Szukaj na tym blogu

czwartek, 22 października 2026

Krótka kariera sędziego Łukaszenki













Tomasz Szmydt nie musiał przedzierać się przez zasieki, przepływać Bugu ani nocą brnąć przez bagna. Polski sędzia po prostu pojechał na Białoruś, usiadł przed kamerami i poprosił reżim Alaksandra Łukaszenki o „opiekę i ochronę”. Był 6 maja 2024 roku. Człowiek, który jeszcze chwilę wcześniej wydawał wyroki w imieniu Rzeczypospolitej, rozpoczął nowe życie jako rekwizyt białoruskiej propagandy.

Widowisko zostało przygotowane zgodnie z miejscowym obyczajem. Była konferencja prasowa, starannie dobrane pytania, wyrazy zachwytu nad Białorusią oraz skargi na Polskę. Szmydt ogłosił rezygnację z urzędu sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie i zaczął opowiadać, że w kraju rządzonym przez Łukaszenkę odnalazł bezpieczeństwo, wolność oraz spokój. Brakowało tylko orkiestry wojskowej i dzieci wręczających kwiaty.

Kilka miesięcy później Łukaszenka przyznał mu azyl polityczny. Trudno o bardziej przewidywalne zakończenie pierwszego aktu tej operetki. Białoruś dostała polskiego sędziego, który przed kamerami potwierdzał wszystko, co tamtejsza propaganda od lat usiłuje wmówić swoim odbiorcom: że Polska jest państwem opresyjnym, rusofobicznym, sterowanym przez Amerykanów i szykującym się do wojny. Szmydt w zamian otrzymał ochronę państwa, które z ochroną praw obywatelskich ma mniej więcej tyle wspólnego, ile wilk z organizacją kursów samoobrony dla owiec.

Prokuratura Krajowa zarzuciła mu udział w działalności obcego wywiadu, wydano za nim list gończy oraz Europejski Nakaz Aresztowania. Trzeba jednak zachować precyzję: Tomasz Szmydt nie został dotychczas prawomocnie skazany za szpiegostwo. Zarzut prokuratorski nie jest wyrokiem, nawet jeżeli podejrzany zamiast stawić się przed sądem występuje w telewizji państwa wrogiego Polsce i chwali jego przywódcę. Ta okoliczność nie przesądza odpowiedzialności karnej, ale dość wyraźnie określa dokonany przez niego wybór polityczny.

Wbrew temu, co można czasem przeczytać, Szmydt nie był neosędzią. Jego kariera zaczęła się znacznie wcześniej. W 2001 roku został sędzią Sądu Rejonowego w Ciechanowie, w 2006 roku awansował do Sądu Okręgowego w Płocku, a w październiku 2012 roku otrzymał nominację do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Powołał go prezydent Bronisław Komorowski na wniosek działającej wówczas Krajowej Rady Sądownictwa, której składu nie wybierała sejmowa większość. Nazywanie go neosędzią byłoby więc zwyczajnie nieprawdziwe.

I właśnie dlatego sprawa wygląda jeszcze gorzej.

Nie był przypadkowym człowiekiem wyciągniętym z kapelusza przez jedną partię. Przechodził przez kolejne szczeble wymiaru sprawiedliwości podczas rządów różnych ugrupowań, zdobywał stanowiska, zaufanie i dostęp do instytucji państwa. W maju 2017 roku został delegowany do Ministerstwa Sprawiedliwości. Od września 2018 roku kierował wydziałem prawnym Biura Krajowej Rady Sądownictwa, a jego nazwisko pojawiło się później w związku z aferą hejterską wymierzoną w sędziów krytykujących reformy Zbigniewa Ziobry. Szmydt nie powstał więc w jakiejś piwnicy pod Mińskiem. Przez lata dojrzewał pod okiem polskiego państwa.

Państwo widziało togę, pieczątkę, kolejne nominacje oraz służbowe stanowiska. Człowieka za nimi najwyraźniej nie zauważyło. Nie przeszkodziły mu ani środowiskowe wojny, ani udział w kompromitujących działaniach, ani wcześniejsze sygnały świadczące o jego skłonności do osobistych rozgrywek. System wymiaru sprawiedliwości potrafił miesiącami dyskutować o składach izb, procedurach nominacyjnych i właściwości sądów, ale nie potrafił odpowiedzieć na prostsze pytanie: komu właściwie powierza urząd oraz dostęp do wrażliwych spraw?

Jako sędzia warszawskiego WSA Szmydt uczestniczył między innymi w rozpoznawaniu spraw dotyczących informacji niejawnych i poświadczeń bezpieczeństwa. Według ujawnionych danych od 2018 roku brał udział w kilkudziesięciu takich postępowaniach. Sam ten fakt nie dowodzi, że przekazał komukolwiek tajne informacje. Pokazuje jednak skalę problemu, ponieważ po jego ucieczce państwo musiało dopiero sprawdzać, do czego miał dostęp, co mógł zapamiętać i jakie szkody mógł wyrządzić. Kontrola przyszła więc w najbardziej charakterystycznym dla polskiej administracji momencie: po katastrofie.

Najłatwiej byłoby teraz uznać Szmydta za produkt jednej ekipy politycznej i zamknąć sprawę w wygodnej partyjnej szufladzie. Taka wersja pozwalałaby każdemu zachować dobre samopoczucie. Jedni powiedzieliby, że winny jest Ziobro, drudzy wskazaliby Komorowskiego, a trzeci powołaliby kolejną komisję, która po kilkunastu miesiącach odkryłaby, że dokumenty były liczne, procedury skomplikowane, a odpowiedzialność rozproszona. Problem polega na tym, że kariera Szmydta przebiegała przez instytucje kontrolowane w różnym czasie przez różne środowiska. Jedni go mianowali, inni awansowali, jeszcze inni wykorzystywali, a ostatecznie wszyscy zostali z rachunkiem.

Nie ma przy tym większego znaczenia, czy białoruskie służby zainteresowały się nim wcześniej, czy dopiero wtedy, gdy postanowił uciec. Ustalenie tego należy do prokuratury i kontrwywiadu. Z punktu widzenia państwa kompromitujące jest już to, że urzędujący sędzia mógł znaleźć się w Mińsku, ogłosić zerwanie z Polską i niemal natychmiast rozpocząć objazd tamtejszych mediów. Białoruska propaganda nie musiała tworzyć fałszywego polskiego sędziego za pomocą sztucznej inteligencji. Polska dostarczyła jej prawdziwego.

Szmydt otrzymał rolę niemal idealną. Miał odpowiednie stanowisko, znał język urzędów, potrafił mówić spokojnie i powoływać się na własną biografię. Dla propagandy taki człowiek jest cenniejszy niż stu zawodowych komentatorów, ponieważ nie musi nikogo przekonywać rozumowaniem. Wystarczy jego obecność. Były sędzia z Polski siedzący w studiu białoruskiej telewizji staje się komunikatem samym w sobie.

Można oczywiście przedstawiać go jako samotnego awanturnika, człowieka pogubionego albo oportunistę szukającego nowego protektora. Być może jest po trochu każdym z nich. Nie wolno jednak pozwolić, aby jego osobista osobliwość zasłoniła instytucjonalną klęskę. Polski wymiar sprawiedliwości i służby bezpieczeństwa przez lata tolerowały człowieka, który przechodził przez kolejne szczeble kariery, wikłał się w polityczne rozgrywki, uzyskiwał dostęp do wrażliwych postępowań, a następnie bez przeszkód znalazł się po drugiej stronie granicy.

To nie jest wyłącznie historia jednego sędziego, który zamienił togę na mikrofon białoruskiej telewizji. To opowieść o państwie, które bardzo dokładnie kontroluje formularze, podpisy i pieczątki, natomiast znacznie gorzej radzi sobie z ocenianiem ludzi. W polskich instytucjach można latami przechodzić kontrole formalne, budować pozycję i korzystać z dostępu do poufnych informacji, dopóki pewnego dnia nie pojawi się człowiek przed kamerami w Mińsku. Wtedy zaczyna się gorączkowe sprawdzanie dokumentów i wielkie zdziwienie, że wilk miał przepustkę do owczarni.

Tomasz Szmydt nie skompromitował państwa sam. Państwo uczciwie pracowało na tę kompromitację razem z nim. On jedynie postawił kropkę nad „i”, po czym oddał ją Łukaszence do wykorzystania w wieczornym programie propagandowym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz