Niemieccy żołnierze pokazują zagranicznym dziennikarzom ciała osób przedstawianych przez propagandę III Rzeszy jako niewinne ofiary „bydgoskiej krwawej niedzieli”, Bydgoszcz, wrzesień 1939 roku. Oryginalny niemiecki opis fotografii, datowany na 9 września, obarczał Wielką Brytanię odpowiedzialnością za rzekome polskie zbrodnie. Fot. Heinz Fremke. Bundesarchiv, Bild 183-2008-0415-505. Licencja: CC BY-SA 3.0 DE.
Trzeciego września 1939 roku przez Bydgoszcz wycofywały się oddziały Armii „Pomorze”. Żołnierze 9., 15. i 27. Dywizji Piechoty byli zmęczeni walkami oraz marszem, a za nimi nadciągał Wehrmacht. W mieście znajdowali się uchodźcy, rozbite pododdziały, tabory i mieszkańcy próbujący zrozumieć, jak blisko znalazła się wojna. Wtedy z budynków stojących przy trasie przemarszu padły strzały.
Polacy odpowiedzieli ogniem. Żołnierze, policjanci i członkowie Straży Obywatelskelskiej przeszukiwali domy, zatrzymywali podejrzanych oraz likwidowali stanowiska, z których strzelano. W mieście wybuchły walki, ale również chaos. Zdarzało się, że polskie oddziały omyłkowo ostrzeliwały się nawzajem. Schwytanych z bronią Niemców rozstrzeliwano na miejscu, lecz ginęli także ludzie, których udziału w dywersji nie udowodniono. Historia nie staje się mniej prawdziwa, kiedy przyznaje się, że obok dywersantów zabito również niewinnych niemieckich cywilów. Przeciwnie, dopiero wtedy można zobaczyć różnicę pomiędzy badaniem wydarzeń a propagandą.
Strzały z miasta
Przez wiele lat spór o wydarzenia bydgoskie przypominał rozmowę ludzi opisujących dwa różne miasta. W polskiej narracji niemieccy dywersanci ostrzelali wycofujące się wojsko, a żołnierze zdławili przygotowaną akcję. W narracji rozpowszechnianej przez III Rzeszę niewinni Niemcy zostali wymordowani przez ogarniętych żądzą krwi Polaków. Pierwsza wersja nie zawsze dostatecznie mówiła o niewinnych ofiarach wśród niemieckich mieszkańców Bydgoszczy, druga usuwała z opowieści samą dywersję, ponieważ jej istnienie niszczyło obraz niemieckiego męczeństwa.
Badania Tomasza Chincińskiego, Pawła Kosińskiego oraz innych historyków, a także wcześniejsza praca niemieckiego autora Güntera Schuberta przemawiają za tym, że strzelanina nie była jedynie skutkiem paniki polskich żołnierzy. Zachowane meldunki 15. Dywizji Piechoty powstawały podczas wydarzeń, zanim ktokolwiek zdążył stworzyć polską odpowiedź na niemieckie hasło „Bromberger Blutsonntag”. Informowały o ostrzeliwaniu wojska przez dywersantów. Ich bezpośredniość czyni je cenniejszymi od wielu późniejszych wspomnień, pisanych już pod wpływem okupacyjnego terroru, propagandy oraz powojennych sporów.
Meldunki nie wyjaśniają jednak wszystkiego. Nie odnaleziono bezpośredniego niemieckiego rozkazu nakazującego przeprowadzenie dywersji w Bydgoszczy ani kompletnego wykazu jej uczestników. Wiadomo natomiast, że niemieckie służby przygotowywały działania dywersyjne na Pomorzu i innych obszarach Polski, przerzucały ludzi, broń oraz materiały wybuchowe. W Bydgoszczy strzały padły z wielu punktów miasta, a żołnierze meldowali o walce z napastnikami ukrytymi w budynkach. Brak zachowanego rozkazu nie unicestwia całego materiału pośredniego, podobnie jak istnienie dywersji nie czyni dywersantem każdego Niemca zabitego 3 lub 4 września.
Według rekonstrukcji przedstawionej przez Tomasza Chincińskiego i Pawła Kosińskiego podczas walk 3 września zginęło od 30 do 45 polskich żołnierzy oraz od 90 do 110 osób narodowości niemieckiej. Nazajutrz strzały rozległy się ponownie. W mieście nie było już sprawnych polskich władz, a resztki niemieckiej akcji tłumili żołnierze rozbitych jednostek oraz członkowie Straży Obywatelskiej. Niemców podejrzewanych o udział w ostrzale rozstrzeliwano na miejscu, często bez postępowania pozwalającego ustalić ich rzeczywistą winę. Porządek przywróciła dopiero 5 września niemiecka 50. Dywizja Piechoty.
Dywersanci, ofiary i ludzie przypadkowi
Paweł Kosiński ustalił dane 365 osób, które zginęły w Bydgoszczy 3 i 4 września. Wśród zidentyfikowanych ofiar zdecydowanie przeważali mieszkańcy pochodzenia niemieckiego, chociaż proste utożsamienie każdego ewangelika z Niemcem, a każdego katolika z Polakiem prowadziłoby do kolejnego zafałszowania. Sama narodowość ofiary nie odpowiada także na pytanie, czy uczestniczyła ona w dywersji, została przypadkowo trafiona podczas walk ulicznych, czy zginęła w wyniku samosądu.
Nie ma podstaw do twierdzenia, że wszyscy zabici Niemcy byli uzbrojonymi dywersantami. Część z nich nie miała nic wspólnego ze strzelaniną. W atmosferze wojennej psychozy, pośród pogłosek, walki i rozpadu dowodzenia, podejrzenie mogło szybko zmienić się w wyrok. Zdarzały się osobiste porachunki, fałszywe wskazania oraz egzekucje ludzi, przy których nie znaleziono broni. Żołnierze z rozbitych jednostek, pozbawieni łączności z dowództwem, nie zawsze odróżniali rzeczywiste zagrożenie od krążących po mieście plotek.
Uznanie tych faktów nie prowadzi jednak automatycznie do przyjęcia niemieckiej narracji. Stanowi raczej warunek jej skutecznego odrzucenia. Jeżeli wszystkich zabitych ogłosi się dywersantami, wystarczy wskazać jednego bezsprzecznie niewinnego człowieka, aby podważyć całą opowieść. Prawda jest trudniejsza, ponieważ zawiera jednocześnie niemiecką akcję dywersyjną, uzasadnioną walkę z jej uczestnikami, przypadkowe ofiary oraz polskie samosądy. Goebbels nie wymyślił śmierci niemieckich mieszkańców Bydgoszczy. Wymyślił jej przyczyny, proporcje i polityczne znaczenie.
Polski historyk po stronie niemieckiej narracji
Niemiecka interpretacja wydarzeń znalazła po latach niespodziewanego obrońcę w polskiej historiografii. Był nim prof. Włodzimierz Jastrzębski, jeden z najważniejszych badaczy okupacji Pomorza. Szczególna wymowa jego stanowiska wynikała z tego, że wcześniej sam należał do zdecydowanych obrońców tezy o niemieckiej dywersji.
W książce Dywersja czy masakra? Cywilna obrona Bydgoszczy we wrześniu 1939 r., wydanej w 1988 roku, Jastrzębski nie miał wątpliwości, że polskie oddziały zostały ostrzelane przez niemieckich dywersantów. Podobne stanowisko przedstawił w poszerzonej, niemieckojęzycznej pracy Der Bromberger Blutsonntag. Legende und Wirklichkeit, opublikowanej przez Instytut Zachodni w 1990 roku. Polemizował wówczas z autorami zachodnioniemieckimi, którzy opisywali wydarzenia jako niczym niesprowokowaną masakrę mniejszości niemieckiej.
Poglądy Jastrzębskiego zaczęły się zmieniać w połowie lat dziewięćdziesiątych. W grudniu 2002 roku przedstawił nową interpretację w rozmowie z Krzysztofem Błażejewskim opublikowanej w „Expressie Bydgoskim”. Ogólnopolski rozgłos przyniósł jej jednak dopiero wywiad przeprowadzony przez Bogusława Kunacha i Piotra Głuchowskiego, opublikowany 13 sierpnia 2003 roku w „Dużym Formacie”, dodatku do „Gazety Wyborczej”.
Jastrzębski uznał, że zorganizowanej niemieckiej dywersji nie było. Pierwsze strzały miały paść wskutek pomyłki i wzajemnego ostrzelania się polskich oddziałów oraz polskiej samoobrony, po czym żołnierze i cywile skierowali przemoc przeciw niemieckim mieszkańcom. Polakom miały „puścić nerwy”, a patrole wyciągały Niemców z domów i rozstrzeliwały ich na miejscu. W tej interpretacji dywersja okazywała się wytworem wojennej psychozy, natomiast centralnym wydarzeniem stawała się pacyfikacja niemieckiej społeczności.
Swoje późne stanowisko Jastrzębski podsumował w książce Bydgoska krwawa niedziela 3–4 września 1939 roku, wydanej w 2022 roku przez Wydawnictwo Adam Marszałek. Nie powtarzał w niej goebbelsowskiej liczby 58 tysięcy ofiar ani nie usprawiedliwiał późniejszych niemieckich egzekucji. Przyjął jednak dwa fundamenty tradycyjnej narracji niemieckiej: zakwestionował istnienie zorganizowanej dywersji i uznał wydarzenia za masakrę niemieckiej ludności cywilnej dokonaną przez Polaków.
Stanowisko Jastrzębskiego pozostało w polskiej historiografii odosobnione. Nie można go jednak zbyć stwierdzeniem, że polski historyk po prostu powtórzył niemiecką propagandę. Jego zwrot wyrastał również z dostrzeżenia przemilczanych wcześniej ofiar niemieckich, słabości części powojennych relacji polskich oraz braku odnalezionego rozkazu przeprowadzenia dywersji. Problem polegał na tym, że uzasadniona krytyka jednostronności polskiej opowieści doprowadziła go na przeciwny brzeg. Podważając wiarygodność polskich świadectw, znacznie większym zaufaniem obdarzył relacje niemieckie, choć wiele z nich powstawało pod nadzorem instytucji III Rzeszy albo zostało zebranych wiele lat po wojnie w środowisku niemieckich wysiedleńców.
Z Jastrzębskim polemizowali Tomasz Chinciński i Paweł Kosiński. Wyniki prac zespołu kilkunastu badaczy przedstawiono następnie w tomie Bydgoszcz 3–4 września 1939. Studia i dokumenty, wydanym przez IPN w 2008 roku pod redakcją naukową Chincińskiego i Pawła Machcewicza. Autorzy nie wrócili do wygodnej wersji, według której każda ofiara niemiecka była dywersantem. Przyjęli, że dywersja rzeczywiście nastąpiła, lecz jej tłumienie zapoczątkowało samosądy, podczas których zabijano także niewinnych ludzi. Było to stanowisko trudniejsze do wykorzystania w patriotycznej legendzie, ale znacznie mocniejsze historycznie.
Zachowując większą ostrożność w ocenie materiału dowodowego, podobną drogą poszedł Przemysław Olstowski. W artykule opublikowanym w 2023 roku określił część polskich działań mianem noszących znamiona pacyfikacji, ale jednocześnie poddał ostrej krytyce metodę zastosowaną przez Jastrzębskiego w książce z 2022 roku. Zarzucił mu podporządkowanie krytyki źródeł wcześniej przyjętej tezie. Olstowski nie uznał istnienia dywersji za bezspornie udowodnione niemieckim dokumentem, lecz wskazał, że polskie meldunki wojskowe i inne poszlaki nie pozwalają sprowadzić wydarzeń do przypadkowego ostrzelania się Polaków.
Polskie badania przyjęły więc prawdziwy element niemieckich świadectw — śmierć niewinnych Niemców — ale odrzuciły propagandową konstrukcję o niczym niesprowokowanym pogromie. Pomiędzy twierdzeniem, że wszyscy zabici byli dywersantami, a opowieścią o mordowaniu zupełnie bezbronnej niemieckiej społeczności istnieje szeroka przestrzeń faktów. Właśnie w niej należy szukać rzeczywistego przebiegu wydarzeń.
Cudowne rozmnożenie trupów
Joseph Goebbels otrzymał w Bydgoszczy materiał niemal idealny. Były ciała niemieckich cywilów, fotografie pogrzebów i świadkowie gotowi opowiadać o polskim okrucieństwie. Wystarczyło usunąć z historii wcześniejsze strzały do polskich kolumn, przemilczeć obecność uzbrojonych dywersantów, każdą niemiecką ofiarę uznać za bezbronnego cywila, a następnie odpowiednio pomnożyć liczbę zabitych.
Pierwszy niemiecki zbiór dokumentów, wydany w listopadzie 1939 roku, mówił o 5437 Niemcach zamordowanych przez Polaków na całym obszarze Rzeczypospolitej. Nie była to liczba ofiar samej Bydgoszczy. Kilka miesięcy później w kolejnym wydaniu ten sam bilans urósł do 58 tysięcy. Liczba nie zwiększyła się dlatego, że odnaleziono dziesięć razy więcej grobów albo ustalono nazwiska kolejnych ofiar. Zwiększyła się, ponieważ III Rzesza potrzebowała dziesięć razy większej zbrodni.
Propaganda nie zajmuje się liczeniem zmarłych, lecz ustalaniem, ilu zmarłych potrzeba państwu. Pięć tysięcy miało wzbudzać oburzenie, natomiast pięćdziesiąt osiem tysięcy miało usprawiedliwiać wszystko. Liczba została oderwana od Bydgoszczy, czasu wydarzeń i możliwości fizycznego ustalenia ofiar. Przestała opisywać rzeczywistość, a zaczęła pełnić funkcję amunicji.
Niemieckich i zagranicznych korespondentów prowadzono na miejsca pochówków, pokazywano im zwłoki i podsuwano gotowe objaśnienia. Fotografia nie kłamała, ponieważ ciała rzeczywiście leżały przed obiektywem. Kłamał podpis, który przemieniał każdego zabitego w niewinną ofiarę polskiego barbarzyństwa, a każdy grób w dowód planowanej eksterminacji Niemców. Najskuteczniejsza propaganda nie wymyśla całego świata od początku. Bierze prawdziwy fragment rzeczywistości, amputuje jego przyczyny i każe mu zeznawać na korzyść mordercy.
Z ofiar uczyniono sprawców
Mit „bydgoskiej krwawej niedzieli” spełniał kilka zadań jednocześnie. Na użytek zagranicy przedstawiał napaść na Polskę jako działanie państwa ratującego prześladowaną mniejszość. Niemieckiemu społeczeństwu dostarczał obrazu dzikiego Wschodu, na którym każdy Polak mógł być potencjalnym mordercą. Żołnierzom, policjantom i członkom Selbstschutzu dawał moralne rozgrzeszenie przed rozpoczęciem masowych egzekucji.
Niemcy zajęli Bydgoszcz 5 września. Rozpoczęły się aresztowania, publiczne rozstrzeliwania na Starym Rynku oraz egzekucje w Tryszczynie i fordońskiej Dolinie Śmierci. Wehrmacht, Einsatzgruppen i Selbstschutz mordowały nauczycieli, księży, urzędników, działaczy społecznych, Żydów oraz ludzi wskazanych przez miejscowych Niemców. Część list proskrypcyjnych przygotowano jeszcze przed wojną. Odwet za wydarzenia z 3 i 4 września płynnie połączył się z Intelligenzaktion, czyli zaplanowaną likwidacją polskich elit na ziemiach wcielanych do Rzeszy.
Liczba ponad 20 tysięcy zamordowanych nie odnosi się do samej Bydgoszczy i jej najbliższej okolicy. W pierwszych miesiącach okupacji w mieście i powiecie bydgoskim Niemcy zabili kilka tysięcy ludzi, natomiast dziesiątki tysięcy ofiar obejmują znacznie szerszy obszar Pomorza. To rozróżnienie nie osłabia obrazu niemieckiej zbrodni. Odbiera jedynie propagandzie jej ulubioną broń, czyli żonglowanie liczbami bez określenia czasu, miejsca i kategorii ofiar.
Represje nie stanowiły spontanicznej reakcji rozwścieczonych żołnierzy na śmierć niemieckich mieszkańców. W Bydgoszczy rzeczywiście wykorzystywano język odwetu, ale niemiecka akcja eksterminacyjna miała znacznie szerszy cel. Chodziło o zniszczenie ludzi zdolnych podtrzymywać polskie życie polityczne, społeczne, religijne i kulturalne. „Krwawa niedziela” dostarczyła nie planu zbrodni, lecz wygodnego uzasadnienia dla planu przygotowanego wcześniej.
Propaganda silniejsza od Wehrmachtu
Goebbels nie musiał udowadniać, że w Polsce zamordowano 58 tysięcy Niemców. Taka liczba była absurdalna i nie wynikała z żadnego wiarygodnego zestawienia. Nie miała jednak służyć historykom, prokuratorom ani rodzinom poszukującym krewnych. Miała wytworzyć proporcję moralną: skoro Polacy wymordowali dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi, wszystko, co spotka ich później, będzie jedynie zasłużoną karą.
Na tym polegała właściwa potęga opowieści o „bydgoskiej krwawej niedzieli”. Niemiecką dywersję przedstawiono jako urojenie polskich żołnierzy, stłumienie strzelaniny jako planową masakrę, a masowe egzekucje Polaków jako przywracanie sprawiedliwości. Agresor stał się obrońcą, ofiara zbrodni została oskarżona o jej sprowokowanie, natomiast liczba zabitych rosła wraz z zapotrzebowaniem ministerstwa propagandy.
W Bydgoszczy zginęli 3 i 4 września również niewinni Niemcy i nie należy wymazywać ich z historii. Nie wolno jednak pozwolić, aby ich śmierć po raz kolejny posłużyła do ukrywania ludzi, którzy pierwsi otworzyli ogień, oraz tych, którzy kilka dni później rozpoczęli egzekucje polskich mieszkańców miasta. Goebbelsowskie kłamstwo nie polegało na sfotografowaniu nieistniejących trupów. Polegało na tym, że prawdziwym trupom dopisano fałszywą historię, a potem użyto ich jako przepustki do następnych mogił.
Źródła
Chinciński Tomasz, Kosiński Paweł, „Koniec mitu «Bydgoskiej Krwawej Niedzieli»”, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2003–2004, nr 12–1 (35–36), s. 24–27. Wersja internetowa.
Chinciński Tomasz, Machcewicz Paweł (red. nauk.), Bydgoszcz 3–4 września 1939. Studia i dokumenty, Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Warszawa 2008, ISBN 978-83-60464-76-2. Opis publikacji IPN.
Jastrzębski Włodzimierz, Dywersja czy masakra? Cywilna obrona Bydgoszczy we wrześniu 1939 r., Krajowa Agencja Wydawnicza, Gdańsk 1988, ISBN 83-03-02193-1.
Jastrzębski Włodzimierz, Der Bromberger Blutsonntag. Legende und Wirklichkeit, Instytut Zachodni, Poznań 1990, ISBN 83-85003-38-X.
Jastrzębski Włodzimierz, Bydgoska krwawa niedziela 3–4 września 1939 roku, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2022, 165 s., ISBN 978-83-8180-552-0.
Kunach Bogusław, Głuchowski Piotr, „Bydgoszcz ’39 – Krwawa niedziela. Z profesorem Włodzimierzem Jastrzębskim rozmawiają Bogusław Kunach i Piotr Głuchowski”, „Gazeta Wyborcza. Duży Format”, 13 sierpnia 2003 roku.
Olstowski Przemysław, „Jeszcze w sprawie tragicznych wydarzeń 3–4 września 1939 roku w Bydgoszczy”, „Zapiski Historyczne” 2023, t. 88, z. 1, s. 127–153, DOI: 10.15762/ZH.2023.06. Pełny tekst artykułu.
Schubert Günter, „Bydgoska krwawa niedziela”. Śmierć legendy, red. Marian Wojciechowski, tłum. Igor Jakubowicz, Miejski Komitet Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Bydgoszcz 2003, ISBN 83-912574-3-6.
Zacharias Michał Jerzy, „Wydarzenia bydgoskie czy Bromberger Blutsonntag. Kontrowersje w związku z tragedią z 3 i 4 września 1939 r.”, „Kronika Bydgoska”, t. 30, 2008, s. 305–318, wyd. 2009.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz