Szukaj na tym blogu

czwartek, 1 października 2026

Mokotów. Ostatnia bitwa Powstania przed kapitulacją

 





















Powstaniec z oddziału szwoleżerów Zgrupowania „Baszta” wychodzi z kanału na rogu ul. Wilczej i Alej Ujazdowskich po kilkunastogodzinnym przejściu z Mokotowa do Śródmieścia, 27 września 1944 r. Fot. Sylwester Braun „Kris”. Wikimedia Commons.

Po upadku Czerniakowa Niemcy mogli przystąpić do następnego etapu likwidowania Powstania. Nie musieli już rozpraszać sił pomiędzy przyczółek nad Wisłą i pozostałe dzielnice. 24 września główny ciężar uderzenia spadł na Mokotów, który przez niemal dwa miesiące pozostawał jednym z największych zwartych obszarów kontrolowanych przez Armię Krajową. Dzielnica miała własne dowództwo, szpitale, zaplecze i doświadczone oddziały, przede wszystkim pułk „Baszta”. Nie była jednak twierdzą zdolną prowadzić samodzielną, długotrwałą bitwę. Po utracie Sadyby, przerwaniu normalnej łączności ze Śródmieściem i zamknięciu pierścienia wokół dzielnicy jej obrońcy znaleźli się w sytuacji, w której przestrzeń była równie ważna jak amunicja. Niemcy zamierzali im odebrać jedno i drugie.

Mokotów nie padł w jednym szturmie. Jego koniec przypominał raczej powolne zaciskanie pętli. Niemcy posiadali artylerię, broń pancerną, lotnictwo i środki burzące, przeciwko którym powstańcze barykady i przebite przejścia między budynkami dawały coraz słabszą ochronę. Powstańcy nadal potrafili zatrzymywać lokalne natarcia, urządzać kontrataki i bronić poszczególnych domów, ale nie byli już w stanie odzyskać inicjatywy. Każdy utracony kwartał oznaczał skrócenie frontu, lecz jednocześnie zmniejszał obszar, na którym mogły funkcjonować tysiące żołnierzy, rannych i cywilów. Bitwa zaczynała przypominać obronę coraz mniejszej wyspy.

24 września Niemcy uderzyli przede wszystkim od południa i zachodu. Jednym z najważniejszych punktów była Królikarnia, dominująca nad podejściami do właściwego Mokotowa. Po ciężkich walkach została utracona, podobnie jak kolejne wysunięte stanowiska. Niemieckie oddziały wdzierały się coraz głębiej pomiędzy zabudowania, wykorzystując czołgi, działa szturmowe i artylerię do niszczenia punktów oporu, zanim do akcji wchodziła piechota. Powstańcy odpowiadali ogniem broni ręcznej, butelkami zapalającymi, granatami i tym, co pozostało z broni przeciwpancernej. Mogli jeszcze zadawać straty. Nie mogli już zmienić kierunku bitwy.

W tym właśnie tkwiła zasadnicza różnica między walkami sierpniowymi a ostatnimi dniami września. W sierpniu zdobycie jednego budynku mogło otworzyć drogę do następnego, połączyć dwa odcinki albo poprawić położenie całej dzielnicy. Teraz sukces taktyczny najczęściej oznaczał utrzymanie domu przez kilka godzin dłużej. Niemcy mogli ponawiać uderzenia, sprowadzać amunicję i zastępować wyczerpane oddziały. Powstańcy zużywali zasoby, których nie mieli czym uzupełnić. Można wygrać potyczkę i jednocześnie przegrywać bitwę. Na Mokotowie pod koniec września ta różnica była widoczna niemal na każdej ulicy.

Wciąż jednak walczono. Nie dlatego, że dowódcy „Baszty” nagle uwierzyli w możliwość rozbicia Niemców, lecz dlatego, że kapitulacja nie była mechaniczną konsekwencją utraty kolejnej barykady. Dopóki istniała nadzieja na utrzymanie dzielnicy, kontakt ze Śródmieściem i zmianę sytuacji na froncie, dalsza obrona miała jeszcze racjonalne uzasadnienie. Po drugiej stronie Wisły stała Armia Czerwona, kilka dni wcześniej na Czerniakowie walczyli żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego, a nad Warszawą pojawiały się samoloty sowieckie. Z perspektywy dzisiejszej wiadomo, że wielkie sowieckie natarcie nie nastąpiło. Obrońcy Mokotowa nie dysponowali jednak kalendarzem wydarzeń następnych czterech miesięcy.

25 i 26 września sytuacja pogarszała się z godziny na godzinę. Niemcy zdobywali kolejne pozycje i spychali obrońców na coraz mniejszy teren. Obronę trzeba było organizować wśród płonących domów, gruzów i tłumów ludności cywilnej. Coraz trudniej było przenosić rannych, dostarczać amunicję i utrzymywać łączność. Na ulicach, które jeszcze kilka dni wcześniej znajdowały się na zapleczu, pojawiał się bezpośredni ogień przeciwnika. Granica między frontem a tyłami właściwie zanikała.

26 września dowodzący Mokotowem ppłk Józef Rokicki „Karol” meldował gen. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi”, że straty jego sił sięgają 70 procent, a stan psychiczny żołnierzy jest katastrofalny. Nie była to już zwykła informacja o ciężkich walkach. Dowódca dzielnicy sygnalizował, że jego oddziały zbliżają się do granicy fizycznej zdolności prowadzenia obrony. Amunicja się kończyła, teren został dramatycznie zmniejszony, część stanowisk utracono, zaś niemieckie uderzenia nie słabły. „Karol” doszedł do wniosku, że dalsze pozostawanie na Mokotowie grozi zniszczeniem jego sił. Postanowił wyprowadzić część oddziałów kanałami do Śródmieścia.

Tutaj rozpoczęła się tragedia, która była czymś więcej niż tylko nieudaną ewakuacją. Pokazała, co dzieje się z systemem dowodzenia, kiedy walcząca dzielnica zostaje odcięta, łączność działa z opóźnieniem, a decyzje podejmowane w jednym miejscu docierają do drugiego już po zmianie sytuacji. „Monter” nakazywał Mokotowowi dalszą obronę i nie zgadzał się na opuszczenie dzielnicy. Rozkazy nie docierały jednak do Rokickiego na czas. „Karol” oceniał sytuację z wnętrza kurczącego się kotła, podczas gdy dowódca Powstania musiał patrzeć na obronę całej Warszawy. Jeden widział oddziały tracące zdolność walki. Drugi widział dzielnicę, której utrata oznaczała pozostawienie Śródmieścia jako ostatniego głównego ośrodka oporu.

Nie trzeba z tej różnicy tworzyć sporu między tchórzostwem a bohaterstwem. Był to konflikt dwóch perspektyw dowodzenia. Z punktu widzenia „Montera” każdy kolejny dzień utrzymywania Mokotowa miał znaczenie dla całego Powstania. Z punktu widzenia „Karola” rozkaz dalszej obrony mógł oznaczać pozostawienie podkomendnych w miejscu, z którego za chwilę nie będzie już żadnego wyjścia. Wojna często stawia dowódcę przed wyborem między wykonaniem zadania a uratowaniem resztek własnych sił. Na Mokotowie problem dodatkowo komplikowała fatalna łączność. Rozkaz może być doskonały w chwili wysłania i bezsensowny kilka godzin później, jeżeli front w tym czasie przesunie się o kilka ulic.

Pozostawały kanały. Wcześniej uratowały tysiące ludzi ze Starego Miasta, umożliwiały łączność między odciętymi dzielnicami i stały się jednym z najbardziej niezwykłych elementów powstańczej wojny. Teraz miały ocalić Mokotów. Trasa do Śródmieścia liczyła około trzech i pół kilometra, lecz pod ziemią odległości przestawały mieć normalne znaczenie. Przejście mogło trwać kilkanaście godzin, a w skrajnych przypadkach jeszcze dłużej. Człowiek poruszał się w ciemności, często pochylony, w wodzie i ściekach, w tłumie ludzi, których nie można było swobodnie wyminąć. Nie było map widocznych na ścianach ani znaków drogowych prowadzących do bezpiecznego wyjścia. Były przewodniki, sznury, włazy, skrzyżowania podziemnych przewodów i świadomość, że pomyłka może zakończyć się wyjściem wprost przed Niemców.

A Niemcy wiedzieli już, czym dla powstańców są kanały. Próbowali blokować przejścia, wrzucali przez włazy granaty, chemikalia, worki z piaskiem i przedmioty mające zatrzymać ludzi pod ziemią. Piętrzono wodę, zamykano włazy i ostrzeliwano miejsca, w których spodziewano się wyjścia powstańców. Kanał przestał być tajnym przejściem znanym tylko jednej stronie. Stał się kolejnym polem walki, tyle że polem pozbawionym światła, przestrzeni i możliwości odwrotu.

W nocy z 26 na 27 września pod ziemię schodzili żołnierze, ranni, łączniczki i członkowie dowództwa. Rokicki wraz ze sztabem również ruszył w stronę Śródmieścia. W kanałach tworzyły się zatory, kolumny mieszały się ze sobą, informacje przekazywane z ust do ust były spóźnione albo sprzeczne. Jedni słyszeli, że droga jest wolna, inni, że została zablokowana. Niektóre grupy zawracały. Ludzie, którzy godzinami poruszali się w ciemności, tracili orientację, siły i zdolność racjonalnej oceny kierunku. To, co na mapie sztabowej wyglądało jak linia łącząca Mokotów ze Śródmieściem, pod ziemią stawało się labiryntem.

W pewnym momencie do Rokickiego dotarł wysłany przez „Montera” rozkaz powrotu i dalszej obrony Mokotowa. Część kolumny próbowała zawrócić. W ciasnym kanale oznaczało to zetknięcie dwóch mas ludzi poruszających się w przeciwnych kierunkach. Powstawał chaos, ludzie przewracali się, tratowali, gubili swoich dowódców i oddziały. „Karol” zdecydował się ostatecznie kontynuować drogę do Śródmieścia. Na powierzchni pozostali żołnierze walczyli tymczasem na obszarze ograniczonym zaledwie kilkoma ulicami.

Najbardziej tragiczny epizod nastąpił przy ulicy Dworkowej. Grupy powstańców, które nie zdołały przedostać się do Śródmieścia, wychodziły z kanałów na teren kontrolowany przez Niemców. Część ludzi była przekonana, że walki już się zakończyły albo że po wyjściu zostaną potraktowani jako jeńcy. Niemcy rozstrzelali tam około 120 osób. Byli wśród nich przede wszystkim żołnierze, którzy po wielu godzinach błądzenia pod ziemią znaleźli się ponownie na Mokotowie. Dla ludzi, którzy zeszli do kanałów, aby uniknąć zagłady dzielnicy, droga ratunku zakończyła się kilkaset metrów od miejsca, z którego próbowali uciec.

Nie wszystkich spotkał taki los. Część powstańców dotarła do Śródmieścia, inni wyszli z kanałów i zostali wzięci do niewoli. Władysław Findeisen wspominał później, że jego grupa po kilku godzinach bezskutecznego poszukiwania przejścia wyszła ponownie na powierzchnię w rejonie Mokotowa i trafiła w ręce Niemców. Spodziewali się najgorszego, tymczasem okazało się, że po kapitulacji zostali potraktowani jako jeńcy wojenni. Różnica między ich losem a losem ludzi zamordowanych przy Dworkowej pokazuje brutalny paradoks ostatnich godzin obrony. Kilka ulic, kilka godzin i miejsce wyjścia z kanału mogły decydować o życiu.

Rankiem 27 września Niemcy ponownie uderzyli. Resztki oddziałów AK broniły się w rejonie ulic Bałuckiego, Wiktorskiej i Belgijskiej. Nie było już jednak realnej możliwości odbudowania zwartej obrony dzielnicy. Część dowództwa znajdowała się w Śródmieściu, część żołnierzy w kanałach, pozostali byli przemieszani i wyczerpani. Ostatnie placówki walczyły jeszcze przez kilka godzin, ale bitwa została rozstrzygnięta wcześniej. Dowodzenie na miejscu przejął mjr Kazimierz Szternal „Zryw”. Rozpoczęto rozmowy kapitulacyjne.

I właśnie w tym miejscu powraca najtrudniejsze pytanie: czy należało skapitulować wcześniej?

Łatwo odpowiedzieć twierdząco, patrząc na to, co wydarzyło się między 24 a 27 września. Mokotów i tak został utracony. Wielu ludzi zginęło podczas ostatnich walk, inni przeżyli koszmar kanałów, a około 120 powstańców zamordowano przy Dworkowej. Ostatecznie broń trzeba było złożyć. Z tej perspektywy kilka dodatkowych dni obrony może wyglądać jak przedłużanie nieuniknionego końca. Gdyby kapitulacja nastąpiła wcześniej, część ofiar zapewne by przeżyła, a tragiczna ewakuacja kanałami nie musiałaby się wydarzyć.

Tyle że dowódca nie podejmuje decyzji, znając rezultat następnych trzech dni. 24 września Mokotów nadal istniał jako zorganizowany ośrodek oporu. Nie było pewności, że Niemcy przełamią obronę tak szybko, nie było również pewności, że sytuacja na froncie pozostanie bez zmian. Armia Czerwona znajdowała się na drugim brzegu Wisły, a doświadczenie Czerniakowa pokazało, że przeprawa wojsk polskich przez rzekę była możliwa, choć zakończyła się klęską. Kapitulacja całej dzielnicy w chwili, kiedy posiadała jeszcze zdolność walki, również wymagała uzasadnienia. Nie wystarczało wiedzieć, że sytuacja jest zła. Trzeba było uznać, że stała się beznadziejna.

Moment ten nadszedł najpóźniej 26 września. Meldunek Rokickiego o ogromnych stratach, katastrofalnym stanie psychicznym żołnierzy i zamiarze ewakuacji świadczył, że dowódca znajdujący się na miejscu uważał możliwości dalszej obrony za wyczerpane. W tym punkcie można poważnie pytać, czy próba utrzymania Mokotowa za wszelką cenę nadal służyła jakiemukolwiek osiągalnemu celowi. Utrata dzielnicy nie mogła już przesądzić o zwycięstwie lub klęsce całego Powstania, ponieważ jego wynik strategiczny był wówczas właściwie rozstrzygnięty. Ratowanie zdolnych do walki żołnierzy oraz zabezpieczenie rannych i cywilów stawało się równie ważne jak utrzymanie kolejnych ulic.

Ale z tego nie wynika jeszcze, że ewakuacja kanałami była najlepszym rozwiązaniem. Właśnie jej przebieg pokazał, jak niebezpieczna była próba wyprowadzenia dużej liczby ludzi z rozpadającego się kotła bez pewnej łączności i jednoznacznie ustalonego planu. Rozkaz opuszczenia dzielnicy zderzył się z rozkazem dalszej obrony. Oddziały schodziły pod ziemię, podczas gdy inne pozostawały na pozycjach. Dowódca Mokotowa znalazł się w Śródmieściu, kiedy jego żołnierze nadal walczyli. Z militarnego punktu widzenia był to najgorszy możliwy stan pośredni: nie przeprowadzono ani uporządkowanej ewakuacji całej załogi, ani konsekwentnej obrony do czasu formalnej kapitulacji.

27 września Mokotów złożył broń. Niemcy zapewnili powstańcom status jeńców wojennych, choć zbrodnia przy Dworkowej pokazała, ile warte potrafiły być takie gwarancje w rękach poszczególnych niemieckich formacji. Do niewoli trafiło około dwóch tysięcy żołnierzy. Dla nich kapitulacja nie była hańbą ani zaprzeczeniem poprzednich pięćdziesięciu siedmiu dni. Była uznaniem faktu, że dalszej obrony nie da się już prowadzić w sposób mający wojskowy sens.

To rozróżnienie jest ważne, ponieważ pamięć o Powstaniu zbyt łatwo zamienia kapitulację w przeciwieństwo bohaterstwa. W rzeczywistości dowódca musi umieć zarówno rozpocząć walkę, jak i ją zakończyć. Pierwsza decyzja wymaga gotowości do poniesienia ryzyka. Druga wymaga przyjęcia odpowiedzialności za to, że dalsze ofiary nie przyniosą już rezultatu. Żołnierz może walczyć do ostatniego naboju, ponieważ odpowiada przede wszystkim za wykonanie swojego zadania. Dowódca odpowiada również za to, czy ostatni nabój warto wystrzelić.

Mokotów walczył niemal dwa miesiące. Jego żołnierze przetrwali bombardowania, szturmy, utratę kolejnych pozycji i coraz większą izolację. Pod koniec września nie zabrakło im odwagi. Zabrakło przestrzeni, amunicji, łączności i możliwości osiągnięcia czegokolwiek przez dalszą obronę. Kanały, które wcześniej ratowały Powstanie, tym razem stały się symbolem jego rozpadu: jedni dotarli nimi do Śródmieścia, inni wrócili na Mokotów, część dostała się do niewoli, a część została zamordowana. Pod ziemią nie było już jednej armii wykonującej jeden plan. Byli zmęczeni ludzie próbujący znaleźć wyjście.

Dlatego ostatnich dni Mokotowa nie warto opisywać jako historii o tym, że należało walczyć dłużej albo skapitulować wcześniej. Prawdziwy dramat polegał na czymś innym. Przez kilkadziesiąt godzin nie było już dobrego rozwiązania, pozostawał jedynie wybór między rozwiązaniami złymi. Dalsza obrona oznaczała rosnące straty i prawdopodobne zniszczenie oddziałów, ewakuacja prowadziła przez kanały zamienione przez Niemców w pułapkę, a kapitulacja wymagała powierzenia życia ludzi przeciwnikowi, który przez dwa miesiące wielokrotnie mordował jeńców i rannych. Mokotów nie upadł dlatego, że jego obrońcy przestali chcieć walczyć. Upadł dlatego, że 27 września odwaga nie mogła już zastąpić tego, czego nie było: amunicji, przestrzeni, łączności i realnej nadziei na zmianę sytuacji. Wtedy złożenie broni nie było przeciwieństwem walki. Było jej ostatnim rozkazem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz