Szukaj na tym blogu

niedziela, 4 października 2026

Radziwiłłów 1939. Piętnastu czekało na śmierć

 





















Żołnierze Wojska Polskiego podczas kampanii wrześniowej 1939 roku. Fotografia ilustracyjna. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

Droga prowadziła przez Wołyń, około czternastu kilometrów od stacji kolejowej w Radziwiłłowie. Był wrzesień 1939 roku. Polska armia przestawała tworzyć zwarty front, na drogach mieszały się rozbite oddziały, pojedynczy żołnierze, uchodźcy, wozy i samochody. Ludzie próbowali przedostać się dalej, często nie wiedząc nawet, gdzie znajdują się własne oddziały i kto kontroluje najbliższą wieś. Właśnie taką drogą szła grupa polskich żołnierzy.

Najpierw zobaczyli trzy ciała. Leżeli przy drodze – trzej polscy żołnierze, zamordowani przez Ukraińców, jak zapamiętał to Antoni Przybysz. Nie była to jeszcze najgorsza scena, jaką tego dnia mieli zobaczyć. Było to raczej pierwsze ostrzeżenie, że na tej drodze mundur Wojska Polskiego nie oznacza już ochrony, a człowiek, który odłączy się od uzbrojonej grupy, może po prostu zniknąć.

Żołnierze ruszyli dalej. Po kolejnych dwóch lub trzech kilometrach natknęli się na następną grupę, lecz tym razem ludzie jeszcze żyli. Było ich piętnastu. Byli polskimi żołnierzami, ale nie wyglądali już jak żołnierze, ponieważ zostali rozebrani z mundurów, związani i obezwładnieni. Według relacji Przybysza schwytali ich ukraińscy nacjonaliści i przygotowywali do tortur oraz zabicia. Nie znajdowali się na polu bitwy i nie byli już przeciwnikami w walce. Byli bezbronnymi jeńcami zdanymi na swoich oprawców.

Tym razem pomoc nadeszła odpowiednio wcześnie. Polscy żołnierze odbili więźniów i piętnastu związanych ludzi, którzy mogli podzielić los trzech znalezionych wcześniej przy drodze, odzyskało wolność. Nie wiadomo, ile czasu pozostało im do chwili, w której oprawcy zaczęliby ich zabijać. To, co wydarzyło się później, pokazało jednak, dlaczego uratowani mieli wszelkie powody, aby spodziewać się najgorszego.

To oni wskazali miejsce, gdzie zamordowano pięciu innych polskich żołnierzy. Wśród zabitych był kapitan Janusz Namowicz z Łunińca oraz czterech żołnierzy, których nazwisk Przybysz w swojej relacji nie wymienił. Kiedy grupa dotarła na miejsce, nie było już kogo ratować. Pozostały ciała.

Przybysz zapamiętał je jako potwornie zmasakrowane. Według jego relacji pięciu żołnierzy przed śmiercią torturowano, stopniowo odrąbując siekierami fragmenty stóp, dłoni i kończyn. Opisywał wydłubane oczy, odcięte nosy i uszy, pozrywane paznokcie oraz rozcięte brzuchy. Obok szczątków miał stać niewielki garnuszek z solą, którą posypywano rany mordowanych mężczyzn. Jeżeli jakiś przedmiot z całej tej sceny musiał utkwić człowiekowi w pamięci na zawsze, mógł to być właśnie ten mały garnuszek stojący obok tego, co pozostało z pięciu polskich żołnierzy.

Piętnastu ludzi odbitych chwilę wcześniej musiało wiedzieć, co mogło ich czekać. To właśnie oni wskazali miejsce śmierci poprzedników. Jedni byli już martwi, drudzy zostali rozebrani i związani, ale jeszcze żyli. Dzieliło ich kilka kilometrów i zapewne niewiele czasu. Jedna grupa stała się świadkiem tego, czym sama mogła się za chwilę stać.

Tak wyglądał rozpad państwa oglądany nie z gabinetów dowództwa, lecz z wołyńskiej drogi. Polski żołnierz mógł przeżyć bombardowanie, wydostać się z rozbitego oddziału i uniknąć niewoli, a później zostać schwytany przez miejscowych ludzi. Front przestawał być linią zaznaczoną na mapie. Niebezpieczeństwo mogło czekać za następnym zakrętem, w pobliskiej wsi albo kilka kilometrów od stacji kolejowej.

We wrześniu 1939 roku na Wołyniu dochodziło do napadów na rozproszonych żołnierzy Wojska Polskiego oraz wystąpień części miejscowej ludności ukraińskiej. Nie była to jeszcze rzeczywistość rzezi wołyńskiej z 1943 roku i nie można przenosić na wrzesień 1939 roku późniejszych struktur UPA. W opowieści Przybysza nie potrzeba jednak żadnej późniejszej nazwy organizacyjnej, aby zrozumieć to, co zobaczyli żołnierze. Wystarczy droga i to, co znajdowali przy niej co kilka kilometrów.

Najpierw były trzy ciała. Później piętnastu związanych ludzi, których udało się odbić, a następnie miejsce wskazane przez uratowanych i pięciu kolejnych zabitych. Wśród nich leżał kapitan Janusz Namowicz. Przybysz zapamiętał jego nazwisko, natomiast czterej pozostali żołnierze pozostali w tej historii bezimienni.

Piętnastu odbitych miało więcej szczęścia. Kiedy nadeszła pomoc, byli już pozbawieni mundurów i związani, ale jeszcze żyli. Ktoś pojawił się wystarczająco wcześnie, ktoś miał broń i ktoś zdecydował się ich odbić. Kilka kilometrów dalej było już za późno.

Najbardziej przejmujący w relacji Przybysza pozostaje dlatego nie sam opis zmasakrowanych ciał, nawet nie garnuszek z solą stojący według niego obok szczątków. Najważniejsza jest liczba piętnaście, ponieważ tylu ludzi znaleziono jeszcze po właściwej stronie granicy między życiem a śmiercią. Kilka kilometrów wcześniej leżało trzech zabitych, a kilka kilometrów dalej znajdowało się pięciu kolejnych. Ci pośrodku jeszcze oddychali i tym razem ktoś zdążył do nich dotrzeć.

Ośmiu żołnierzy znaleziono za późno. Piętnastu znaleziono jeszcze na czas, choć byli już rozebrani, związani i – według relacji Przybysza – przygotowywani na śmierć. Na wołyńskiej drodze we wrześniu 1939 roku różnica pomiędzy jednymi a drugimi nie wynosiła tygodnia ani nawet jednego dnia. Mogła mieć długość zaledwie kilku kilometrów.

Bibliografia

Przybysz Antoni, Wspomnienia z umęczonego Wołynia: 1939–1943, Wrocław: Wydawnictwo „Nortom”, 2000, 101 s., ISBN 83-85829-82-2, s. 16. Dane bibliograficzne wydania z 2000 r. potwierdzają katalog SzukamKsiążki oraz katalog Biblioteki PANS w Jarosławiu.

Polska Bibliografia Literacka, hasło: Antoni Przybysz, Wspomnienia z umęczonego Wołynia (1939–1943), 2000.

Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, zestawienie bibliograficzne dotyczące Wołynia: Antoni Przybysz, Wspomnienia z umęczonego Wołynia: 1939–1943, Wrocław: Nortom, 2000, 101 s.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz