Ukraińscy uchodźcy przekraczają granicę z Polską w Medyce, 2 marca 2022 roku. Fot. Bartosz Siedlik/European Union, EC Audiovisual Service. Źródło: Komisja Europejska/Wikimedia Commons. Licencja: CC BY 4.0.
Rosyjski propagandysta pracujący nad Polską nie musi być szczególnie twórczy. Nie potrzebuje wymyślać tajnych ukraińskich planów kolonizacji Podkarpacia ani nocami podrzucać siekier pod pomniki ofiar UPA. Wystarczy, że rano przeczyta polskie portale, po południu obejrzy obrady Sejmu, a wieczorem zajrzy do mediów społecznościowych. Materiał otrzyma bezpłatnie i w ilości pozwalającej wyrobić dwie normy. Wołyń, ukraińskie zboże, pomoc socjalna, kolejki do lekarzy, rynek mieszkań i spory o wdzięczność istnieją naprawdę. Rosja nie musi rozpalać ogniska. Polacy i Ukraińcy dostarczają jej drewna, a ona jedynie sprawdza kierunek wiatru.
Po rosyjskiej agresji z 2022 roku Polska zrobiła dla Ukrainy więcej, niż wynikało z chłodnego rachunku kosztów. Otworzyła granice dla milionów ludzi, przekazała broń, stworzyła zaplecze logistyczne i przekonywała bardziej oporne państwa Zachodu, że Ukraina nie potrzebuje kolejnej porcji wyrazów solidarności, lecz amunicji. Zwykli ludzie przyjmowali uchodźców do mieszkań, organizowali transport, zbierali żywność i wysyłali leki. Przez kilka miesięcy wydarzyło się coś, co w polskiej historii należy do rzadkości: państwo, samorządy i społeczeństwo przez chwilę działały mniej więcej w tym samym kierunku.
Taki stan nie mógł trwać wiecznie. Nie dlatego, że Polacy nagle odkryli w sobie ukrytych zwolenników Kremla, lecz dlatego, że wielomilionowa migracja, ogromna pomoc wojskowa oraz otwarcie rynku zawsze wywołują koszty i konflikty. Gość przyjęty na tydzień budzi odruch solidarności. Ten sam człowiek mieszkający w kraju przez kilka lat staje się pracownikiem, najemcą, pacjentem, rodzicem dziecka uczącego się w polskiej szkole i konkurentem w kolejce do świadczenia. Patos pierwszych dni ustępuje codzienności, a codzienność ma ceny mieszkań, kolejki do lekarza i formularze w urzędzie. Przyjaźń narodów wygląda pięknie na transparentach. Znacznie gorzej radzi sobie przy okienku rejestracji do specjalisty.
Rosja właśnie na ten moment czeka. Do polskiego odbiorcy kieruje opowieść o Ukraińcach jako grupie uprzywilejowanej, niewdzięcznej i pasożytującej na gospodarzu. Pojedynczy luksusowy samochód z ukraińską rejestracją staje się w niej pełnym raportem o sytuacji wszystkich uchodźców. Przestępstwo popełnione przez jedną osobę zostaje awansowane do rangi narodowej cechy, a każda informacja o świadczeniu społecznym dowodzi, że Polak we własnym kraju znalazł się na końcu kolejki. Nie trzeba fałszować wszystkich danych. Wystarczy starannie wybierać przypadki i zestawiać je tak, aby miliony różnych ludzi wyglądały jak jedna dobrze zorganizowana grupa przybyła po cudze pieniądze.
Ukraińcom można równocześnie opowiedzieć inną historię. Polska pomoc miała być od początku interesowna, a serdeczność tylko chwilowa. Warszawa podobno czeka na sposobność podporządkowania sobie sąsiada, przejęcia jego rynku albo wystawienia rachunku za dostawy wojskowe. Każdy spór handlowy potwierdza zdradę, każda krytyczna wypowiedź polskiego polityka ujawnia ukryty imperializm, natomiast pamięć o dawnej Rzeczypospolitej zostaje przedstawiona jako dowód współczesnych roszczeń terytorialnych. Obie wersje wykluczają się niemal całkowicie. Nie szkodzi. Jedna ma wzbudzać niechęć w Polsce, druga lęk w Ukrainie, a spotkać powinny się dopiero w postaci wspólnego wniosku, że sąsiadowi nie wolno ufać.
Najbardziej wybuchowym tematem pozostaje Wołyń. Nie dlatego, że pamięć historyczna sama prowadzi do konfliktu, lecz dlatego, że przez lata próbowano ją zamknąć w gabinecie dyplomatycznym i wywiesić na drzwiach kartkę: nie przeszkadzać, trwa strategiczne partnerstwo. Taki sposób postępowania nie rozwiązuje problemu. Pozostawia go ludziom, którzy z kości zamordowanych potrafią zbudować polityczną barykadę, a każdą próbę porozumienia ogłaszają zdradą ofiar. Rodziny mają prawo domagać się ekshumacji, identyfikacji szczątków i godnego pochówku. Polska ma prawo oczekiwać, że ukraińskie władze nie będą czciły ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach. Żadnego z tych postulatów nie unieważnia rosyjska wojna.
Szkodliwa jest natomiast próba rozciągnięcia odpowiedzialności na cały współczesny naród ukraiński. Dzisiejszy mieszkaniec Lwowa czy Kijowa nie staje się wspólnikiem zbrodni tylko dlatego, że jego państwo nie potrafi uczciwie uporać się z własną polityką pamięci. Podobnie Polak domagający się prawdy nie jest automatycznie narzędziem Kremla. Rosyjska korzyść pojawia się dopiero wtedy, gdy żądanie pochowania ofiar zmienia się w wezwanie do porzucenia Ukrainy, a krytyka kultu OUN i UPA zostaje wykorzystana do dowodzenia, że rosyjskie czołgi walczą właściwie z tym samym wrogiem, z którym kiedyś walczyli Polacy. Jest to historyczne oszustwo, lecz oszustwo oparte na prawdziwej ranie. Z tego powodu działa lepiej niż najbardziej fantastyczna teoria spiskowa.
Najgorszą polską odpowiedzią byłoby dalsze przemilczanie sprawy w imię jedności. Temat usunięty z poważnej debaty nie znika, ale przenosi się do miejsc, w których nikt nie zamierza oddzielać dokumentu od plotki, sprawcy od narodu ani pamięci od zemsty. Państwo pozostawiające Wołyń radykalnym portalom zachowuje się jak lekarz, który odmawia leczenia rany, ponieważ widok krwi mógłby pogorszyć samopoczucie pacjenta. Rana zaczyna ropieć, pacjent traci cierpliwość, a w końcu pojawia się znachor z butelką nafty i zapewnieniem, że zna jedyną skuteczną terapię. Rosyjska propaganda chętnie występuje w roli takiego znachora.
Nie wolno również stosować prostszego wybiegu i nazywać prorosyjską każdej krytycznej wypowiedzi o Ukrainie. To metoda wyjątkowo wygodna dla polityków, ponieważ agentowi nie trzeba odpowiadać. Wystarczy wskazać kierunek, z którego rzekomo otrzymał instrukcję. Jeżeli rolnik protestuje przeciwko napływowi produktów, działa dla Moskwy. Jeżeli rodzina ofiary domaga się ekshumacji, pomaga Putinowi. Jeżeli samorząd pyta o koszty utrzymania rosnącej liczby mieszkańców, powtarza kremlowską narrację. Po kilku takich oskarżeniach pojęcie rosyjskiego wpływu przestaje cokolwiek wyjaśniać. Staje się pałką używaną do uciszania ludzi mających rzeczywiste problemy.
Rolnicy nie wymyślili konfliktu o ukraińskie zboże, aby sprawić przyjemność Władimirowi Putinowi. Ukraina potrzebuje eksportu, ponieważ wojna niszczy jej gospodarkę i ogranicza tradycyjne szlaki handlowe. Polska wieś potrzebuje natomiast ochrony przed gwałtowną zmianą warunków konkurencji, której koszt nie może zostać po prostu zrzucony na wybraną grupę społeczną w imię interesu całego kontynentu. Obie racje istnieją równocześnie. Kto żąda od rolnika, aby z patriotycznym uśmiechem przyjął własne straty, bardzo szybko wypchnie go w stronę ludzi oferujących prostszą odpowiedź: zamknąć granicę, zatrzymać pomoc i niech Ukraina radzi sobie sama.
Po drugiej stronie nie brakuje polityków przedstawiających każdą polską próbę ochrony rynku jako akt wrogości wobec walczącego państwa. W takiej opowieści Warszawa najpierw obiecuje przyjaźń, a później blokuje eksport, czyli pomaga Rosji. Znów ginie konkret: wielkość transportów, zasady tranzytu, różnice standardów, możliwości portów, rekompensaty i mechanizmy kontroli. Zostaje moralne oskarżenie, znacznie łatwiejsze do wygłoszenia niż trudne negocjacje. Kłótnia gospodarcza awansuje do rangi próby charakteru całego narodu, a ciężarówka ze zbożem zaczyna ważyć więcej niż czołg.
Osobnym polem są uchodźcy. Polska powinna uczciwie mówić o korzyściach i kosztach ich obecności. Ukraińcy pracują, płacą podatki, wynajmują mieszkania, zakładają przedsiębiorstwa i pomagają łagodzić problemy rynku pracy. Jednocześnie ich obecność zwiększa zapotrzebowanie na szkoły, ochronę zdrowia, transport oraz lokale mieszkalne. Nie ma powodu, aby jeden z tych dwóch obrazów przedstawiać jako jedyny prawdziwy. Człowiek może płacić podatki i równocześnie korzystać z usług publicznych. Może być potrzebnym pracownikiem, a zarazem konkurować z Polakiem o mieszkanie. Rzeczywistość bywa nieznośnie nieprzydatna dla ludzi pragnących zbudować przekaz z jednego zdania.
Polityka społeczna powinna być przejrzysta, bo każda niejasność błyskawicznie obrasta legendą. Jeżeli określone świadczenie przysługuje uchodźcom, należy pokazać podstawę, warunki, koszt i czas obowiązywania. Jeżeli przepisy się zmieniają, trzeba wyjaśnić dlaczego. Nie wystarczy powtarzać, że skala nadużyć jest niewielka, gdy odbiorca codziennie ogląda materiał o kolejnym przypadku. Zamiast moralizować, należy podawać liczby i rozliczać oszustwa dokładnie tak samo, jak czyni się to wobec obywateli polskich. Tajemniczość hoduje plotkę, a pobłażliwość wobec rzeczywistych nadużyć zmienia jednostkowy przypadek w oskarżenie całej społeczności.
Relacja polsko-ukraińska nie potrzebuje lukrowanej opowieści o narodach, które nagle zapomniały całe stulecia konfliktów i od tej chwili będą się już tylko obejmować. Taka przyjaźń jest odporna wyłącznie do pierwszego rachunku, pierwszej ciężarówki ze zbożem i pierwszego sporu o pomnik. Potrzebne jest partnerstwo mniej romantyczne, za to bardziej trwałe: oparte na wspólnym zagrożeniu, jasno nazwanych interesach oraz prawie do prowadzenia sporów bez ogłaszania zdrady. Polska nie pomaga Ukrainie z wdzięczności za Wołyń ani z zachwytu nad jej polityką historyczną. Pomaga dlatego, że rosyjskie zwycięstwo przesunęłoby zagrożenie bezpośrednio ku polskim granicom i zasadniczo pogorszyło nasze bezpieczeństwo.
Ukraina także nie powinna oczekiwać pomocy opartej na bezterminowym wzruszeniu. Emocje z pierwszych miesięcy wojny nie zastąpią polityki na lata. Wsparcie musi zostać powiązane z konkretnym interesem Polski, uczciwym podziałem kosztów oraz zdolnością rozwiązywania sporów, zanim przejmą je zawodowi producenci nienawiści. Kijów powinien rozumieć, że lekceważenie polskiej pamięci historycznej osłabia tych Polaków, którzy najkonsekwentniej wspierają Ukrainę. Warszawa z kolei musi przyjąć, że publiczne upokarzanie walczącego partnera nie prowadzi do pojednania, nawet jeśli zapewnia kilka procent poparcia w najbliższym sondażu.
Najskuteczniejsza ochrona przed rosyjskim oddziaływaniem nie polega na zakazaniu sporów. Przeciwnie, wymaga przeniesienia ich z obszaru insynuacji do zwykłej polityki. Wołyń powinien oznaczać ekshumacje, badania, groby i rozmowę o odpowiedzialności, a nie zbiorowe oskarżenie współczesnych Ukraińców. Zboże musi wrócić do tabel, limitów, kontroli i negocjacji handlowych, zamiast pełnić funkcję symbolu zdrady. Kwestie dotyczące uchodźców potrzebują jasnych zasad, danych oraz egzekwowania prawa, nie zaś konkursu między bezwarunkowym zachwytem a pogardą. Problem nazwany i poddany procedurze znacznie trudniej zamienić w mit.
Moskwa zwycięży nie wtedy, gdy Polacy pokochają Rosję. Na to nawet kremlowscy stratedzy raczej nie liczą. Wystarczy jej, że Polacy uznają Ukrainę za ciężar, Ukraińcy zobaczą w Polsce fałszywego przyjaciela, a każde nieporozumienie zostanie przedstawione jako potwierdzenie odwiecznej wrogości. Zwycięstwo nie będzie miało postaci rosyjskiej flagi nad Warszawą ani prorosyjskiej demonstracji na kijowskim Majdanie. Przyjdzie spokojniej: w postaci zmniejszającej się pomocy, rosnącej obojętności i przekonania, że cudza klęska nie jest już naszym problemem.
Polska nie musi wybierać między pamięcią o własnych ofiarach a pomocą dla napadniętego państwa. Może chronić rolników, nie życząc Ukrainie gospodarczej katastrofy, oraz wymagać jasnych zasad od uchodźców bez zamieniania ich w zbiorowego wroga. Warunkiem jest rezygnacja z dwóch wygodnych kłamstw: że między Polakami i Ukraińcami nie ma poważnych konfliktów oraz że każdy taki konflikt prowadzi nieuchronnie do wrogości. Sąsiedzi nie muszą się kochać. Powinni jedynie pamiętać, że na Wschodzie siedzi człowiek gotowy dopłacić do każdej ich kłótni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz