu kosmicznego. Kosmos nie może być efektownym słowem przyklejonym do zwyczajnego przedsięwzięcia deweloperskiego. Jeżeli jednak podziemna infrastruktura rzeczywiście nadaje się do prowadzenia badań niedostępnych w innych miejscach, jej zasypanie byłoby równie nierozsądne jak bezkrytyczne finansowanie każdej futurystycznej obietnicy.
Najlepszy wariant przyszłości Wujka powinien połączyć trzy funkcje: pamięć, naukę i nowe miejsca pracy. Usunięcie którejkolwiek z nich uczyni projekt kalekim. Muzeum odcięte od żywej dzielnicy skostnieje. Centrum technologiczne pozbawione pamięci będzie pasożytowało na symbolu kopalni. Zabudowa wyłącznie komercyjna oznaczałaby natomiast zwyczajną wyprzedaż miejsca, którego wartości nie da się wpisać do arkusza kalkulacyjnego. Wujek nie może pozostać martwym pomnikiem, ale nie powinien również stać się atrakcyjną nazwą osiedla mieszkaniowego.
Jest w pomyśle centrum kosmicznego symbolika tak doskonała, że aż podejrzana. Przez ponad sto lat ludzie schodzili tutaj pod ziemię, aby wydobywać paliwo nowoczesności. Teraz te same podziemia miałyby służyć przygotowaniu człowieka do opuszczenia Ziemi. Górnicy pokonywali ciemność, ciśnienie, izolację i niebezpieczeństwo za pomocą maszyn oraz wzajemnego zaufania. Przyszli mieszkańcy księżycowych baz będą potrzebowali bardzo podobnych cech, choć zamiast pyłu węglowego zagrozi im księżycowy regolit, a zamiast tąpnięcia — awaria systemu podtrzymywania życia.
Skarbnik strzegł górników pod ziemią, ale nie potrafił ochronić ich przed przemocą, która przyszła z powierzchni. Być może w przyszłości jego dawnym królestwem zawładną roboty, czujniki i ludzie przygotowujący się do podróży na inne planety. Nie byłoby w tym zdrady górniczej przeszłości, jeśli nowe centrum zachowałoby pamięć o tych, którzy pracowali tutaj wcześniej i którzy zginęli w 1981 roku. Technologia nie musi usuwać historii. Może stać się jej dalszym ciągiem, pod warunkiem że nie zostanie użyta jako błyszcząca zasłona.
Najgorsze, co można zrobić z dziewięcioma górnikami, to przykryć ich zadęciem. Nie byli figurami odlanymi z brązu ani ludźmi, którzy rano 16 grudnia wstali z zamiarem przejścia do historii. Byli zwykłymi pracownikami, którzy związali się z załogą i w pewnym momencie uznali, że nie wolno pozwolić władzy na wszystko. Ich śmierć nie zapewniła Polsce wiecznej moralnej czystości. Dała jednak świadectwo, że nawet dobrze uzbrojone państwo nie może całkowicie odebrać ludziom godności, dopóki są gotowi stanąć obok siebie.
Przy krzyżu w Brynowie codzienność nadal toczy się po obu stronach ulicy. Kopalnia weszła w stan likwidacji, muzeum chroni pamięć, samorządy przygotowują studium wykonalności, a naukowcy zastanawiają się, czy w dawnych chodnikach można testować przyszłość człowieka poza Ziemią. Być może z całego kosmicznego projektu nic nie powstanie. Być może okaże się on początkiem zupełnie nowego rozdziału w historii Śląska. Niezależnie od wyniku po Wujku powinno pozostać coś więcej niż szyb, nazwa i wieniec składany raz w roku.
Tryptyk rozpoczął się od miasta zbudowanego nad drugim światem. Później przyszła krew, którą państwo rozlało, próbując zmusić ludzi do posłuszeństwa. Na końcu pozostają gwiazdy — jeszcze odległe, niepewne i być może osiągalne tylko w wyobraźni. Droga od węgla do gwiazd nie będzie jednak miała sensu, jeśli po drodze zgubi się pamięć o cenie wolności. Człowiek może nauczyć się mieszkać na Księżycu, a mimo to pozostać politycznym niewolnikiem. Dlatego najważniejszym dziedzictwem Wujka nie jest sam szyb ani nawet plan kosmicznego laboratorium, lecz proste zdanie wypowiedziane przez ludzi, którzy nie zamierzali oddać państwu prawa do decydowania o wszystkim: są granice waszej władzy.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz