Fińscy cywile schodzą do schronu w Helsinkach podczas alarmu przeciwlotniczego w czasie wojny zimowej. Doświadczenie sowieckich bombardowań stało się jednym ze źródeł fińskiej kultury obrony cywilnej, której ciągłość widać również podczas ćwiczeń Suojaan 2026. Fot. Julius.jaa, Wikimedia Commons, CC BY 2.0.
W Finlandii znowu ćwiczą wojnę, ale nie na mapach sztabowych i nie podczas kolejnego seminarium poświęconego „budowaniu odporności”. W Kuopio ponad dwa tysiące ludzi bierze udział w ćwiczeniach obrony cywilnej. Schodzą do schronów, sprawdzają łączność, ćwiczą zachowanie podczas skażenia i przygotowują się na sytuację, w której nagle przestaje działać część infrastruktury, znika prąd, pojawiają się problemy z wodą, a służby ratownicze mają jednocześnie więcej zadań, niż są w stanie wykonać. W największym schronie w Kuopio można pomieścić około siedmiu tysięcy osób, więc nie chodzi tutaj o pokazową piwnicę przygotowaną dla telewizji, lecz o fragment rzeczywistego systemu ochrony ludności.
Gdy czyta się o tych ćwiczeniach z polskiej perspektywy, trudno oprzeć się pewnej złośliwości. My w podobnej sytuacji prawdopodobnie rozpoczęlibyśmy od konferencji pod tytułem „Odporność społeczeństwa wobec nowych wyzwań środowiska bezpieczeństwa”, podczas której odbyłyby się trzy panele, wystąpiłoby kilkunastu ekspertów, a na zakończenie wszyscy zgodziliby się, że należy podjąć dalsze działania. Finowie postępują mniej elegancko, ponieważ zamykają za ludźmi ciężkie drzwi schronu i sprawdzają, czy działa wentylacja. Jeżeli nie działa, nie powstaje z tego interesujący przyczynek do dalszej debaty, tylko ktoś dostaje polecenie, żeby ją naprawić.
Na tym polega jedna z najważniejszych różnic między naszymi państwami. Finlandia przez dziesięciolecia traktowała bezpieczeństwo jako praktyczną umiejętność państwa i społeczeństwa, podczas gdy Polska zbyt często traktowała je jako dziedzinę administracji, którą można uregulować ustawą, opisać w strategii i przekazać właściwej instytucji. Finowie przyjęli znacznie prostszą zasadę: jeżeli coś ma działać podczas wojny, trzeba regularnie sprawdzać to podczas pokoju. Nie jest przypadkiem, że tak rozumuje państwo mające 1340 kilometrów granicy z Rosją i bardzo dobrą pamięć historyczną.
Rok 1939 w Finlandii nigdy się do końca nie skończył
Wojna zimowa rozpoczęła się w listopadzie 1939 roku w warunkach, w których wynik starcia wydawał się przesądzony. Związek Sowiecki był mocarstwem liczącym ponad 160 milionów mieszkańców, dysponującym ogromną armią, lotnictwem, czołgami i przemysłem wojennym, podczas gdy Finlandię zamieszkiwało niespełna cztery miliony ludzi. Gdyby wojny rozstrzygały tabele porównujące liczbę dywizji, samolotów i dział, Stalin powinien był zakończyć całą operację szybko, a Finlandia zapewne podzieliłaby później los Litwy, Łotwy i Estonii.
Finowie nie mogli zlikwidować sowieckiej przewagi, więc zrobili coś znacznie rozsądniejszego: zaczęli odbierać jej znaczenie. Wykorzystali lasy, jeziora, śnieg, mróz, znajomość terenu oraz własną mobilność, zmuszając Armię Czerwoną do prowadzenia wojny w warunkach, w których ogromna przewaga liczebna nie zawsze dawała oczekiwane rezultaty. Rosjanie mogli rzucać do walki kolejne oddziały, ale każdy kilometr zdobywanego terenu zaczynał kosztować znacznie więcej, niż zakładano w Moskwie. Niewielka Finlandia nie mogła pokonać Związku Sowieckiego, lecz mogła sprawić, że jej podbój przestanie wyglądać jak łatwe przedsięwzięcie.
Ostatecznie Finowie musieli przyjąć ciężkie warunki pokoju, oddać część Karelii i ewakuować setki tysięcy mieszkańców, ale zachowali rzecz najważniejszą: własne państwo. Armia Czerwona nie zajęła Helsinek, Finlandia nie została republiką sowiecką, a jej ustrój przetrwał wojnę. Jeśli zwycięstwo mierzyć wyłącznie przesunięciem granicy, Finowie przegrali, natomiast jeśli zapytać, czy Stalin osiągnął wszystko, co mógł osiągnąć wobec wielokrotnie słabszego przeciwnika, odpowiedź przestaje być tak oczywista.
Najważniejsze jest jednak to, co Finlandia zrobiła z pamięcią tamtej wojny. Nie zamknęła jej w muzeum, nie ograniczyła do pomników Mannerheima i nie sprowadziła do corocznego składania wieńców, lecz zamieniła historyczne doświadczenie w bardzo praktyczną zasadę bezpieczeństwa. Niewielkie państwo graniczące z mocarstwem nie musi posiadać większej armii od przeciwnika, ale powinno być tak trudnym, kosztownym i niewygodnym celem, żeby agresor przed rozpoczęciem wojny musiał bardzo długo patrzeć na rachunek.
Nawet Muminki wiedzą, po co jest schron
Wojna pozostała w Finlandii nie tylko w doktrynach wojskowych, schronach i systemie mobilizacyjnym, lecz także w kulturze. Dobrym tego przykładem jest świat Tove Jansson, który dzisiaj kojarzy się z dziecięcą łagodnością, kubkami z Muminkami i sielankową Doliną, ale wyrastał z rzeczywistości znacznie mniej pogodnej. Jansson tworzyła pierwsze historie o Muminkach w cieniu wojny, bombardowań Helsinek i rozpadu bezpieczeństwa, a jej fantastyczny świat był również sposobem ucieczki od rzeczywistości, w której nagle wszystko mogło zostać utracone.
Pierwsza książka, Muminki i wielka powódź, jest opowieścią o rozdzielonej rodzinie, zagrożeniu, wędrówce i poszukiwaniu domu. Nie ma podstaw, żeby twierdzić, że Jansson napisała zakamuflowaną historię ewakuacji Karelii, ale podobieństwo doświadczenia jest zbyt wyraźne, żeby je całkowicie zignorować. Finlandia właśnie przeżyła utratę części terytorium, masowe przesiedlenia i dramat ludzi, którzy musieli opuścić swoje domy, więc opowieść o poszukiwaniu bezpiecznego miejsca trafiała do społeczeństwa, które bardzo dobrze wiedziało, że dom nie jest czymś gwarantowanym na zawsze.
Jeszcze ciekawsza jest Kometa nad Doliną Muminków, ponieważ w tej książce pojawia się niemal modelowy schemat reagowania na nadciągającą katastrofę. Mieszkańcy dowiadują się, że coś naprawdę groźnego zmierza w ich stronę, próbują ustalić skalę zagrożenia, wracają do bliskich, zabierają potrzebne rzeczy i przygotowują miejsce schronienia. Nie pokonują komety, nie próbują zaklinać rzeczywistości i nie przekonują siebie, że skoro dotychczas nic złego się nie wydarzyło, to tym razem również wszystko jakoś się rozejdzie. Katastrofy nie można odwołać, ale można się na nią przygotować.
To właśnie dlatego polskim elitom politycznym i administracyjnym bardzo przydałaby się lektura Komety nad Doliną Muminków. Nie dlatego, że Tove Jansson stworzyła podręcznik obrony cywilnej, lecz dlatego, że w książce dla dzieci zawarła prostą zasadę, z którą polskie państwo przez lata miało kłopot: możliwość katastrofy nie jest powodem do paniki, ale jest bardzo dobrym powodem do przygotowania. Kiedy wiadomo już, że kometa leci w naszą stronę, nie ma większego sensu organizować konferencji o definicji komety, powoływać zespołu do opracowania strategii reagowania na obiekty kosmiczne i zapowiadać konsultacji społecznych na następny kwartał. Trzeba po prostu sprawdzić, czy jaskinia nadaje się na schron i czy wszyscy wiedzą, jak do niej dotrzeć.
W tym sensie Muminki są bardziej fińskie, niż mogłoby się wydawać. W ich świecie można pić kawę, podróżować, urządzać przyjęcia i żyć całkiem normalnie, ale kiedy nadchodzi zagrożenie, wspólnota zaczyna działać, ludzie trzymają się razem, a schronienie nie jest oznaką histerii, tylko zdrowego rozsądku. Finlandia osiemdziesiąt lat później robi dokładnie to samo na poziomie państwa, dlatego tysiące ludzi w Kuopio schodzą do prawdziwych schronów i sprawdzają, czy wszystko działa. Polskim ministrom, wojewodom, prezydentom miast i zawodowym producentom strategii odporności można więc spokojnie wręczyć Kometę nad Doliną Muminków, bo jej podstawową myśl można zrozumieć szybciej niż niejeden kilkusetstronicowy dokument strategiczny.
Rosjanin patrzy na mapę, Fin patrzy na teren
Na zwykłej mapie politycznej 1340 kilometrów wspólnej granicy z Rosją wygląda jak wielka słabość Finlandii. Na mapie wojskowej sprawa staje się bardziej skomplikowana, ponieważ ogromna część tego obszaru składa się z lasów, jezior, bagien, stosunkowo nielicznych dróg i terenów, na których logistyka dużych związków zmechanizowanych szybko zaczyna przypominać koszmar. Finlandia nie jest oczywiście niemożliwa do zaatakowania, ale jest wyjątkowo niewygodnym miejscem do prowadzenia wielkiej operacji lądowej.
Od wojny zimowej minęło ponad osiemdziesiąt lat i technika wojskowa zmieniła się nie do poznania, jednak geografia zachowała zadziwiający konserwatyzm. Współczesny czołg widzi dalej, strzela celniej i jest znacznie szybszy od swoich poprzedników z 1939 roku, lecz nadal potrzebuje drogi, paliwa, amunicji i części zamiennych. Nie nauczył się również przejeżdżać przez każde jezioro, omijać wszystkich bagien ani samodzielnie dostarczać sobie paliwa. Drony i satelity zmieniły pole walki, ale nie usunęły z Finlandii ani jednego jeziora.
Finowie zbudowali więc system obronny odpowiadający własnej geografii, zamiast próbować stworzyć pomniejszoną kopię armii wielkiego mocarstwa. Nie mogą ścigać się z Rosją na liczbę mieszkańców i nigdy nie będą mieli tylu żołnierzy, ile Moskwa może teoretycznie skierować na front, dlatego ich odpowiedzią pozostają rezerwy, mobilizacja, znajomość terenu, artyleria, przygotowana infrastruktura i zdolność do prowadzenia długotrwałej obrony. Przeciwnik może przekroczyć granicę, ale powinien od pierwszego kilometra wiedzieć, że właśnie rozpoczął przedsięwzięcie znacznie łatwiejsze do rozpoczęcia niż do zakończenia.
Finlandia nie wstąpiła do NATO po to, żeby ktoś ją uratował
To chyba najbardziej godna podziwu cecha fińskiej polityki bezpieczeństwa. Finlandia przystąpiła do NATO nie jako państwo, które zlikwidowało własne możliwości obronne i teraz przedstawia Amerykanom rachunek, lecz jako kraj od dziesięcioleci przygotowujący się do sytuacji, w której przez pewien czas będzie musiał walczyć przede wszystkim własnymi siłami. Sojusz nie zastąpił fińskiej obrony, tylko został do niej dołożony, dzięki czemu istniejący wcześniej system otrzymał jeszcze potężniejszą warstwę odstraszania.
Przed wejściem Finlandii do NATO pojawiał się argument, że Sojusz bierze na siebie nowy ciężar, ponieważ nagle będzie musiał bronić dodatkowych 1340 kilometrów granicy z Rosją. Brzmiało to logicznie tylko do chwili, kiedy przypomniało się, co znajduje się po fińskiej stronie tej granicy. NATO nie przyjmowało przecież pustego terytorium zamieszkanego przez ludzi oczekujących na przyjazd amerykańskiej kawalerii, lecz państwo posiadające rozbudowany system rezerw, dużą artylerię, nowoczesne lotnictwo, doświadczenie mobilizacyjne oraz społeczeństwo przyzwyczajone do myślenia o własnej obronie.
Rosja otrzymała natomiast bardzo konkretny problem, ponieważ dawna granica z państwem neutralnym stała się granicą NATO. Petersburg znalazł się blisko przestrzeni sojuszniczej, Zatoka Fińska zmieniła swoją sytuację strategiczną, a rosyjscy planiści muszą brać pod uwagę północny kierunek w stopniu nieporównanie większym niż dawniej. Każdy rosyjski oddział, system przeciwlotniczy, magazyn i lotnisko potrzebne do zabezpieczenia tego obszaru oznaczają zasoby, których nie można wykorzystać pod Charkowem, w rejonie państw bałtyckich czy gdziekolwiek indziej.
Dobre odstraszanie nie polega na codziennym przekonywaniu przeciwnika, że zostanie całkowicie zniszczony. Wystarczy doprowadzić do sytuacji, w której przed rozpoczęciem wojny zacznie liczyć koszty i dojdzie do wniosku, że wynik rachunku wygląda wyjątkowo nieprzyjemnie. Finlandia przez całe dziesięciolecia budowała właśnie taki rachunek.
Polska również miała rok 1939, tylko wyciągnęła z niego inne wnioski
Porównanie z Polską robi się w tym miejscu niewygodne, ponieważ trudno zasłaniać się brakiem doświadczenia historycznego. Mieliśmy wrzesień 1939 roku, okupację niemiecką i sowiecką, Powstanie Warszawskie, stalinizm oraz czterdzieści lat życia w cieniu Związku Sowieckiego, więc historia dostarczyła nam aż nadto powodów, aby możliwość wielkiej wojny traktować poważnie. Mimo to po zakończeniu zimnej wojny zachowywaliśmy się przez wiele lat tak, jakby historia właśnie została odwołana.
Obrona cywilna niszczała razem ze swoją infrastrukturą, część schronów zmieniała przeznaczenie, procedury pozostawały na papierze, a zwykły obywatel coraz mniej wiedział o tym, co właściwie powinien zrobić podczas prawdziwego kryzysu. Przyzwyczailiśmy się do wygodnego modelu, w którym w razie problemu należy zadzwonić pod odpowiedni numer, a po chwili przyjedzie straż pożarna, policja, pogotowie albo inna właściwa służba. W czasie pokoju system ten działa znakomicie, tylko że wojna ma paskudny zwyczaj powodowania kilku tysięcy problemów jednocześnie.
Członkostwo w NATO dodatkowo ułatwiło nam zapomnienie o tym ograniczeniu, ponieważ Sojusz zaczęliśmy czasami traktować jak polisę ubezpieczeniową. Polska kupuje czołgi, samoloty i rakiety, natomiast w razie największego nieszczęścia pojawią się Amerykanie, którzy razem z pozostałymi sojusznikami załatwią resztę. Finowie, mimo wieloletniej neutralności, zachowali znacznie zdrowszą zasadę, według której sojusznik może pomóc państwu walczącemu, ale nie może za jego obywateli przeżyć pierwszych godzin wojny.
Polska zaczęła wreszcie nadrabiać zaległości i dobrze, że to robi. Pojawiła się ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej, przeznaczono miliardy złotych na budowle ochronne, magazyny, systemy alarmowania oraz wyposażenie, a sam temat powrócił do polityki państwa po latach niemal całkowitego zapomnienia. Nie ma jednak szczególnego powodu, żebyśmy już teraz bili sobie brawo, ponieważ Finlandia udoskonala system rozwijany przez pokolenia, podczas gdy my dopiero próbujemy odbudować coś, co przez wiele lat pozwalaliśmy sobie zaniedbywać.
Schron musi mieć drzwi, które się otwierają
Najbardziej podoba mi się fińskie przywiązanie do sprawdzania rzeczy oczywistych. Jeżeli w dokumentach znajduje się schron dla kilku tysięcy ludzi, Finowie chcą wiedzieć, czy rzeczywiście można tych ludzi do niego wprowadzić, uruchomić wentylację, zapewnić wodę, rozłożyć miejsca do spania i utrzymać wszystko w ruchu wtedy, kiedy na powierzchni nie ma prądu. Dopiero po takim sprawdzianie schron jest elementem systemu bezpieczeństwa, a wcześniej pozostaje przede wszystkim pozycją w ewidencji.
W Polsce bardzo lubimy wiedzieć, ile czego posiadamy, dlatego możemy policzyć miejsca schronienia, agregaty, syreny, zapasy i procedury. Znacznie ciekawiej zrobiłoby się wtedy, gdyby na jednym dużym osiedlu naprawdę ogłoszono ćwiczenia, wyłączono część zasilania i sprawdzono, ilu mieszkańców wie, gdzie ma pójść, kto posiada klucze, czy wentylacja działa, jak długo wystarczy paliwa do agregatu i w jaki sposób do miejsca schronienia dotrze człowiek poruszający się na wózku. Dopiero wtedy dowiedzielibyśmy się, ile naszego bezpieczeństwa istnieje w rzeczywistości, a ile wyłącznie w arkuszu kalkulacyjnym.
Takie ćwiczenie prawdopodobnie zakończyłoby się wykryciem dziesiątek problemów, co byłoby jego największym sukcesem. Awaria wentylacji podczas ćwiczeń kosztuje naprawę, trochę pieniędzy i kilka nieprzyjemnych rozmów, natomiast ta sama awaria podczas nalotu może kosztować ludzkie życie. Finlandia od dawna rozumie, że lepiej skompromitować się podczas ćwiczeń niż wykazać perfekcyjną zgodność dokumentacji, a później odkrywać rzeczywisty stan systemu wtedy, kiedy nad miastem latają rakiety.
Trzy dni, podczas których państwo może nie przyjechać
Z podobnej logiki wynika fińska zasada 72 godzin, według której gospodarstwo domowe powinno potrafić funkcjonować przez trzy doby bez normalnie działającej infrastruktury. Nie chodzi o kopanie bunkra w ogródku, kupowanie noża komandosa ani magazynowanie fasoli do 2047 roku, lecz o wodę, jedzenie, lekarstwa, radio, źródło światła i podstawowe rzeczy pozwalające rodzinie przeżyć pierwsze dni poważnego kryzysu.
Matematyka jest tutaj bezlitosna, ponieważ jeżeli po dużym ataku rakietowym kilka milionów ludzi będzie jednocześnie potrzebowało wody, żywności, transportu, informacji i pomocy medycznej, żadne państwo nie będzie posiadało wystarczającej liczby strażaków, karetek, generatorów i ciężarówek. Jeżeli jednak znaczna część społeczeństwa potrafi przez pierwsze trzy doby poradzić sobie samodzielnie, służby mogą skoncentrować się na szpitalach, rannych, osobach starszych i miejscach najbardziej dotkniętych atakiem. Samodzielny obywatel nie osłabia państwa, lecz zwalnia jego zasoby dla tych, którzy rzeczywiście bez pomocy sobie nie poradzą.
W Polsce zbyt długo przyzwyczajaliśmy ludzi do przekonania, że odpowiednia służba zawsze przyjedzie. Podczas prawdziwej wojny straż pożarna może jednak gasić dziesięć pożarów jednocześnie, pogotowie może mieć więcej rannych niż karetek, sieć komórkowa może przestać działać, a policja może wykonywać zadania, których w czasie pokoju nawet nie bierze się pod uwagę. Finowie nie ukrywają przed własnymi obywatelami tej możliwości i właśnie dlatego przygotowują ich wcześniej.
Najdroższy czołg nie zagotuje wody
Polska słusznie przeznacza ogromne pieniądze na armię, ponieważ bez czołgów, artylerii, lotnictwa, rakiet, dronów, amunicji i obrony przeciwlotniczej cała reszta przygotowań niewiele pomoże. Rosyjskiego czołgu nie zatrzyma instrukcja zachowania podczas alarmu, a rakiety nie zestrzeli najlepiej wyposażony schron, dlatego modernizacja wojska pozostaje podstawowym elementem odstraszania. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy zaczynamy uważać, że zakup uzbrojenia automatycznie rozwiązuje również problem odporności całego państwa.
Wojna na Ukrainie pokazała, jak szybko front wchodzi do mieszkań ludzi oddalonych od niego o setki kilometrów. Pocisk trafiający w elektrownię nie musi zabić ani jednego żołnierza, aby dziesiątki tysięcy ludzi zostały bez prądu i ogrzewania, a uderzenie w wodociągi, linię kolejową albo centrum łączności może sparaliżować normalne życie całego miasta. Najnowocześniejszy czołg stojący sto kilometrów dalej nie uruchomi pompy wodociągowej, nie dostarczy insuliny do szpitala i nie zagotuje wody rodzinie siedzącej w ciemnym mieszkaniu.
Finlandia właśnie dlatego nie oddziela tak wyraźnie obrony wojskowej od odporności państwa. Armia, rezerwy, administracja, przedsiębiorstwa, infrastruktura, samorządy i mieszkańcy są różnymi częściami tego samego mechanizmu, ponieważ przeciwnik również nie będzie uprzejmie ograniczał się do atakowania koszar. Polska zaczyna wracać do podobnego sposobu myślenia, ale nadrobienie wieloletnich zaległości będzie wymagało czegoś więcej niż pieniędzy, ponieważ trzeba jeszcze odbudować nawyk traktowania bezpieczeństwa jako wspólnej odpowiedzialności.
Finowie nie są rusofobami, tylko geografami
W fińskim podejściu szczególnie imponuje brak potrzeby ciągłego demonstrowania emocji. Finlandia nie musi codziennie ogłaszać, że kocha albo nienawidzi Rosję, ponieważ wystarczy spojrzeć na mapę i przeczytać kilka rozdziałów własnej historii. Rosja znajduje się po drugiej stronie granicy niezależnie od aktualnego stanu stosunków dyplomatycznych, a 1340 kilometrów wspólnej granicy nie skróci się nawet wtedy, kiedy na Kremlu pojawi się najbardziej sympatyczny rosyjski przywódca od czasów Piotra Wielkiego.
Dlatego fiński system nie został zbudowany przeciwko Putinowi i nie zniknie razem z Putinem. Ma działać przy obecnym rosyjskim przywódcy, przy jego następcy i przy każdym kolejnym człowieku, który mógłby dojść do wniosku, że rosyjskie bezpieczeństwo wymaga przesunięcia granic sąsiadów. Tak wygląda poważna polityka bezpieczeństwa, ponieważ nie próbuje zgadywać, jaki charakter będzie miał przyszły władca sąsiedniego mocarstwa, tylko przygotowuje państwo na możliwość, że kiedyś pojawi się ten najgorszy.
Polska zbyt często przechodziła od jednej skrajności do drugiej, raz zachowując się tak, jakby Rosja miała zostać normalnym europejskim partnerem, a później odkrywając, że zagrożenie ze wschodu wymaga natychmiastowego nadrabiania wieloletnich zaniedbań. Finowie wybrali rozwiązanie znacznie mniej widowiskowe, ponieważ niezależnie od temperatury stosunków z Moskwą utrzymywali system, który miał działać wtedy, kiedy temperatura tych stosunków spadnie znacznie poniżej zera.
Nie trzeba wymyślać polskiego modelu, skoro fiński już działa
Polska nie musi tworzyć od początku wielkiej narodowej filozofii odporności. Kilkaset kilometrów od nas istnieje państwo mające podobne doświadczenia historyczne, graniczące z tym samym potencjalnym przeciwnikiem i rozwijające od dziesięcioleci system, którego skuteczność można obserwować w praktyce. Zamiast organizować kolejną debatę o tym, jaki powinien być „polski model”, można po prostu dokładnie przyjrzeć się Finlandii, skopiować to, co nadaje się do skopiowania, i dostosować resztę do polskiej geografii oraz liczby ludności.
Trzeba budować schrony podwójnego zastosowania, które podczas pokoju mogą być parkingami, magazynami, obiektami sportowymi albo inną częścią miejskiej infrastruktury, a podczas kryzysu szybko odzyskują funkcję ochronną. Trzeba regularnie ćwiczyć blackouty, ewakuację, utratę łączności i działanie samorządów przy częściowo sparaliżowanej administracji, natomiast szkoły, wspólnoty mieszkaniowe i przedsiębiorstwa powinny znać swoje zadania jeszcze zanim ktoś usłyszy pierwszy alarm. Przygotowanie obywatela na pierwsze 72 godziny powinno być równie normalne jak apteczka samochodowa, ponieważ podczas prawdziwego kryzysu najcenniejszym zasobem państwa będzie czas.
Nie oznacza to życia w permanentnym strachu przed wojną, czego najlepszym dowodem pozostaje sama Finlandia. Finowie normalnie pracują, prowadzą przedsiębiorstwa, wychowują dzieci, jeżdżą na wakacje i chodzą do sauny, a jednocześnie wiedzą, gdzie znajduje się schron i dlaczego warto mieć w domu zapas wody. Człowiek posiadający gaśnicę nie spędza przecież każdego wieczoru na oczekiwaniu pożaru, lecz po prostu nie chce zostać bezradny wtedy, kiedy pożar rzeczywiście wybuchnie.
Finlandia ćwiczy, a Polska musi wreszcie wyjść z sali konferencyjnej
Ćwiczenia w Kuopio są interesujące nie dlatego, że kilka tysięcy ludzi zeszło pod ziemię, lecz dlatego, że za ciężkimi drzwiami schronu widać całą filozofię państwa. Finlandia przez dziesięciolecia nie pozwoliła sobie zapomnieć, że pokój jest stanem pożądanym, ale nie jest prawem natury, natomiast wojna zimowa nauczyła ją, że nawet małe państwo może skutecznie odstraszać znacznie silniejszego przeciwnika, jeżeli potrafi sprawić, że agresja będzie kosztowna od pierwszego dnia. Dzisiejsi Finowie rozszerzyli tę logikę z armii na całe społeczeństwo, dlatego schron, rezerwista, przedsiębiorstwo energetyczne i zapas wody w mieszkaniu należą do tego samego systemu bezpieczeństwa.
Polska ma większą gospodarkę, większą liczbę mieszkańców i możliwości finansowe pozwalające stworzyć system przynajmniej równie skuteczny. Nie istnieje więc żadne materialne prawo natury skazujące nas na gorsze przygotowanie, a problemem pozostaje przede wszystkim kultura państwa, które przez zbyt wiele lat uważało bezpieczeństwo za sprawę wojska, policji, straży pożarnej i urzędników. Teraz wydajemy wreszcie poważne pieniądze na ochronę ludności, ale kolejnym etapem powinno być bezlitosne sprawdzanie wszystkiego w praktyce, aż kolejne ćwiczenia przestaną ujawniać te same błędy.
Finowie właśnie robią dokładnie to, co Polska powinna zacząć robić na dużą skalę: sprawdzają, co przestanie działać, kiedy normalny świat zostanie na chwilę wyłączony, a następnie poprawiają system, zanim przyjdzie prawdziwy kryzys. Jeżeli kiedyś nadejdzie dzień próby, nie będzie czasu na przygotowanie panelu poświęconego odporności społeczeństwa, ponieważ trzeba będzie otworzyć schrony, uruchomić agregaty, dostarczyć wodę, zebrać rezerwistów i utrzymać państwo w ruchu.
Finlandia może nam więc służyć nie jako temat kolejnej konferencji, lecz jako całkiem dobra instrukcja obsługi państwa, które ma Rosję niedaleko swoich granic. Najrozsądniejszą rzeczą, jaką Polska może zrobić, jest tę instrukcję dokładnie przeczytać, skopiować wszystko, co u nas może działać, a potem zamknąć laptopy, zwinąć roll-upy i wyjść z sali konferencyjnej, żeby wreszcie zacząć ćwiczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz