Mała dziewczynka przechodzi obok jednego z prowizorycznych cmentarzy na ulicach Warszawy podczas Powstania, sierpień 1944 r. Wraz z przedłużaniem się walk takie miejsca stawały się częścią codziennego krajobrazu miasta. Fot. Keystone Press photographer, Ministry of Information Second World War Press Agency Print Collection, Imperial War Museums, HU 105736. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons. Domena publiczna – wygasły Crown Copyright.
Wojny rzadko kończą się w chwili, w której jedna ze stron przestaje wierzyć w zwycięstwo. Częściej kończą się wtedy, gdy dalsza walka nie może już przynieść niczego, co uzasadnia jej cenę. To rozróżnienie jest szczególnie ważne w przypadku Powstania Warszawskiego, ponieważ już we wrześniu 1944 roku samodzielne militarne zwycięstwo Armii Krajowej było praktycznie niemożliwe. Powstańcy nie mogli rozbić niemieckiego garnizonu, wyprzeć przeciwnika z całej Warszawy ani utrzymać miasta przez wiele kolejnych tygodni. A jednak walczyli. Nie dlatego, że dowództwo AK nagle przestało rozumieć proporcje sił, lecz dlatego, że zmienił się przedmiot gry. Nie walczono już o zwycięstwo nad Niemcami własnymi siłami. Walczono o czas, a dokładniej o kilka dni, w ciągu których ktoś inny miał zmienić sytuację na froncie.
To właśnie powoduje, że pytanie zawarte w tytule jest trudniejsze, niż wygląda. Jeżeli przez „zwycięstwo” rozumieć opanowanie Warszawy przez AK bez pomocy zewnętrznej, odpowiedź we wrześniu była właściwie przesądzona. Jeżeli jednak zwycięstwem miało być dotrwanie do nadejścia Armii Czerwonej, zachowanie części stolicy i wystąpienie wobec Sowietów jako działająca struktura Polskiego Państwa Podziemnego, rachunek wyglądał inaczej. Wystarczyło przecież nie pokonać Niemców, lecz nie dać się im pokonać jeszcze przez kilka dni. W tym jednym słowie „jeszcze” zawarła się znaczna część wrześniowego dramatu Warszawy.
Po upadku Starego Miasta 2 września sytuacja była katastrofalna, ale Powstanie nie przestało istnieć. Niemcy uzyskali szerszy dostęp do Wisły i mogli przerzucić siły przeciw pozostałym dzielnicom, jednak AK nadal utrzymywała Śródmieście, Mokotów, Żoliborz i część terenów nadwiślańskich. Istniały dowództwa, łączność, szpitale, magazyny, warsztaty, prasa i administracja. Oddziały były wykrwawione i coraz gorzej uzbrojone, ale pozostawały oddziałami, a nie zbiorowiskiem ludzi uciekających przed Niemcami. Powstanie przegrało możliwość samodzielnego rozstrzygnięcia bitwy, lecz nie utraciło jeszcze zdolności do dalszej obrony. To nie jest różnica semantyczna. W wojnie kilka dni zachowanej zdolności bojowej może nie mieć żadnego znaczenia albo może zdecydować o wszystkim.
Dowództwo AK zaczęło zresztą sprawdzać możliwość zakończenia walk. Rozmowy prowadzone we wrześniu z Niemcami dowodzą, że Bór-Komorowski nie zamierzał walczyć automatycznie do ostatniego żołnierza i ostatniego domu. Możliwość kapitulacji była realnie rozważana, ponieważ coraz trudniej było wskazać wojskowy cel uzasadniający dalsze straty. 11 września strona polska przerwała jednak rozmowy, a Bór zwrócił się do Konstantego Rokossowskiego o nawiązanie bezpośredniej łączności. Powód nie wymaga szczególnie skomplikowanej interpretacji: sytuacja na prawym brzegu Wisły zaczęła się zmieniać.
I tutaj późniejsza wiedza staje się dla historyka pułapką. Dzisiaj wiadomo, że Armia Czerwona nie przeprowadzi we wrześniu operacji, która uratuje Powstanie, ale Bór 11 września tego wiedzieć nie mógł. Trzy dni później, 14 września, wojska sowieckie wraz z oddziałami 1. Armii Wojska Polskiego rzeczywiście opanowały Pragę. Oczekiwana przez sześć tygodni armia stanęła nad Wisłą. Gdyby Powstanie skapitulowało 11 września, a trzy dni później Sowieci rozpoczęli skuteczną przeprawę przez rzekę, decyzja Bora mogłaby przejść do historii jako jedna z najbardziej tragicznych kapitulacji w polskich dziejach: Warszawa poddałaby się dosłownie w przeddzień nadejścia pomocy.
Nadzieja nie skończyła się nawet wraz ze zdobyciem Pragi, ponieważ po kilku dniach wydarzyło się coś, czego dowództwo AK oczekiwało od początku Powstania. Żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego zaczęli przeprawiać się przez Wisłę. Między 16 a 21 września podjęto próby utrzymania przyczółków na lewym brzegu, a Polacy rzeczywiście walczyli wspólnie z powstańcami na Czerniakowie. Z dzisiejszej perspektywy wiadomo, że przedsięwzięcie zakończy się klęską, ale dla człowieka siedzącego w powstańczym sztabie musiał to być dowód, że oczekiwana odsiecz nie jest już tylko hipotezą. Żołnierze zza Wisły naprawdę pojawili się w walczącej Warszawie.
W tym miejscu kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego Powstanie trwało tak długo. Każdy kolejny sygnał zdawał się mówić: jeszcze trochę. Front ruszył — jeszcze kilka dni. Praga padła — jeszcze trochę. Zaczęły się sowieckie zrzuty — jeszcze trochę. Polscy żołnierze przeprawili się przez Wisłę — trzeba utrzymać przyczółek. Amerykańskie B-17 pojawiły się 18 września nad Warszawą ze zrzutami — może sytuacja międzynarodowa jeszcze się zmieni. Każde z tych wydarzeń osobno było niewystarczające, ale każde utrudniało podjęcie decyzji o kapitulacji. Najokrutniejszą formą nadziei nie jest bowiem nadzieja całkowicie pozbawiona podstaw. Znacznie gorsza jest ta, która co kilka dni otrzymuje nowy argument, aby przeżyć jeszcze jeden dzień.
Był też drugi powód, mniej spektakularny, ale równie ważny. Kapitulacja nie polega na tym, że dowódca stwierdza: „przegraliśmy” i każe wszystkim wrócić do domu. Trzeba ustalić status żołnierzy, los rannych, warunki wyjścia oddziałów, postępowanie wobec ludności cywilnej i gwarancje dla ludzi związanych z konspiracją. Po doświadczeniach Woli, Ochoty i Starego Miasta pytanie, co Niemcy zrobią z bezbronnymi powstańcami i cywilami, nie było abstrakcyjne. Dalsza walka mogła więc służyć także uzyskaniu takich warunków zakończenia Powstania, które nie oznaczały oddania tysięcy ludzi w ręce przeciwnika bez żadnych gwarancji. Ostateczna umowa z początku października zapewniła żołnierzom AK status jeńców wojennych, co było osiągnięciem politycznym mającym bardzo konkretną wartość dla ludzi wychodzących z Warszawy.
Nie można jednak wszystkiego wyjaśnić decyzjami Bora i jego sztabu. Powstanie po kilku tygodniach stworzyło własną rzeczywistość społeczną, w której decyzja o zaprzestaniu walki była psychologicznie znacznie trudniejsza niż decyzja o jej rozpoczęciu. Ludzie pochowali przyjaciół, stracili rodziny, domy i całe ulice. Oddziały, które walczyły razem od sierpnia, wytworzyły więzi właściwe wspólnocie oblężonej. Po takiej cenie człowiek zaczyna szukać sensu w tym, żeby wytrzymać jeszcze jeden dzień, ponieważ przyznanie, że dalsza walka niczego już nie zmieni, może zabrzmieć jak przyznanie, że wcześniejsze ofiary również były daremne. Jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych mechanizmów każdej wojny: koszt poniesiony wczoraj zaczyna być używany jako argument za poniesieniem następnego kosztu jutro.
Nie oznacza to, że warszawiacy ogarnięci byli zbiorowym romantycznym szaleństwem. Przeciwnie, wraz z przedłużaniem się walk rosło zmęczenie, rozpacz i niechęć części ludności do dalszego Powstania. Obraz miasta śpiewającego od 1 sierpnia do 2 października patriotyczne pieśni z jednakowym entuzjazmem należy do późniejszej legendy, nie do rzeczywistości oblężonego miasta. Im więcej domów zamieniało się w gruzy, tym bardziej stosunek cywilów do walczących musiał się komplikować. Można było jednocześnie podziwiać powstańców, pomagać rannym i marzyć, żeby to wszystko wreszcie się skończyło. Heroizm i rozpacz nie są przeciwieństwami; w piwnicy pod ostrzałem bardzo często mieszkają obok siebie.
Najważniejsze pytanie brzmi więc nie: dlaczego Powstanie trwało po chwili, kiedy zwycięstwo stało się niemożliwe, lecz kiedy dalsza walka przestała mieć racjonalny cel. I tutaj granica wypada później niż 2 września, ale wcześniej niż 2 października. Po upadku Starego Miasta samodzielne zwycięstwo AK było właściwie wykluczone, lecz oczekiwanie na front sowiecki nadal miało pewne podstawy. Po zdobyciu Pragi 14 września podstawy te paradoksalnie stały się nawet mocniejsze, a pojawienie się żołnierzy 1. Armii WP na Czerniakowie pozwalało jeszcze przez kilka dni wierzyć, że właśnie rozpoczyna się operacja, na którą czekano od sierpnia. Dopiero klęska przyczółka czerniakowskiego zasadniczo zmieniała ten rachunek. 23 września Czerniaków upadł, a wraz z nim znikała najbardziej konkretna możliwość połączenia powstańczej Warszawy z siłami znajdującymi się po drugiej stronie rzeki.
Od tego momentu argument za kontynuowaniem walki staje się znacznie słabszy. Nie oznacza to, że 24 września należało po prostu wywiesić białe flagi na wszystkich barykadach, ponieważ trzeba było jeszcze uzgodnić warunki zakończenia walk i zachować zdolność negocjacyjną. Trudno jednak nadal mówić o realnej perspektywie odwrócenia sytuacji strategicznej. 27 września skapitulował Mokotów, 30 września Żoliborz, a niemieckie natarcia likwidowały ostatnie większe ośrodki oporu poza Śródmieściem. Powstanie nie oczekiwało już wtedy na wydarzenie, którego oznaki można było dostrzec na froncie. Oczekiwało przede wszystkim na własny koniec.
Można postawić zarzut jeszcze ostrzejszy: każda doba po utracie realnej nadziei na odsiecz oznaczała kolejnych zabitych i dalsze niszczenie miasta. Jest to najmocniejszy argument przeciw przedłużaniu walk i nie należy go osłabiać opowieścią o honorze. Dowódca odpowiada również za życie, które może ocalić przez zaprzestanie walki. Tyle że dokładnej chwili, w której nadzieja staje się złudzeniem, niemal nigdy nie można rozpoznać w momencie jej nadejścia. Dopiero później historyk stawia na osi czasu kreskę i mówi: tutaj wszystko było już jasne. Człowiek znajdujący się wtedy w Warszawie widział nie kreskę, lecz sprzeczne informacje, huk dział zza Wisły, samoloty nad miastem, polskich żołnierzy przeprawiających się przez rzekę i kolejne meldunki o traconych ulicach.
Powstanie trwało więc dalej nie dlatego, że jego dowódcy wierzyli jeszcze we własne militarne zwycięstwo. Trwało dlatego, że przez znaczną część września istniała różnica między niemożnością zwyciężenia Niemców a możliwością doczekania kogoś, kto mógł zmusić ich do odwrotu. Dopóki Praga była atakowana, dopóki przez Wisłę przeprawiali się żołnierze i dopóki utrzymywano Czerniaków, można było tę różnicę uznać za wystarczającą, aby walczyć następny dzień. Kiedy przyczółek upadł, różnica niemal zniknęła. Wtedy właśnie pytanie przestało brzmieć: „czy wytrzymamy do nadejścia pomocy?”, a zaczęło brzmieć: „ile jeszcze ludzi ma zginąć, zanim uznamy, że pomoc nie nadejdzie w formie zdolnej nas uratować?”.
Na tym polega najbardziej gorzka lekcja września 1944 roku. Powstania nie przedłużyła jedna wielka iluzja, lecz seria małych, całkiem racjonalnych nadziei, z których każda miała wystarczyć tylko na kilka następnych dni. Najpierw czekano na ruch frontu, potem na Pragę, następnie na przeprawę, później na utrzymanie Czerniakowa. Za każdym razem zwycięstwo znajdowało się jakby o jeden krok dalej. Dopiero gdy zabrakło następnego kroku, stało się jasne, że Warszawa nie kupuje już czasu potrzebnego do ocalenia Powstania, lecz płaci ludzkim życiem za czas, który nie prowadził już donikąd. Dlatego najtrudniejszą decyzją Bora nie było 1 sierpnia powiedzieć „walczymy”. Znacznie trudniej było we wrześniu rozpoznać dzień, w którym należało powiedzieć „wystarczy”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz