Historia ma osobliwe poczucie humoru. Kiedy potrzebuje bohatera, rzadko wybiera człowieka wyglądającego jak pomnik jeszcze przed odlaniem go w brązie. Joanna d’Arc była wiejską dziewczyną, której żaden rozsądny dowódca nie powierzyłby armii, a jednak poprowadziła Francuzów przeciwko Anglikom. Nie znamy nawet nazwiska człowieka z dwiema torbami w rękach, który w czerwcu 1989 roku stanął przed kolumną czołgów na placu Tian’anmen. Nic nie zapowiadało, że właśnie oni wykonają gest, którego nie potrafili wykonać ludzie silniejsi, wyżej postawieni i znacznie lepiej przygotowani. Bohaterowie najczęściej wychodzą z drugiego szeregu, trochę za chudzi, zbyt cisi i zdecydowanie bez właściwego życiorysu.
Jerzy Popiełuszko urodził się w Okopach koło Suchowoli, w rolniczej rodzinie na Białostocczyźnie. Na chrzcie otrzymał imię Alfons, które zmienił dopiero jako dorosły człowiek. W szkole uchodził za ucznia przeciętnie zdolnego, lecz ambitnego, spokojnego i raczej wycofanego. Codziennie pokonywał kilka kilometrów, aby służyć do porannej mszy, ale nawet głęboka religijność nie zapowiadała jeszcze człowieka, którego kazań będzie słuchać cała Polska. Pobożnych chłopców na Podlasiu było wówczas wielu. Tylko jeden z nich miał zostać księdzem Jerzym.
W seminarium również nie wyróżniał się intelektualnym rozmachem ani szczególnym talentem kaznodziejskim. Koledzy nazywali go „Popiełuchem”, ale nie było to przezwisko przyszłego trybuna ludowego. Nie uchodził za wybitnego teologa, nie miał donośnego głosu, imponującej postury ani łatwości przemawiania. Powtarzana czasem informacja, że ukończył seminarium z oceną dostateczną, pasuje do obrazu przeciętnego alumna, lecz nie znajduje równie mocnego potwierdzenia jak podstawowe fakty z jego biografii. Pewne jest natomiast, że nikt nie widział w nim materiału na wielkiego mówcę. Samo niebo, jak się później okazało, nie przywiązywało większej wagi do opinii komisji egzaminacyjnych.
Władze komunistyczne postanowiły przyspieszyć jego edukację za pomocą metod właściwych epoce. W 1966 roku wcielono go do specjalnej jednostki wojskowej dla kleryków w Bartoszycach. Wojsko miało ich zniechęcić do kapłaństwa, złamać religijnie i nauczyć, że marksizm-leninizm jest znacznie bardziej przekonujący, gdy stoi za nim kapral. Popiełuszko odmawiał zdjęcia różańca i medalika, za co był szykanowany. Nie wyglądał na buntownika, lecz w najważniejszych sprawach wykazywał upór, którego nie potrafiono z niego wybić ani rozkazem, ani karą.
Z wojska wrócił zrujnowany fizycznie. Ciężko chorował, przeszedł operację, później zmagał się z anemią i innymi dolegliwościami. W 1979 roku zasłabł przy ołtarzu, a przełożeni zaczęli kierować go do obowiązków, które miały być mniej wyczerpujące. W maju 1980 roku został rezydentem w parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Nie oznaczało to awansu. Przeciwnie, wyglądało raczej na próbę znalezienia bezpiecznego kąta dla słabego zdrowotnie księdza, który nie radził sobie z ciężarem zwykłej pracy parafialnej.
Kilka miesięcy później wybuchły strajki. Robotnicy Huty Warszawa poprosili, aby ktoś odprawił dla nich mszę. Księża mający stałe obowiązki nie mogli pójść, więc wysłano rezydenta, którego wcześniej oszczędzano z powodu zdrowia. W ten sposób historia, która zazwyczaj wchodzi frontowymi drzwiami w towarzystwie generałów i ministrów, tym razem przemknęła bocznym wejściem za niepozornym kapłanem. Popiełuszko przekroczył bramę huty i niemal natychmiast odnalazł swoje miejsce.
Nie został wielkim kaznodzieją dlatego, że nagle opanował retoryczne sztuczki. Mówił głosem cichym, czasem niepewnym, bez teatralnych gestów. Jego słowa trafiały jednak do ludzi, ponieważ nazywał ich doświadczenie: strach, poniżenie, kłamstwo, więzienie, utratę pracy i codzienną bezradność wobec państwa, które żądało posłuszeństwa nawet od ludzkiej pamięci. Nie przemawiał ponad słuchaczami. Stał między nimi.
Po wprowadzeniu stanu wojennego pomagał rodzinom internowanych, przynosił żywność, lekarstwa i pieniądze, uczestniczył w procesach aresztowanych działaczy. Msze za Ojczyznę, odprawiane w ostatnie niedziele miesiąca, zaczęły przyciągać tysiące ludzi z całej Polski. Władza miała telewizję, cenzurę, Służbę Bezpieczeństwa i cały przemysł urzędowego kłamstwa. Popiełuszko miał ambonę, słaby organizm i zdanie św. Pawła: „Zło dobrem zwyciężaj”. Bilans sił wyglądał rozsądnie tylko na papierze.
Istotą jego charyzmy nie była niezwykłość, lecz bliskość. Pamiętał nazwiska, słuchał, odwiedzał, pomagał i nie udawał istoty wyrzeźbionej z kościelnego marmuru. Lubił samochody, fotografię, wyjazdy, grę w karty i dobre papierosy, chociaż przy jego zdrowiu palenie należało do pomysłów równie rozsądnych jak kąpiel zimą w Wiśle. Według wspomnień słuchał również zespołu Blondie, a więc muzyki odległej od kościelnych pieśni i wystarczająco nowoczesnej, aby zaniepokoić niejednego ówczesnego proboszcza. Jeździł sportowym chevroletem, którego kupił dzięki pomocy ciotki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych. Cieszyły go gadżety, ale potrafił oddać własne buty człowiekowi, który ich potrzebował. Nie gardził światem. Po prostu nie pozwalał, żeby rzeczy stały się ważniejsze od ludzi.
Ten obraz jest prawdziwszy od cukierkowego świętego, który od dzieciństwa mówi wyłącznie cytatami nadającymi się na pomniki. Popiełuszko miał temperament, słabości i zainteresowania zwyczajnego młodego człowieka. Właśnie dlatego tak łatwo nawiązywał kontakt z robotnikami, pielęgniarkami, studentami, aktorami i ludźmi podziemnej „Solidarności”. Nie pouczał ich z bezpiecznej wysokości. Żył w tym samym świecie i oddychał tym samym ciężkim powietrzem PRL.
Służba Bezpieczeństwa szybko zrozumiała, że niepozorny ksiądz stał się groźniejszy niż niejeden zawodowy polityk. Był śledzony, podsłuchiwany, zatrzymywany i oczerniany. W jego mieszkaniu podrzucono broń oraz materiały wybuchowe, aby przygotować grunt pod oskarżenie. Jerzy Urban nazwał msze za Ojczyznę „seansami nienawiści”, co było typowym osiągnięciem propagandy komunistycznej: modlitwę przedstawiano jako agresję, natomiast działalność policji politycznej jako obronę porządku. Państwo, które dysponowało więzieniami, pałkami i tajnymi grupami operacyjnymi, drżało przed chorym księdzem mówiącym o prawdzie.
Działania kościelnych przełożonych bywały wtedy postrzegane jako próby uciszenia Popiełuszki dla świętego spokoju. Z dzisiejszej perspektywy sprawa wygląda inaczej. Prymas Józef Glemp rozważał wysłanie go na studia do Rzymu, o co prosili również hutnicy świadomi narastającego niebezpieczeństwa. Popiełuszko odpowiadał, że wyjedzie, jeżeli otrzyma polecenie, lecz sam o wyjazd nie poprosi, ponieważ ludzie mu zaufali. Prymas ostatecznie nie wydał rozkazu. To, co wówczas wyglądało na konflikt między ostrożną hierarchią a niepokornym kapłanem, było w znacznej mierze rozpaczliwym szukaniem sposobu ocalenia człowieka, który nie zamierzał ratować się kosztem innych.
Nie kroczył ku śmierci dlatego, że jej pragnął. Wiedział jednak, że wyjazd zostanie odebrany jako opuszczenie ludzi w chwili zagrożenia. Można dzisiaj powiedzieć, że powinien był wyjechać, przeczekać, ocalić życie i wrócić w lepszych czasach. Tyle że decyzje takie zawsze wyglądają rozsądniej po latach, kiedy siedzi się w bezpiecznym pokoju i zna dalszy ciąg opowieści. On znał tylko twarze ludzi, którzy przychodzili do niego po odwagę.
19 października 1984 roku, po mszy w Bydgoszczy, funkcjonariusze SB porwali go w drodze do Warszawy. Był bity, torturowany i skrępowany w taki sposób, że każda próba ruchu zaciskała pętlę na szyi. Jego ciało obciążono workiem z kamieniami i wrzucono do Wisły w okolicach Włocławka. Zwłoki odnaleziono 30 października. Władza, która wcześniej oskarżała go o szerzenie nienawiści, przeprowadziła swoje ostatnie kazanie przy użyciu pałki, sznura i wody.
Proces toruński skazał bezpośrednich wykonawców zbrodni oraz ich bezpośredniego przełożonego. Jednocześnie od początku był kontrolowany przez aparat państwowy i miał wyznaczyć granicę, poza którą śledztwo nie powinno wychodzić. Napisano całe biblioteki o rzeczywistych mocodawcach, roli kierownictwa MSW i politycznym tle mordu. Pełnej prawdy prawdopodobnie nie poznamy nigdy, ponieważ komunistyczne państwo prowadziło śledztwo przeciwko własnym funkcjonariuszom, pilnując zarazem, aby ślady nie prowadziły zbyt wysoko. Była to sprawiedliwość w wersji PRL: zbrodnię wolno było osądzić pod warunkiem, że sąd nie zapyta o system, który ją wyprodukował.
Przy grobie księdza Jerzego na Żoliborzu niemal zawsze ktoś stoi. Czasem jest to człowiek pamiętający stan wojenny, lecz równie często nastolatek, który o „Solidarności”, internowaniach i mszach za Ojczyznę wie niewiele albo nie wie prawie nic. Przychodzi ze swoimi kłopotami: samotnością, lękiem, poczuciem odrzucenia, konfliktem z rodzicami, szkołą lub samym sobą. Nie szuka wykładu o historii PRL. Staje przy grobie człowieka, który również był słaby, niepewny i przez długi czas niedoceniany, a jednak w najważniejszej chwili nie uciekł.
Na tym polega tajemnica charyzmy. Nie kończy się ona wraz ze śmiercią i nie potrzebuje tłumu, reflektorów ani starannie prowadzonego konta w mediach społecznościowych. Czasem wystarcza grób, przy którym młody człowiek może przez chwilę pomilczeć i uwierzyć, że słabość nie musi oznaczać przegranej. Ci nastolatkowie nie przychodzą do legendy „Solidarności”, ponieważ często niewiele o niej wiedzą. Przyciąga ich charyzma człowieka, który sam wyglądał na zagubionego, a mimo to przez chwilę potrafił wskazać drogę całemu narodowi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz