Szukaj na tym blogu

czwartek, 1 października 2026

Po co walczyć, kiedy nie można już wygrać?

 















Polscy żołnierze idą do niemieckiej niewoli po kapitulacji Żoliborza, 30 września 1944 r. Autor nieznany. Źródło: Miasto Nieujarzmione, Warszawa 1957 / Wikimedia Commons. Domena publiczna (PD-Poland).

Po upadku Czerniakowa pytanie o sens dalszej walki przestało być teoretyczne. 23 września 1944 roku nie istniała już poważna możliwość połączenia powstańczej Warszawy z wojskami stojącymi na prawym brzegu Wisły. Stare Miasto dawno upadło, Wola i Ochota znajdowały się w rękach niemieckich, Powiśle zostało utracone, a teraz kończyła się również obrona przyczółka nad rzeką. Pozostawały Śródmieście, Mokotów i Żoliborz, lecz były to odizolowane wyspy, pomiędzy którymi nie istniała normalna komunikacja wojskowa. Niemcy mieli przewagę w artylerii, broni pancernej i lotnictwie. Wielki amerykański zrzut przyszedł za późno, desant zza Wisły został rozbity, a Armia Czerwona nie rozpoczynała operacji, której celem byłoby zdobycie lewobrzeżnej Warszawy. Jeżeli przez zwycięstwo rozumieć wyzwolenie stolicy przez Armię Krajową i wystąpienie wobec Sowietów w roli gospodarza miasta, pod koniec września nie było już realnej drogi do osiągnięcia tego celu.

A jednak Powstanie trwało. I właśnie tutaj pojawia się pytanie trudniejsze od sporu o decyzję z 31 lipca. Można dyskutować, czy rozpoczynając walkę, dowództwo AK prawidłowo oceniło sytuację wojskową i polityczną. Pod koniec września nie trzeba już było przewidywać przyszłości, aby widzieć ruiny, kurczące się zapasy, przepełnione szpitale i kolejne dzielnice odpadające od powstańczego miasta. Pytanie nie brzmiało już: czy Warszawa zwycięży? Brzmiało: czy następny dzień walki daje jeszcze coś, co usprawiedliwia jego cenę?

Najprostsza odpowiedź brzmi: należało natychmiast skapitulować. Ma ona za sobą argument, którego nie wolno lekceważyć — życie ludzi. Każdy dodatkowy dzień oznaczał następnych zabitych powstańców i cywilów, kolejnych rannych oraz dalsze niszczenie miasta. Dowódca nie może traktować śmierci swoich żołnierzy jako sposobu na stworzenie pięknego zakończenia przegranej bitwy. Bohaterstwo jest kategorią moralną, ale dowodzenie pozostaje również sztuką gospodarowania ludzkim życiem. Kiedy osiągnięcie pierwotnego celu operacji staje się niemożliwe, trzeba ponownie zapytać, jaki cel ma dalsza walka. Jeżeli jedyną odpowiedzią pozostaje samo trwanie z bronią w ręku, wojna zaczyna zmieniać się w rytuał.

Tyle że kapitulacja także nie była decyzją podejmowaną w próżni. Warszawa miała za sobą rzeź Woli, zbrodnie na Ochocie, egzekucje na Starym Mieście i mordowanie rannych w zdobywanych szpitalach. Powstańcy wiedzieli, jak Niemcy potrafili traktować schwytanych żołnierzy AK oraz ludność cywilną. Pod koniec sierpnia mocarstwa zachodnie uznały Armię Krajową za część Polskich Sił Zbrojnych, ale pozostawało pytanie, czy Niemcy będą w praktyce respektować prawa kombatanckie. Złożenie broni nie oznaczało więc w świadomości walczących spokojnego przejścia do obozu jenieckiego. Doświadczenie poprzednich tygodni podpowiadało znacznie gorsze możliwości.

Dlatego czas zachowywał jeszcze wartość negocjacyjną. Niemcy również chcieli zakończenia Powstania, ponieważ walcząca Warszawa pozostawała problemem na bezpośrednim zapleczu frontu. Musieli utrzymywać w mieście siły potrzebne do likwidowania kolejnych dzielnic, podczas gdy po drugiej stronie Wisły stała Armia Czerwona. Dopóki AK zachowywała zwarte oddziały, dowództwo, broń i możliwość dalszego oporu, kapitulacja pozostawała przedmiotem rozmów, a nie tylko bezwarunkowym poddaniem się rozbitego przeciwnika. Nie znaczy to, że każdy kolejny dzień walki automatycznie poprawiał przyszłe warunki. Znaczy jedynie, że nawet strona przegrywająca nie była jeszcze całkowicie pozbawiona siły przetargowej.

Istniał również drugi argument za trwaniem: niepewność. Dzisiaj wiadomo, że wielka ofensywa sowiecka, która doprowadziła do zajęcia lewobrzeżnej Warszawy, rozpoczęła się dopiero w styczniu 1945 roku. Powstańcy tej wiedzy nie mieli. Widzieli Armię Czerwoną na Pradze, słyszeli jej artylerię, obserwowali sowieckie samoloty, a na Czerniakowie spotkali żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego, którzy rzeczywiście przeprawili się przez Wisłę. 18 września nad Warszawą pojawiło się ponad sto amerykańskich B-17. Pomoc, która przez wiele tygodni wydawała się czymś odległym, nagle przychodziła z dwóch stron. Można było przecenić jej znaczenie i błędnie ocenić możliwość dalszego sowieckiego natarcia, ale nie można było wiedzieć z całkowitą pewnością, że następnego uderzenia nie będzie.

Decyzji podejmowanych wtedy nie można więc opierać na kalendarzu napisanym później. Dla dowództwa AK każdy kolejny dzień mógł oznaczać nie tylko dalsze straty, ale również możliwość doczekania zmiany sytuacji na froncie. Gdyby wojska sowieckie rozpoczęły większe forsowanie Wisły, utrzymanie choćby części Warszawy natychmiast nabrałoby znaczenia. Dopóki istniały zwarte ośrodki oporu, pozostawała możliwość nawiązania kontaktu z nadchodzącymi wojskami. Po kapitulacji możliwości takiej już nie było. Problem polegał na tym, że z każdym dniem prawdopodobieństwo korzystnej zmiany malało, natomiast cena oczekiwania wcale nie malała.

24 września Niemcy rozpoczęli generalne natarcie na Mokotów. Piechotę wspierały artyleria, lotnictwo i broń pancerna. Padła Królikarnia, zniszczono wysuniętą placówkę przy Puławskiej 162, a powstańcy musieli skracać linię obrony. Nocna próba odzyskania utraconego terenu zakończyła się niepowodzeniem. Mokotów był coraz bardziej izolowany, brakowało broni i amunicji, a przestrzeń pozwalająca na manewr kurczyła się podobnie jak wcześniej na Czerniakowie. Niemcy stosowali metodę, która już raz przyniosła rezultat: koncentrowali przewagę na jednym powstańczym ośrodku i rozbijali go, zanim przechodzili do następnego.

Wtedy pytanie „po co walczyć?” przestawało należeć wyłącznie do Komendy Głównej. Musiał sobie na nie odpowiadać dowódca plutonu wiedzący, że ma amunicję na kilka godzin, sanitariuszka schodząca po następnego rannego i cywil siedzący od tygodni w piwnicy. Ich odpowiedzi nie musiały być takie same. Żołnierz mógł uważać, że dopóki ma broń, powinien utrzymać stanowisko. Matka z dzieckiem mogła widzieć w następnym dniu walki jedynie następną możliwość śmierci pod gruzami. Dowództwo podejmowało decyzję w imieniu jednych i drugich, chociaż to oni ponosili jej konsekwencje. Na tym polegała najbardziej okrutna część odpowiedzialności.

Był jeszcze argument polityczny, którego nie można pominąć. Powstanie od początku nie było wyłącznie operacją wojskową przeciwko Niemcom. Miało doprowadzić do wyzwolenia stolicy przez siły podporządkowane legalnym władzom Rzeczypospolitej i umożliwić wystąpienie wobec wkraczających Sowietów w roli gospodarza. Pod koniec września ten cel był już praktycznie nieosiągalny w pierwotnej postaci, ale samo istnienie walczącej Warszawy pozostawało faktem politycznym. W mieście nadal funkcjonowały struktury Polskiego Państwa Podziemnego, dowództwo Armii Krajowej i administracja cywilna. Warszawa nie była jeszcze terytorium kontrolowanym ani przez Niemców, ani przez tworzone pod sowiecką osłoną nowe władze. Każdy następny dzień przedłużał istnienie tego niezwykłego i tragicznego skrawka polskiej suwerenności.

Nie oznacza to jednak, że można było walczyć bez końca w imię symbolu. Państwo istnieje dla ludzi, a nie ludzie po to, żeby dostarczać państwu pięknych symboli. W pewnym momencie polityczną wartość dalszego oporu trzeba było zestawić z ceną płaconą przez mieszkańców. Powstanie mogło zachowywać polityczny sens tak długo, jak długo jego trwanie dawało szansę na rzeczywisty rezultat: zmianę sytuacji wojskowej, poprawę warunków zakończenia walki, ochronę statusu żołnierzy albo zachowanie zdolności negocjacyjnej. Kiedy te możliwości zanikały, pozostawała śmierć, która niczego już nie kupowała. Problem polegał na ustaleniu chwili, w której właśnie ta granica została przekroczona.

Mokotów pokazał, jak trudno było ją rozpoznać. 26 września jego dowódca, ppłk Józef Rokicki „Karol”, uznał sytuację za beznadziejną i rozpoczął ewakuację swoich oddziałów kanałami do Śródmieścia. Nie dotarł do niego rozkaz gen. Antoniego Chruściela „Montera”, nakazujący dalszą obronę. Część ludzi weszła więc do kanałów, inni pozostawali na stanowiskach, a jeszcze inni otrzymywali sprzeczne informacje. Niemcy blokowali podziemne przejścia, wrzucali do nich granaty, karbid, drut kolczasty i różne przedmioty mające uniemożliwić przejście. Około ośmiuset powstańców zdołało przedostać się do Śródmieścia, lecz dla wielu innych kanały zamieniły się w kolejną pułapkę.

Szczególnie tragiczny był los ludzi, którzy pomylili drogę i wyszli na powierzchnię na terenie zajętym przez Niemców. 26 września przy ulicy Chocimskiej rozstrzelano 98 powstańców wychodzących z kanału. Następnego dnia doszło do kolejnej zbrodni przy ulicy Dworkowej, gdzie Niemcy zabili grupę schwytanych żołnierzy AK. Jednocześnie o godzinie dwunastej 27 września Mokotów skapitulował, a broń złożyło około dwóch tysięcy powstańców. To zestawienie jest ważne. Pokazywało różnicę pomiędzy chaotycznym końcem rozbitego oddziału a formalnym zakończeniem walki, w którym przeciwnik przyjmował kapitulację zwartej jednostki.

Historia Mokotowa pokazuje również, jak łatwo po latach podzielić uczestników wydarzeń na bohaterów pragnących walczyć i realistów domagających się kapitulacji. Rokicki patrzył na własną dzielnicę i dochodził do wniosku, że dalsza obrona prowadzi do jej zniszczenia. „Monter”, patrząc na całe miasto, uważał, że Mokotów powinien trwać. Obaj podejmowali decyzje przy zerwanej łączności, niepełnej informacji i szybko zmieniającej się sytuacji. Nie istniała godzina, o której wszystkim dowódcom dostarczono wiadomość: od tej chwili dalsza walka jest bezcelowa. Klęska nie przychodziła w postaci jednego rozkazu. Wchodziła do kolejnych dzielnic razem z niemieckimi czołgami.

Po Mokotowie pozostawał jeszcze Żoliborz. 28 września Niemcy rozpoczęli tam silne natarcie, koncentrując około ośmiu tysięcy żołnierzy przeciwko niewiele ponad tysiącu obrońców. Powstańcy nadal walczyli, lecz dysproporcja sił była ogromna. 30 września dzielnica skapitulowała, a do niewoli trafiło 1490 żołnierzy AK. Tego samego dnia Śródmieście pozostawało już ostatnim wielkim obszarem kontrolowanym przez powstańców. Miasto było wyczerpane, szpitale przepełnione, zapasy kończyły się, a perspektywa pomocy z zewnątrz stawała się coraz mniej realna. To, co tydzień wcześniej można było jeszcze przedstawiać jako oczekiwanie na zmianę sytuacji, teraz coraz bardziej przypominało oczekiwanie na cud.

Równocześnie trwały już rozmowy z Niemcami. 27 września doszło do lokalnego zawieszenia broni w rejonie Dworca Pocztowego, a następnego dnia przedstawiciele Komendy Głównej AK udali się do Ożarowa na rozmowy dotyczące ludności cywilnej i ewentualnych warunków zakończenia walki. Sam fakt prowadzenia negocjacji nie oznaczał jeszcze natychmiastowej kapitulacji. Pokazywał jednak, że dowództwo AK zaczynało szukać odpowiedzi na inne pytanie niż to, które zadawano 1 sierpnia. Nie chodziło już o sposób zdobycia Warszawy. Chodziło o sposób zakończenia bitwy, której nie można było wygrać.

To właśnie tutaj pojawia się ostatni możliwy sens dalszego oporu. Przegrana bitwa nie musi zakończyć się bezwarunkowym oddaniem się w ręce przeciwnika. Jeżeli rozbite, ale nadal zorganizowane wojsko zachowuje zdolność walki, może próbować wynegocjować sposób jej zakończenia. Dla Armii Krajowej znaczenie miało uznanie jej żołnierzy za jeńców wojennych, objęcie ochroną także ludzi schwytanych wcześniej oraz zabezpieczenie ludności cywilnej przed represjami związanymi z udziałem w Powstaniu. Nie wszystko, co zapisano później w układzie kapitulacyjnym, mogło zostać rzeczywiście zagwarantowane w warunkach niemieckiej okupacji. Samo formalne uznanie praw żołnierzy AK miało jednak ogromne znaczenie dla tysięcy ludzi, którzy mieli wyjść z Warszawy z rękami podniesionymi do góry.

2 października negocjacje dobiegły końca. Układ podpisany w Ożarowie przyznawał żołnierzom AK, również tym wziętym do niewoli od początku Powstania, prawa wynikające z konwencji genewskiej dotyczącej jeńców wojennych. Ustalono, że nie będą ścigani za działalność wojskową i polityczną sprzed Powstania, a wobec ewakuowanej ludności cywilnej nie będą wyciągane konsekwencje z powodu działalności we władzach i administracji podziemnej. Oddziały miały wychodzić z miasta jako zorganizowane jednostki i następnie składać broń. Nie było to zwycięstwo. Było próbą nadania reguł klęsce, zanim klęska zamieni się w bezładną likwidację ostatnich punktów oporu.

Można oczywiście zapytać, czy takich warunków nie dałoby się uzyskać tydzień wcześniej. To pytanie jest zasadne, ale odpowiedź nie jest oczywista. Nie istnieje prosty dowód pozwalający stwierdzić, że identyczne warunki Niemcy zaakceptowaliby 23, 24 albo 25 września. Nie można również udowodnić przeciwieństwa i twierdzić, że każdy kolejny dzień walki był niezbędny do ich uzyskania. Wiadomo natomiast, że w ostatnich dniach września niemieckie dowództwo samo było zainteresowane zakończeniem Powstania, a AK pozostawała przeciwnikiem zdolnym jeszcze do zorganizowanego oporu. Negocjacje odbywały się więc pomiędzy stroną, która militarnie przegrała, a przeciwnikiem, który chciał możliwie szybko zakończyć kosztowną bitwę.

Dlatego pytanie „po co walczyć, kiedy nie można już wygrać?” nie ma jednej odpowiedzi obowiązującej przez całe Powstanie. Sens walki zmieniał się wraz z sytuacją. Na początku sierpnia chodziło o opanowanie stolicy. Później o utrzymanie dzielnic, doczekanie nadejścia frontu i uzyskanie pomocy aliantów. Po upadku Czerniakowa pierwotny cel praktycznie przestał istnieć, ale pozostawała jeszcze nadzieja na zmianę sytuacji wojskowej i możliwość wynegocjowania warunków zakończenia walki. Był to coraz węższy katalog osiągalnych celów. Nie był jednak od razu pusty.

Istnieje natomiast moment, w którym dalsza walka przestaje być dowodem niezłomności, a zaczyna oznaczać wydawanie ludzi na śmierć bez osiągalnego celu. Wielkość dowódcy nie polega wtedy na zdolności rozkazania ostatniemu żołnierzowi, aby zginął na ostatniej barykadzie. Czasem znacznie trudniej jest powiedzieć ludziom, którzy przez dwa miesiące patrzyli na śmierć swoich kolegów, że mają odłożyć broń i pójść do niewoli. Taka decyzja może wyglądać mniej efektownie niż ostatnia szarża, lecz odpowiedzialność za życie podkomendnych nie kończy się w chwili, kiedy znika możliwość zwycięstwa. Wtedy właśnie staje się najcięższa.

Warszawa walczyła więc pod koniec września nie dlatego, że nadal mogła odnieść zwycięstwo, o którym myślano 1 sierpnia. Walczyła, ponieważ przegrana bitwa nie kończy się automatycznie w chwili, gdy znika szansa jej wygrania. Pomiędzy zwycięstwem a kapitulacją pozostaje jeszcze przestrzeń, w której można czekać na zmianę sytuacji, ratować część sił, negocjować status żołnierzy i próbować ograniczyć rozmiary katastrofy. Z każdym dniem przestrzeń ta stawała się jednak mniejsza, a cena pozostawała straszliwie wysoka. Pod koniec września najważniejszym pytaniem nie było już, jak wygrać Powstanie. Chodziło o coś znacznie mniej efektownego, ale dla tysięcy ludzi ważniejszego: jak zakończyć przegraną bitwę, zanim dalsza walka przestanie ratować cokolwiek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz