Szukaj na tym blogu

sobota, 17 października 2026

Wojnę wygrywa także człowiek przy tokarce












Dwudziestoletnia Beulah Faith podczas pracy przy tokarce w zakładach lotniczych Consolidated Aircraft w Fort Worth, październik 1942 r. Fot. Howard R. Hollem, Office of War Information / Library of Congress. Domena publiczna.

Przez trzy dekady zachodnie państwa budowały siły zbrojne przeznaczone do wojen, które miały być krótkie, ograniczone i prowadzone daleko od domu. Niewielkie zawodowe kontyngenty wysyłano do Afganistanu, Iraku albo na Bałkany, gdzie korzystały z ogromnej przewagi technologicznej i zaplecza, którego przeciwnik nie był w stanie skutecznie zaatakować. Magazyny można było ograniczyć, rezerwy zmniejszyć, a część przemysłu uznać za zbędny relikt zimnej wojny. W końcu nowoczesna wojna miała polegać na jakości, nie na ilości. Ilość, jak często w historii, nie została poinformowana o swoim odejściu.

Ukraina przypomniała, że intensywny konflikt zużywa ludzi, amunicję i sprzęt w tempie, którego nie da się obsłużyć prezentacją multimedialną. Pociski wystrzelone dzisiaj muszą zostać wcześniej wyprodukowane, przewiezione i zmagazynowane. Uszkodzony pojazd potrzebuje części, warsztatu oraz mechaników. Zabitych i rannych żołnierzy nie zastąpi slogan o profesjonalizacji. Nawet najlepiej wyszkolona jednostka stopniowo traci zdolność bojową, jeżeli państwo nie potrafi uzupełniać jej składu i wyposażenia.

Mobilizacja nie jest efektowna. Nie daje obrazów równie atrakcyjnych jak start samolotu albo salwa rakietowa. Składa się z ewidencji, badań, transportu, ośrodków szkoleniowych, instruktorów, mundurów i tysięcy decyzji podejmowanych przez ludzi, którzy nigdy nie znajdą się na plakacie. Bez tej administracyjnej maszynerii armia może wygrać pierwsze starcie, a następnie odkryć, że nie ma kim obsadzić kolejnych pozycji.

Podobnie jest z przemysłem obronnym. W czasie pokoju można kupować niewielkie partie niezwykle kosztownego uzbrojenia i przekonywać, że jego techniczna przewaga zrekompensuje brak liczebności. Długotrwała wojna sprawdza jednak nie tylko jakość pierwszej dostawy. Pyta, ile pocisków fabryka wyprodukuje w następnym miesiącu, czy znajdzie wykwalifikowanych pracowników, skąd weźmie materiały oraz jak szybko można naprawić zużyte lufy. Strategia schodzi wówczas z map sztabowych do hal produkcyjnych, magazynów i wagonów kolejowych.

Rosja może prowadzić wojnę na wyniszczenie między innymi dlatego, że posiada znaczną bazę przemysłową, zgromadzone zapasy i zdolność podporządkowania gospodarki potrzebom konfliktu. Ukraina zachowała zdolność walki dzięki własnej mobilizacji oraz pomocy zewnętrznej. Oba przypadki, mimo wszystkich różnic, prowadzą do tego samego wniosku: odwaga żołnierzy nie zastąpi dostaw. Państwo, które nie potrafi odtwarzać siły zbrojnej, stopniowo traci możliwość wyboru, nawet jeżeli jego oddziały walczą skutecznie.

Dla NATO jest to wiadomość szczególnie niewygodna. Sojusz przywrócił zbiorową obronę do swoich dokumentów strategicznych, ale dokument nie zatrzyma dywizji przeciwnika. Potrzebne są zapasy, infrastruktura, transport, zabezpieczone stanowiska dowodzenia oraz przemysł zdolny zwiększyć produkcję. W przeciwnym razie odstraszanie będzie przypominało wystawny szyld zawieszony nad sklepem, w którym po pierwszym tygodniu zabrakło towaru.

Polska znajduje się w sytuacji jeszcze trudniejszej. Jako państwo wschodniej flanki ma ograniczoną głębokość strategiczną i nie może założyć, że będzie spokojnie przygotowywać się do wojny już po jej rozpoczęciu. Zakupy czołgów, artylerii, samolotów i systemów obrony przeciwlotniczej są potrzebne, ale stanowią dopiero początek rachunku. Sprzęt musi posiadać amunicję, zaplecze naprawcze, wyszkolone załogi, ochronę przed rozpoznaniem oraz łączność z pozostałymi elementami sił zbrojnych. Najdroższa maszyna pozbawiona części zamiennych staje się bardzo kosztownym pomnikiem ambicji ministra, który zdążył już objąć inną funkcję.

Nie chodzi o odtworzenie armii masowej według wzorów z połowy XX wieku. Współczesny rezerwista potrzebuje więcej niż munduru, karabinu i informacji, że od tej chwili sytuacja jest poważna. Szkolenie musi uwzględniać drony, łączność cyfrową, walkę elektroniczną, maskowanie oraz działanie w małych, rozproszonych zespołach. Mobilizacja ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi do powstania rzeczywistych jednostek, a nie imponujących kolumn w arkuszu kalkulacyjnym.

Najtrudniejszym zadaniem nie będzie zakup kolejnego rodzaju uzbrojenia, lecz połączenie wszystkich składników w system zdolny przetrwać pierwszy atak i walczyć po wyczerpaniu początkowych zapasów. Obejmuje to wojsko, administrację, kolej, drogi, energetykę, zakłady produkcyjne, służbę zdrowia i współpracę z sojusznikami. Wojna o wysokiej intensywności nie jest sprawdzianem wyłącznie dla armii. Egzamin zdaje całe państwo, często z przedmiotów, które przez lata skreślało z programu jako niepraktyczne.

Politycy chętnie fotografują się na tle świeżo kupionego sprzętu. Rzadziej odwiedzają magazyn części, zakład remontowy albo linię wytwarzającą amunicję, ponieważ tam nowoczesność ma na sobie roboczy kombinezon i nie zawsze dobrze wychodzi na zdjęciach. Niestety właśnie w takich miejscach rozstrzyga się, czy efektowna armia będzie zdolna prowadzić wojnę dłużej niż trwa kampania wyborcza.

Wojnę prowadzi żołnierz. Umożliwia mu to jednak także kolejarz, mechanik, magazynier, inżynier i człowiek stojący przy tokarce. Jeżeli państwo przypomni sobie o nich dopiero po wystrzeleniu ostatniego pocisku, pozostanie mu już tylko produkcja komunikatów o niezachwianej determinacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz