Szukaj na tym blogu

sobota, 3 października 2026

Czy Bór-Komorowski powinien był skapitulować wcześniej?

 





















Gen. Tadeusz Bór-Komorowski w niemieckiej kwaterze w Ożarowie, 3 października 1944 r., po zakończeniu walk Powstania Warszawskiego. Autor nieznany. Źródło: Miasto nieujarzmione, Warszawa 1957 / Wikimedia Commons. Domena publiczna (PD-Poland).

Najłatwiej osądza się dowódcę przegranej bitwy wtedy, kiedy zna się już jej ostatni dzień. Wiemy, że Armia Czerwona nie ruszyła we wrześniu do wielkiej operacji na lewobrzeżną Warszawę. Wiemy, że desant żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego nie uratował Czerniakowa, że Mokotów skapitulował 27 września, Żoliborz trzy dni później, a w nocy z 2 na 3 października przedstawiciele Komendy Głównej Armii Krajowej podpisali układ o zaprzestaniu działań wojennych. Gen. Tadeusz Komorowski „Bór” tej wiedzy nie posiadał, kiedy podejmował wcześniejsze decyzje. Nie zwalnia go to z odpowiedzialności za życie żołnierzy i mieszkańców Warszawy. Zmusza jedynie do postawienia pytania trudniejszego niż zwykłe: dlaczego nie skapitulował wcześniej? Trzeba zapytać, kiedy dalsza walka przestała dawać rozsądną nadzieję osiągnięcia jakiegokolwiek celu.

Pierwsza poważna możliwość zakończenia walk pojawiła się znacznie wcześniej, niż zwykle pamiętamy. 7 września rozpoczęły się kontakty dotyczące ewakuacji ludności cywilnej, a 9 września przedstawiciele AK spotkali się z gen. Güntherem Rohrem. Strona polska chciała rozmawiać przede wszystkim o sprawach humanitarnych: cywilach, ciężko rannych i niemieckich jeńcach. Niemcy próbowali rozszerzyć rozmowy na kapitulację całego miasta. Był to moment szczególny. Stare Miasto już upadło, Powiśle znajdowało się w katastrofalnym położeniu, straty były ogromne, a oczekiwana pomoc z zewnątrz nie nadchodziła w skali mogącej zmienić sytuację. Gdyby historię zatrzymać właśnie wtedy, argument za zakończeniem Powstania wyglądałby bardzo mocno.

Tyle że historia nie zatrzymała się 9 września. Następnego dnia Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę przeciwko niemieckim pozycjom na Pradze. Dla dowództwa AK zmieniało to rachunek. To, na co Warszawa czekała od początku sierpnia, zaczynało dziać się po drugiej stronie Wisły. Armia Czerwona znowu ruszyła, a odgłos jej artylerii był coraz bliższy. 11 września rozmowy z Niemcami zostały przerwane, a Bór zwrócił się do marszałka Konstantego Rokossowskiego, próbując nawiązać bezpośrednią łączność i skoordynować działania. Trudno wymagać od dowódcy walczącego miasta, aby w takim momencie złożył broń tylko dlatego, że z dzisiejszej perspektywy wiadomo, iż sowieckie natarcie nie przekształci się w operację ratującą Powstanie.

14 września padła Praga. W nocy z 15 na 16 września rozpoczęła się większa przeprawa żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego na Czerniaków, a następnie podejmowano próby tworzenia przyczółków również na innych odcinkach. 18 września nad Warszawą pojawiła się wielka wyprawa amerykańskich B-17 ze zrzutami. Z punktu widzenia człowieka zamkniętego w ruinach stolicy mogło się wydawać, że po tygodniach samotnej walki wydarzenia wreszcie zaczynają układać się w oczekiwany sposób. Na prawym brzegu stały wojska sowieckie i polskie, na lewym walczyli już żołnierze przybyli zza Wisły, a nad miastem pojawili się Amerykanie. Pomoc była niewystarczająca, lecz przestała być wyłącznie obietnicą.

Kapitulacja w takim momencie wymagałaby od Bora nie tylko realizmu, lecz niemal pewności, że wszystkie te wydarzenia nie zmienią losów Powstania. Takiej pewności mieć nie mógł. Mógł natomiast oceniać prawdopodobieństwo powodzenia i cenę dalszego oczekiwania. I właśnie tutaj zaczyna się właściwy problem jego odpowiedzialności. Nie chodzi o to, czy miał prawo zachować nadzieję. Chodzi o to, jak długo wolno było płacić ludzkim życiem za nadzieję, która z każdym dniem stawała się coraz słabsza.

Upadek Czerniakowa 23 września zmienił sytuację bardziej niż wcześniejsze niepowodzenia. To właśnie tam sprawdzono w praktyce możliwość połączenia Powstania z wojskiem zza Wisły. Żołnierze 1. Armii WP rzeczywiście przeprawili się przez rzekę i rzeczywiście walczyli razem z powstańcami. Nie udało się jednak stworzyć trwałego przyczółka ani zapewnić regularnego dopływu ludzi, ciężkiej broni, amunicji i zaopatrzenia. Niemcy stopniowo ścisnęli obrońców na niewielkim obszarze, przecięli ich pozycje i zlikwidowali kolejne punkty oporu. Wisła, która przez tygodnie była symbolem nadchodzącej pomocy, stała się miejscem, w którym możliwości tej pomocy zostały poddane najbardziej brutalnej próbie.

Od tego momentu argument za dalszą walką gwałtownie słabł. Nie znikał całkowicie, ponieważ wciąż nie można było wykluczyć większego sowieckiego uderzenia. Dowódca nie może jednak budować decyzji wyłącznie na tym, czego nie można wykluczyć. Musi brać pod uwagę to, co w danej chwili wydaje się prawdopodobne. Warszawa nie otrzymywała wsparcia wskazującego na przygotowanie operacji, której celem byłoby szybkie połączenie głównych sił sowieckich z powstańcami. Kolejne dzielnice pozostawały izolowane, Niemcy mogli koncentrować przeciwko nim wojska po kolei, a możliwości uzupełniania strat przez AK właściwie nie istniały.

Właśnie okres między 23 a 27 września jest najważniejszy dla oceny decyzji Bora. Nie 2 sierpnia, kiedy nikt nie wiedział, jak potoczy się bitwa, i nie 10 września, kiedy Armia Czerwona ponownie ruszała. Po upadku Czerniakowa wiadomo było już znacznie więcej. Wiadomo było, że obecność wojsk sowieckich na Pradze nie oznacza automatycznie zdobywania lewobrzeżnej Warszawy. Wiadomo było, że desant 1. Armii WP nie stworzył trwałego połączenia z Powstaniem. Wiadomo było również, że niemiecka metoda likwidowania kolejnych odizolowanych dzielnic działa. Każdy następny dzień należało więc uzasadniać czymś więcej niż możliwością, że sytuacja może się jeszcze odmienić.

24 września Niemcy rozpoczęli generalne natarcie na Mokotów. Dzielnica była stopniowo ściskana, a jej dowódca ppłk Józef Rokicki „Karol” uznał ostatecznie, że dalsza obrona prowadzi do zniszczenia jego sił. Rozpoczęła się dramatyczna ewakuacja kanałami do Śródmieścia, zakłócona fatalną łącznością i sprzecznymi rozkazami. Część powstańców dotarła do celu, inni zabłądzili albo ponownie wyszli na Mokotowie, a grupy wychodzące na terenie kontrolowanym przez Niemców zostały w części wymordowane. 27 września obrona dzielnicy dobiegła końca i około dwóch tysięcy żołnierzy złożyło broń. Była to następna cena zapłacona za kilka dni oczekiwania, które nie przyniosły zmiany sytuacji strategicznej.

Można powiedzieć, że te trzy dodatkowe dni Mokotowa wiązały niemieckie siły. To prawda. Można również argumentować, że każde przedłużenie Powstania zmuszało Niemców do utrzymywania w Warszawie oddziałów potrzebnych gdzie indziej. Trzeba jednak zestawić tę korzyść z jej ceną. Związanie przeciwnika jest celem wojskowym wtedy, gdy służy większej operacji, osłania działania innych sił albo prowadzi do osiągnięcia konkretnego rezultatu. Jeśli żadna ofensywa nie nadchodzi, a własne oddziały są kolejno niszczone, samo zadawanie przeciwnikowi kosztów przestaje wystarczać jako uzasadnienie dalszej walki.

Po Mokotowie przyszła kolej na Żoliborz. 29 i 30 września Niemcy systematycznie zmniejszali obszar broniony przez oddziały ppłk. Mieczysława Niedzielskiego „Żywiciela”. Tego samego 29 września pod Jaktorowem została rozbita Grupa AK „Kampinos”, przez wiele tygodni stanowiąca naturalne zaplecze dla północnej części Warszawy. Nie udało się również przeprowadzić planowanej ewakuacji żoliborskich oddziałów przez Wisłę. 30 września dzielnica skapitulowała, a do niewoli trafiło 1490 żołnierzy AK. Tego samego dnia prezydent Władysław Raczkiewicz mianował Bora-Komorowskiego Naczelnym Wodzem Polskich Sił Zbrojnych. Trudno o bardziej gorzkie zestawienie: człowiek obejmował najwyższe stanowisko wojskowe w chwili, gdy jego największa bitwa była już praktycznie przegrana.

Po kapitulacji Żoliborza odpowiedź stawała się właściwie przesądzona. Pozostawało Śródmieście, ale dalsza walka nie dawała już realnej możliwości osiągnięcia pierwotnego celu Powstania. Nie można było opanować miasta, odtworzyć utraconych dzielnic ani samodzielnie połączyć się z Armią Czerwoną. Nie było również oznak przygotowania operacji sowieckiej, która w ciągu najbliższych godzin lub dni zmieniłaby sytuację. Komenda Główna AK i Delegatura Rządu uznały położenie za beznadziejne. Rozmowy z Niemcami weszły w decydującą fazę.

Czy zatem Bór spóźnił się z kapitulacją o tydzień? Tak postawione pytanie jest zbyt proste, ponieważ zakłada, że warunki uzyskane na początku października były dostępne w identycznej postaci tydzień wcześniej. Tego nie można udowodnić. Dla dowództwa AK ogromne znaczenie miało uznanie powstańców za żołnierzy i objęcie ich ochroną należną jeńcom wojennym. Ostateczny układ zapewniał takie traktowanie członkom AK i rozszerzał je również na ludzi schwytanych wcześniej. Nie była to wyłącznie kwestia honoru munduru. Wobec wcześniejszych niemieckich zbrodni od formalnego statusu tysięcy ludzi mogło zależeć ich życie.

Nie wolno jednak używać tego argumentu jako automatycznego usprawiedliwienia każdego dodatkowego dnia walki. Nie ma podstaw do twierdzenia, że śmierć ludzi pomiędzy 23 września a początkiem października była konieczną ceną uzyskania warunków kapitulacji. Równie trudno udowodnić przeciwieństwo i zapewniać, że identyczne warunki Niemcy zaakceptowaliby natychmiast po upadku Czerniakowa. Historia pozostawia tutaj obszar niepewności. Można ustalić, jakie informacje posiadało dowództwo, jakie decyzje podejmowało i jakie były ich skutki. Nie można przeprowadzić eksperymentu, w którym Bór kapituluje 24 września i obserwujemy dalszy bieg wydarzeń.

Istnieje natomiast argument, którego ciężar z każdym dniem stawał się większy: ludność cywilna. Dowództwo AK podejmowało decyzje wojskowe w mieście nadal zamieszkanym przez setki tysięcy ludzi. Każdy następny dzień oznaczał ostrzał, pożary, zawalające się domy, brak wody, pogarszającą się sytuację sanitarną, głód i nowe ofiary. Żołnierz przyjmował ryzyko śmierci wraz z decyzją o walce. Dziecko siedzące w piwnicy nie podejmowało żadnej takiej decyzji. Im mniejsze stawały się szanse osiągnięcia celu wojskowego, tym większą wagę musiało otrzymywać pytanie o cenę płaconą przez tych, którzy nie mieli wpływu na decyzję o kontynuowaniu oporu.

Z drugiej strony wcześniejsza kapitulacja nie dawała pewności bezpieczeństwa. Powstańcy mieli za sobą rzeź Woli, zbrodnie na Ochocie, mordowanie rannych i personelu szpitali oraz egzekucje dokonywane po zdobyciu kolejnych punktów oporu. Dowództwo AK negocjowało więc z przeciwnikiem, którego zapewnień nie można było przyjmować bez zastrzeżeń. Zachowanie zwartej i nadal uzbrojonej siły dawało przynajmniej możliwość prowadzenia rozmów z pozycji dowództwa regularnej organizacji wojskowej, a nie zbiorowiska rozproszonych grup czekających na likwidację. Ostatecznie oddziały wychodziły z Warszawy jako zorganizowane jednostki, składały broń, a ich żołnierze mieli być traktowani jako jeńcy wojenni. To był konkretny rezultat negocjacji, choć nie sposób dokładnie zmierzyć, ile dni dalszej walki było potrzebnych do jego uzyskania.

Bór musiał więc rozwiązać równanie, którego nie dało się policzyć. Z jednej strony stały życie cywilów, wyczerpanie żołnierzy, brak amunicji i stopniowe niszczenie miasta. Z drugiej pozostawały możliwość nadejścia pomocy, polityczne znaczenie obecności Polskiego Państwa Podziemnego w stolicy, wiązanie niemieckich sił oraz szansa wynegocjowania warunków zakończenia walki. Każdego dnia wartości po obu stronach tego rachunku się zmieniały. Argument, który 10 września mógł przemawiać za dalszą walką, 25 września miał już inną wagę. Dowodzenie polegało właśnie na rozpoznaniu momentu, w którym proporcje te zmieniły się nieodwracalnie.

Dlatego najważniejsze nie jest wskazanie jednej magicznej daty kapitulacji, lecz prześledzenie, jak kurczyły się racjonalne cele dalszego oporu. Po 10 września przerwanie rozmów z Niemcami można wyjaśnić zmianą sytuacji na froncie. Po zdobyciu Pragi i rozpoczęciu przepraw 1. Armii WP dalsza walka miała wyraźny cel wojskowy: doczekać połączenia z siłami zza Wisły. Po 18 września można było jeszcze obserwować rezultaty alianckiej pomocy i rozwój wydarzeń na przyczółkach. Po upadku Czerniakowa 23 września podstawa tego rozumowania została jednak poważnie podważona. Każdy następny dzień wymagał od dowództwa coraz mocniejszego uzasadnienia, a argumentów było coraz mniej.

Najbardziej problematyczny pozostaje więc ostatni tydzień Powstania. Właśnie wtedy kolejno upadły Czerniaków, Mokotów i Żoliborz, a nadzieja na zewnętrzną operację ratunkową stawała się coraz bardziej odległa. Dalsza walka zachowywała pewne znaczenie negocjacyjne i nadal wiązała niemieckie siły, lecz jej zdolność do zmiany strategicznego wyniku Powstania była już minimalna. Równocześnie rosła cena płacona przez żołnierzy i cywilów. To tutaj znajduje się najmocniejsza podstawa krytycznego pytania o decyzje Bora. Nie dlatego, że 24 września powinien był znać przyszłość, lecz dlatego, że dowódca ma obowiązek nieustannie porównywać osiągalny cel z ceną jego osiągnięcia.

W nocy z 2 na 3 października przedstawiciele Komendy Głównej AK podpisali układ o zaprzestaniu działań wojennych. Powstańcy otrzymywali status jeńców wojennych, a oddziały miały opuszczać Warszawę jako zorganizowane jednostki i następnie składać broń. Nie było to zwycięstwo, lecz uporządkowanie klęski. Dla tysięcy ludzi różnica między zorganizowaną kapitulacją a rozpadem obrony mogła jednak oznaczać różnicę między niewolą a śmiercią. Po sześćdziesięciu trzech dniach walki dowództwo uznało wreszcie, że dalszy opór nie daje już możliwości osiągnięcia celu odpowiadającego jego cenie.

Spór o Bora nie powinien więc sprowadzać się do dwóch wygodnych legend: dowódcy, który bezsensownie kazał Warszawie umierać, albo wodza, który w żadnym momencie nie mógł postąpić inaczej. Mógł podejmować inne decyzje i ponosi odpowiedzialność za te, które podjął. Jednocześnie każdą z nich podejmował bez znajomości następnego rozdziału historii. 10 września miał powody, żeby czekać na rozwój sowieckiego natarcia. Kilka dni później miał powody, żeby sprawdzić, czy przyczółki nad Wisłą zmienią sytuację. Po 23 września tych powodów było już coraz mniej, podczas gdy każdy następny dzień przynosił realne, a nie hipotetyczne ofiary.

Nie da się więc wskazać jednej bezspornej godziny, po której każdy kolejny wystrzał był pozbawiony sensu. Można natomiast dostrzec moment, od którego koszt dalszego oczekiwania zaczął rosnąć szybciej niż prawdopodobieństwo osiągnięcia czegokolwiek. Było to po klęsce przyczółka czerniakowskiego, kiedy oczekiwana pomoc zza Wisły została sprawdzona w praktyce i okazała się niewystarczająca. Od tej chwili Bór nie decydował już przede wszystkim o tym, jak długo Warszawa może walczyć. Coraz bardziej decydował o tym, ile jeszcze wolno zapłacić za możliwość, że wydarzy się coś, na co sam nie miał wpływu.

Dlatego pytanie, czy powinien skapitulować wcześniej, pozostaje zasadne, ale nie prowadzi do prostego wyroku. Najmocniejsze argumenty za wcześniejszym rozpoczęciem decydujących rozmów pojawiają się po 23 września, kiedy upadek Czerniakowa pokazał granice pomocy zza Wisły, a kolejne dzielnice czekała izolowana walka z przeważającymi siłami niemieckimi. Nie można dowieść, że kapitulacja kilka dni wcześniej przyniosłaby identyczne warunki i uratowała wszystkich, którzy zginęli później. Można natomiast powiedzieć, że wraz z upadkiem Czerniakowa wojskowe argumenty za dalszym oporem gwałtownie słabły, podczas gdy odpowiedzialność za każdą następną ofiarę rosła. Na tym właśnie polegał najtrudniejszy obowiązek Bora-Komorowskiego: nie tylko wiedzieć, kiedy należy walczyć, lecz także rozpoznać chwilę, kiedy odwaga dalszej walki powinna ustąpić odpowiedzialności za tych, którzy jeszcze żyli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz