Polscy funkcjonariusze przy zaporze na granicy polsko-białoruskiej, 30 czerwca 2022 roku. Fot. Krystian Maj/Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Źródło: Gov.pl/Wikimedia Commons. Licencja: CC BY 3.0 Polska.
Jesienią 2021 roku na polsko-białoruskiej granicy spotkały się dwie Polski. Pierwsza widziała funkcjonariusza stojącego w zimnie naprzeciw tłumu kierowanego przez służby Aleksandra Łukaszenki. Druga patrzyła na zmarznięte dziecko, kobietę w lesie i człowieka przepychanego między dwoma państwami jak paczka bez poprawnie wpisanego adresu. Oba obrazy były prawdziwe, ale krajowa debata szybko uznała, że trzeba wybrać jeden, a drugi zasłonić flagą, kocem termicznym albo tarczą Straży Granicznej.
Kto mówił o działaniu hybrydowym, dowiadywał się, że nie ma serca. Kto przypominał o obowiązkach humanitarnych, otrzymywał informację, że nie ma rozumu, za to prawdopodobnie utrzymuje regularny kontakt z białoruskim KGB. Po kilku dniach wiadomo już było, że w Polsce nie wolno jednocześnie bronić granicy i dostrzegać człowieka. Należało wybrać obóz, zestaw słów oraz pakiet obowiązujących emocji. Bezpieczeństwo przydzielono prawicy, współczucie lewicy, a zdrowy rozsądek najwyraźniej utknął w pasie przygranicznym bez zezwolenia na wjazd.
Ludzie z Bliskiego Wschodu nie przyjeżdżali na Białoruś dlatego, że Mińsk postanowił poprawić własną sytuację demograficzną. Reżim ułatwiał wydawanie wiz, organizował połączenia lotnicze, a następnie przewoził przybyszów w pobliże granic Polski, Litwy i Łotwy. Białoruscy funkcjonariusze wskazywali drogę, przecinali zasieki, rozdawali narzędzia i pomagali odnajdywać słabsze punkty zabezpieczeń. Gdy ktoś chciał wrócić, szybko przekonywał się, że powrotu nie przewidziano w programie wycieczki. Nie był to spontaniczny ruch migracyjny ani nagły zryw ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w lasach pod Hajnówką. Było to przedsięwzięcie państwowe przeprowadzone za pomocą osób, które wcześniej zwabiono obietnicą łatwej drogi do Unii Europejskiej.
Każdy migrant pełnił w tej grze kilka funkcji. Podczas próby sforsowania zabezpieczeń potwierdzał opowieść o chaosie i zagrożeniu. Kiedy marzł w lesie, stawał się dowodem okrucieństwa Polski. Jeżeli umierał, jego śmierć można było pokazać w białoruskiej telewizji jako skutek europejskiej hipokryzji. Człowiek był równocześnie narzędziem nacisku, żywą tarczą i bohaterem propagandowego spektaklu. Reżim najpierw sprowadzał ludzi pod zasieki i zamykał im drogę odwrotu, a później występował jako obrońca ich godności. Podpalacz zamknął ofiarę w domu, po czym zwołał konferencję prasową poświęconą opieszałości straży pożarnej.
Moskwa grała subtelniej. Rosyjskie media rozpowszechniały materiały o polskiej brutalności, oskarżały Unię Europejską o stosowanie podwójnych standardów i podsycały konflikt, lecz Kreml nie zamierzał wyglądać na organizatora całego przedsięwzięcia. Korzystniej było wystąpić w roli jedynego rozsądnego opiekuna, który potrafi uspokoić niesfornego białoruskiego sojusznika. Jeden wywoływał pożar, drugi oferował pomoc przy jego gaszeniu i oczekiwał uznania dla swojej konstruktywnej postawy. W rosyjskiej polityce strażak wyjątkowo często przyjeżdża tym samym samochodem co podpalacz.
Początkowo wydawało się, że plan zakończył się porażką. Unia Europejska nie rozpadła się, NATO przetrwało, a Aleksander Łukaszenka nie został przyjęty do europejskiego salonu jako zatroskany losem migrantów mąż stanu. Polska utrzymała kontrolę nad swoim terytorium, wzmocniła zabezpieczenia i zatrzymała większość prób nielegalnego przejścia. Można więc było ogłosić zwycięstwo, postawić płot i uznać rachunek za zamknięty. Tyle że wojna informacyjna nie przypomina bitwy o most, po której wystarczy policzyć poległych i sprawdzić, czyja flaga powiewa na drugim brzegu.
Mińsk nie musiał zdobyć ani kilometra polskiej ziemi. Znacznie więcej mógł osiągnąć, pogłębiając wewnętrzne podziały, kompromitując Polskę w oczach części zachodniej opinii publicznej i zwiększając polityczny koszt ochrony granicy. Pozostawał jeszcze cel najważniejszy: powrót białoruskiego przywódcy do międzynarodowej gry jako człowieka, z którym wcześniej czy później trzeba będzie podjąć rozmowę. Kryzys nie był zatem jednorazowym szturmem. Przypominał inwestycję o odroczonym terminie wypłaty, a pierwsze poważne dywidendy pojawiły się po kilku latach.
W kraju tymczasem funkcjonariusz musiał być albo bohaterem, albo oprawcą. Migrant stawał się bezbronną ofiarą bądź młodym mężczyzną maszerującym na podbój Europy. Aktywista występował jako święty ratujący życie lub pożyteczny pomocnik obcego reżimu. Polityk wybierał między bezpieczeństwem a człowieczeństwem, jak gdyby demokratyczna władza nie miała obowiązku chronić obu tych wartości. Zniknęło miejsce na pogląd, że granicy należy bronić, działania Mińska trzeba nazwać po imieniu, a postępowanie własnych służb poddawać prawu i kontroli. Rozsądne stanowisko miało tę zasadniczą wadę, że nie dawało się wykrzyczeć w telewizyjnym studiu w ciągu trzydziestu sekund.
Białoruska propaganda nie potrzebowała przekonać Polaków, że jej przywódca jest człowiekiem uczciwym. Byłoby to zadanie tak ambitne, że nawet państwowa telewizja w Mińsku mogłaby odmówić jego wykonania. Wystarczyło sprawić, aby każda wiadomość znad Bugu natychmiast stawała się amunicją w miejscowym sporze. Jedna strona rozpowszechniała nagrania przemocy przed ustaleniem, gdzie i kiedy powstały. Druga odpowiadała fotografiami agresywnych grup, jak gdyby każde dziecko ukrywające się w lesie osobiście uczestniczyło w szturmie na zasieki. Pytanie o prawdziwość materiału zeszło na dalszy plan. Liczyło się, komu zaszkodzi i czy nadaje się do uderzenia we właściwy obóz.
Decyzja o ograniczeniu dostępu mediów do strefy przygranicznej miała racjonalne uzasadnienie operacyjne. Kamery nie powinny pokazywać rozmieszczenia patroli, słabych punktów zabezpieczeń ani metod reagowania służb. Równocześnie zamknięcie terenu stworzyło pustkę, której nie sposób ogrodzić drutem kolczastym. Natychmiast wypełniły ją anonimowe relacje, niesprawdzone nagrania, materiały aparatu Łukaszenki, wypowiedzi aktywistów, komunikaty polityków i komentarze ludzi, którzy pogranicze znali przede wszystkim z mapy pogody. Rząd chciał uzyskać kontrolę nad przekazem. Zamiast niej wywołał podejrzenie, że za zamknięciem terenu kryje się coś, czego obywatele nie powinni zobaczyć.
Ograniczenie informacji może być niezbędne, lecz musi mieć określony zakres, czas i cel. Samo zapewnienie, że wszystko przebiega prawidłowo, ale ze względów bezpieczeństwa niczego nie wolno pokazać, wystarcza najwyżej na krótko. Powtarzane przez kolejne tygodnie zaczyna brzmieć jak urzędowa wersja polecenia: proszę nie zadawać pytań. Jeżeli służby publikują wyłącznie materiały potwierdzające ich stanowisko, nawet prawdziwe nagrania tracą część wiarygodności. Odbiorca nie wie bowiem, czego mu nie pokazano i kto zdecydował o wyborze kadru. W takich warunkach przeciwnik nie potrzebuje przekonujących dowodów. Może ograniczyć się do sugestii, że najważniejsze wydarzenia rozgrywają się poza kamerą.
Najbardziej szkodliwy okazał się jednak fałszywy wybór między ochroną terytorium a obowiązkiem ratowania życia. Rozpoznanie białoruskiej prowokacji nie usuwało cierpienia osób wykorzystanych przez reżim. Współczucie wobec nich nie wymagało natomiast udawania, że znalazły się pod polskimi zasiekami bez udziału tamtejszych służb. Można było zatrzymywać nielegalne przekroczenia, pomagać ludziom zagrożonym śmiercią, sprawdzać legalność postępowania funkcjonariuszy i jednocześnie wskazywać rzeczywistego organizatora nacisku. Wymagało to jednak utrzymania w głowie dwóch myśli naraz, co w debacie publicznej bywa traktowane jak ekstrawagancka umiejętność intelektualna.
Propagandzista czekał właśnie na uproszczenie. Gdy oficjalne komunikaty mówiły wyłącznie o młodych i agresywnych mężczyznach, pokazywał kobietę z dzieckiem. Gdy aktywiści przedstawiali wszystkich przybyszów jako spokojne rodziny poszukujące schronienia, odpowiadał filmem z ataku kamieniami na funkcjonariuszy. Każdy wybierał taki fragment rzeczywistości, który unieważniał materiał używany przez przeciwnika. W ten sposób nie powstał pełniejszy opis wydarzeń, lecz dwa odrębne filmy wyświetlane w osobnych salach. Publiczność spotykała się dopiero po seansie, aby oskarżyć drugą grupę o ślepotę, okrucieństwo lub zdradę.
Nie istniał także jeden odbiorca, do którego można było przemawiać uniwersalnym komunikatem. Mieszkaniec pogranicza widział wojsko, blokady dróg, patrole i skutki ograniczeń w codziennym życiu. Funkcjonariusz pamiętał agresję tłumu oraz zachowanie ludzi stojących po białoruskiej stronie. Wolontariusz spotykał osoby głodne, chore i przemarznięte. Widz telewizji otrzymywał kilkudziesięciosekundowy materiał zmontowany zgodnie z linią redakcji, natomiast użytkownik mediów społecznościowych oglądał głównie treści potwierdzające jego wcześniejsze przekonania. Wszyscy opowiadali o tym samym miejscu, ale żyli w odmiennych światach i nie ufali cudzym świadectwom.
Skuteczna komunikacja powinna uwzględniać te różnice bez zmieniania faktów. Mieszkańcy potrzebowali jasnej informacji o czasie i zakresie ograniczeń. Funkcjonariuszy należało chronić przed zbiorowym politycznym oskarżeniem, a równocześnie przypominać, że mundur nie zwalnia z odpowiedzialności. Organizacjom humanitarnym można było zapewnić kontrolowany dostęp do potrzebujących zamiast traktować je jak piątą kolumnę ubraną w kamizelki ratunkowe. Dziennikarze powinni otrzymywać regularne, sprawdzalne dane oraz możliwość niezależnej obserwacji wszędzie tam, gdzie nie zagrażało to działaniom operacyjnym. Żadne z tych rozwiązań nie usunęłoby konfliktu. Pozwoliłoby jednak zachować większą kontrolę nad faktami, zamiast bezskutecznie próbować zatrzymać pytania razem z migrantami.
Reżim wykorzystał ludzi, ale skorzystał również z polskiego przyzwyczajenia do zamieniania każdego problemu w proces o zdradę narodową. Zamiast wspólnie odsłonić mechanizm prowokacji, zwaśnione obozy zaczęły demaskować siebie nawzajem. Zwolennicy twardej ochrony nie chcieli przyznać, że w lasach rozgrywał się dramat humanitarny, ponieważ mogłoby to osłabić wizerunek stanowczej obrony. Ich przeciwnicy niechętnie mówili o udziale aparatu Łukaszenki, gdyż komplikowało to prostą opowieść o niewinnych ofiarach prześladowanych przez polskie służby. Każda strona widziała część rzeczywistości, a następnie uznawała pozostałą część za wrogą narrację.
Po kilku latach widać, że człowiek rządzący Białorusią osiągnął swój najważniejszy cel. Nie przebił polskich zabezpieczeń, lecz zaczął wydobywać się z izolacji, w której znalazł się po sfałszowanych wyborach, pobiciu demonstrantów i uwięzieniu przeciwników politycznych. Najpierw wytworzył problem, później zaś czekał, aż Zachód uzna, że bez rozmowy ze sprawcą nie sposób rozwiązywać kolejnych spraw. Podpalacz nie został komendantem straży pożarnej, ale otrzymał krzesło przy stole, na którym ustala się cenę gaśnic. W polityce międzynarodowej taki awans w zupełności wystarcza na początek.
Stany Zjednoczone prowadzą dziś bezpośrednie negocjacje z Mińskiem. Amerykański wysłannik John Coale spotyka się z białoruskim przywódcą i rozmawia o uwalnianiu więźniów politycznych w zamian za zdejmowanie sankcji z przedsiębiorstw, banków i najważniejszych gałęzi eksportu. Ratowanie ludzi przetrzymywanych w więzieniach ma wartość niezależnie od politycznego kontekstu i trudno potępiać dyplomatę za skuteczne uwolnienie konkretnych osób. Rezultat pozostaje jednak groteskowy. Dyktator najpierw bierze zakładników, a później sprzedaje Zachodowi ich wolność. Otrzymuje ustępstwa za częściowe cofanie represji, które sam zastosował, podczas gdy jego aparat może uzupełniać więzienia kolejnymi przeciwnikami.
Niemcy nie poszli drogą równie daleko idącej normalizacji i oficjalnie ograniczają współpracę z białoruskimi instytucjami państwowymi do minimum. Berlin przyjął jednak część prominentnych opozycjonistów uwolnionych wskutek amerykańskich rozmów, w tym Marię Kalesnikawą i Wiktara Babarykę. Europejskie stolice, choć same nie zawierają z Mińskiem podobnych umów, uczestniczą w porządkowaniu skutków transakcji prowadzonych przez Waszyngton. Człowiek rządzący Białorusią nie odzyskał jeszcze pełnej legitymizacji, ale przestał być politykiem, z którym nikt nie podejmuje kontaktu. Stał się stroną rozmów dotyczących więźniów, sankcji, zamrożonych aktywów i interesów gospodarczych. Powrót z izolacji rzadko następuje przez główne wejście. Zaczyna się zwykle od bocznych drzwi oznaczonych tabliczką „rozmowy techniczne”.
Największą cenę zapłaciła Polska. Nie utraciła terytorium ani zdolności ochrony granicy, lecz poniosła straty wizerunkowe, których nie sposób w pełni odrobić. Do międzynarodowego obiegu weszły fotografie ludzi marznących w lesie, dzieci stojących przy zasiekach oraz funkcjonariuszy blokujących drogę. Znacznie słabiej przebiły się wyjaśnienia dotyczące wiz wydawanych przez Mińsk, transportu organizowanego przez tamtejsze władze i zachowania białoruskich służb. Na najczęściej oglądanych zdjęciach nie było ani dyktatora, ani jego ludzi. Pozostawał polski mundur, polski płot i migrant próbujący przejść na polską stronę. Sprawca zniknął poza kadrem, natomiast odpowiedzialność za widoczne cierpienie przypadła państwu znajdującemu się na końcu zaplanowanej przez niego trasy.
Pierwsza fotografia niemal zawsze okazuje się silniejsza niż późniejszy raport. Można publikować dokumenty, rekonstruować szlaki przelotów i przedstawiać dowody zaangażowania służb, ale wyjaśnienia trafiają już do świata ukształtowanego przez wcześniejszy kadr. Polska zatrzymała presję migracyjną, lecz nie potrafiła narzucić międzynarodowej opinii własnej opowieści o kryzysie. Mińsk stopniowo odzyskuje możliwość prowadzenia rozmów z Zachodem, wymieniając więźniów na kolejne ustępstwa. Warszawie pozostały zabezpieczenia, ogromny rachunek i pamięć o scenach, w których wyglądała częściej na sprawcę niż na cel starannie przygotowanego ataku.
Militarnie i terytorialnie Polska zwyciężyła. W walce o znaczenie wydarzeń skuteczniejszy okazał się Łukaszenka. Po kilku latach to z nim negocjuje się warunki łagodzenia sankcji, podczas gdy Polskę nadal rozlicza się z fotografii wykonanych w przygranicznym lesie. Białoruski dyktator odzyskuje możliwość rozmowy z Zachodem, sprzedając mu po kawałku wolność ludzi, których sam uwięził. Polska nie straciła ani kilometra ziemi. Utraciła coś trudniejszego do odzyskania niż terytorium: prawo do opowiedzenia światu, kto w tym kryzysie był napastnikiem, kto narzędziem, a kto celem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz