W niedzielę 3 września 1939 roku Warszawa na chwilę zapomniała o wojnie, która trwała już trzeci dzień. Wiadomość, że Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom, wyprowadziła ludzi na ulice. Przed ambasadą brytyjską zebrał się tłum, pojawiły się flagi, rozległy się okrzyki i hymn. Po południu do wojny przystąpiła także Francja. Dla mieszkańców miasta nie były to suche komunikaty dyplomatyczne. Oznaczały, że Polska nie została sama, że niemiecki napad przestał być lokalną wojną, a Hitler będzie musiał zmierzyć się z potęgami, które zwyciężyły w 1918 roku.
Radość warszawiaków bywa dziś
przedstawiana jako dowód naiwności. Łatwo uśmiechać się nad archiwalną
fotografią, wiedząc, że francuskie czołgi nie ruszyły w stronę Renu, a
brytyjskie samoloty nie pojawiły się nad polskim frontem. Ludzie stojący pod
ambasadą nie znali jednak przyszłości. Wiedzieli natomiast, że Polska miała
układy sojusznicze, a wojna przeciw Niemcom została pomyślana jako wojna
koalicji. Nie oczekiwali cudu. Oczekiwali wykonania zobowiązań, na których
oparto bezpieczeństwo państwa.
Polski plan wojny nie zakładał
samodzielnego pokonania III Rzeszy. Armia miała stawić opór, związać możliwie
duże siły niemieckie i doczekać uderzenia Francji na zachodzie. W maju 1939
roku podczas rozmów wojskowych przyjęto, że francuskie lotnictwo podejmie
działania od początku wojny, a główna ofensywa lądowa ruszy piętnastego dnia od
rozpoczęcia mobilizacji. Z polskiego punktu widzenia nie był to dodatek do
planu „Zachód”, lecz jego warunek. Bez presji na zachodnią granicę Niemiec
Wehrmacht mógł skoncentrować niemal cały wysiłek przeciw Polsce.
Trzeciego września zobowiązanie
polityczne zostało wykonane. Brytyjskie ultimatum wygasło o godzinie jedenastej
czasu londyńskiego, a Neville Chamberlain ogłosił, że Wielka Brytania znajduje
się w stanie wojny z Niemcami. Francja wypowiedziała wojnę kilka godzin
później. Hitler, który liczył na kolejne ustępstwo zachodnich demokracji,
przeliczył się. Wojna polsko-niemiecka stała się konfliktem europejskim, a
później światowym. Była to zmiana ogromna, ale jej skutki miały nadejść zbyt
późno dla Polski.
Pomiędzy wypowiedzeniem wojny a jej
prowadzeniem istniała przepaść. Wielka Brytania była potęgą morską i
gospodarczą, lecz na początku września nie dysponowała armią lądową zdolną
natychmiast uderzyć na Niemcy. Londyn przygotowywał blokadę, rozwijał siły
powietrzne i wysyłał korpus ekspedycyjny do Francji. Były to działania ważne w
perspektywie długiej wojny. Nad Bzurą, pod Piotrkowem i na Pomorzu nie mogły
jednak zatrzymać ani jednego niemieckiego korpusu pancernego.
Inaczej wyglądało położenie
Francji. Jej armia należała do największych na świecie, posiadała ciężką
artylerię, broń pancerną i rozbudowany system mobilizacyjny. Większość
nowoczesnych niemieckich dywizji walczyła w Polsce, a zachodniej granicy Rzeszy
strzegły słabsze oddziały. Niemieckie dowództwo podjęło ryzyko, ponieważ
zakładało, że Francuzi nie rozpoczną od razu wielkiej ofensywy. Kalkulacja
okazała się trafna.
Francuscy żołnierze nie spędzili
całego września w bunkrach. Ograniczone działania w Zagłębiu Saary rozpoczęły
się kilka dni po wypowiedzeniu wojny. Oddziały przekroczyły granicę, zajęły
opuszczone miejscowości i posunęły się miejscami na głębokość około ośmiu
kilometrów. Niemcy wycofali ludność z pasa przygranicznego, pozostawili miny i
niewielkie siły osłonowe. Nie doszło do starcia z głównymi umocnieniami Linii
Zygfryda ani do operacji, która zmusiłaby Hitlera do przerzucenia na zachód
znacznej części wojsk walczących w Polsce.
Tytułowe stwierdzenie, że Francuzi
pozostali za Linią Maginota, nie jest więc dosłownym opisem ruchu wojsk. Wyszli
poza własne umocnienia, ale nie wyszli z logiki, którą te umocnienia symbolizowały.
Posuwali się ostrożnie, rozpoznawali teren i czekali na pełne rozwinięcie
mobilizacji. Każdy kilometr traktowano jak zapowiedź wielkiej bitwy
materiałowej, chociaż po drugiej stronie nie stała niemiecka armia z 1914 roku,
lecz stosunkowo słaba osłona frontu.
Za tą ostrożnością kryło się
doświadczenie pierwszej wojny światowej. Francja straciła w niej ponad milion
żołnierzy, a pamięć Verdun i ofensyw kończących się tysiącami zabitych nadal
kształtowała sposób myślenia dowódców i społeczeństwa. Generał Maurice Gamelin
nie chciał rzucać nie w pełni zmobilizowanej armii przeciw umocnieniom.
Zamierzał prowadzić wojnę długą, wykorzystać przewagę gospodarczą aliantów i
zaczekać, aż brytyjskie siły lądowe osiągną odpowiednią liczebność. Taka
strategia mogła mieć sens dla państwa osłoniętego fortyfikacjami i kanałem La
Manche. Dla Polski, której armie cofały się każdego dnia, oznaczała wyrok.
Sojusznicy żyli w innym rytmie niż
polski front. W Paryżu i Londynie myślano miesiącami oraz latami, w Warszawie
liczono dni. Kiedy francuskie patrole wchodziły do opuszczonych wsi w Saarze,
Armia „Pomorze” była już rozbita, Armia „Łódź” wycofywała się ku Wiśle, a
odwodowa Armia „Prusy” przestawała istnieć jako zwarty związek operacyjny.
Dziewiątego września rozpoczęła się bitwa nad Bzurą, największe polskie
uderzenie kampanii. Nawet wtedy silna ofensywa na zachodzie mogła zmusić
Niemców do podjęcia trudnych decyzji, lecz francuskie działania nie stworzyły
takiego zagrożenia.
Dwunastego września w Abbeville
zebrała się Najwyższa Rada Wojenna Wielkiej Brytanii i Francji. Przywódcy obu
państw postanowili przygotowywać się do długiej wojny i nie podejmować wielkiej
operacji lądowej przeciw Niemcom. Ograniczono również działania powietrzne,
obawiając się odwetu na własne miasta. Decyzja zapadła w chwili, gdy polskie
dowództwo nadal oczekiwało ofensywy przewidzianej w ustaleniach wojskowych.
Warszawa nie otrzymała jasnej informacji, że zachodni sojusznicy porzucili
zamiar udzielenia Polsce realnej pomocy w trwającej kampanii.
Abbeville obrosło później legendą
tajnego wyroku wydanego na Polskę. Rzeczywistość była mniej teatralna, a przez
to bardziej gorzka. Chamberlain, Édouard Daladier i Gamelin nie spotkali się po
to, aby zdradzić Polaków podczas jednej narady. Potwierdzili strategię, której
zasadnicze założenia ukształtowały się wcześniej: unikać kosztownej ofensywy,
budować przewagę i prowadzić wojnę na wyczerpanie. Polska została poświęcona
nie w wyniku jednego spisku, lecz dlatego, że jej ocalenie nie było dla
sojuszników warte ryzyka, które uważali za nadmierne.
Słowo „zdrada” budzi spór, ponieważ
miesza dwie różne sprawy. W sensie politycznym Wielka Brytania i Francja nie
porzuciły Polski tak, jak rok wcześniej porzuciły Czechosłowację. Wypowiedziały
Niemcom wojnę i nie zawarły z Hitlerem kolejnego układu ponad głowami Polaków.
Od tej chwili Niemcy musiały liczyć się z konfliktem, którego ostatecznie nie
mogły wygrać. W sensie wojskowym zobowiązanie do odciążenia polskiego frontu
nie zostało jednak wykonane. Francuska demonstracja w Saarze nie odpowiadała
ani wcześniejszym ustaleniom, ani sytuacji armii polskiej.
Nie istniała pewność, że energiczne
francuskie uderzenie natychmiast uratowałoby Polskę. Armia francuska
potrzebowała czasu na rozwinięcie, teren przygraniczny był trudny, a Linia
Zygfryda stanowiła rzeczywistą przeszkodę. Niemcy mogli także dokończyć
zasadniczą część kampanii polskiej, zanim przerzuciliby wojska na zachód. Z
tych zastrzeżeń nie wynika jednak, że ofensywa nie miała sensu. Wehrmacht
walczył wówczas z głównymi siłami daleko od Renu, jego zapasy nie były
niewyczerpane, a niemieckie dowództwo obawiało się wojny na dwa fronty.
Francuzi mieli najlepszą podczas całej wojny okazję, aby zaatakować Niemcy od
zachodu przy minimalnej liczbie niemieckich dywizji w polu.
Zachodnia bierność przyniosła
Hitlerowi nagrodę większą niż zajęte przygraniczne wsie mogły mu odebrać.
Pozwoliła pobić Polskę po kolei, bez konieczności prowadzenia poważnych walk na
dwóch frontach. Po zakończeniu kampanii Wehrmacht przerzucił siły na zachód,
uzupełnił straty i przygotował uderzenie na Francję. W maju 1940 roku Niemcy
obeszli Linię Maginota przez Ardeny, a państwo, które nie chciało ryzykować
ofensywy we wrześniu, samo zostało pokonane w ciągu sześciu tygodni. Ostrożność
nie ocaliła Francji. Dała przeciwnikowi czas, którego odmówiono Polsce.
Brytyjskie i francuskie
wypowiedzenie wojny nie było mimo wszystko gestem pustym. Utrzymało sprawę
polską po stronie walczącej koalicji, przekreśliło możliwość trwałego
zalegalizowania niemieckiego podboju i rozpoczęło konflikt, który zakończył się
zniszczeniem III Rzeszy. Polacy zapłacili jednak za tę perspektywę cenę
natychmiastową. Państwo zostało rozbite, ziemie podzielili dwaj agresorzy, a
okupacja rozpoczęła planowe niszczenie elit i ludności cywilnej. Zwycięstwo
koalicji w 1945 roku nie przywróciło Polsce granic ani pełnej suwerenności
sprzed wojny.
Trzeciego września pod ambasadą
brytyjską wiwatowano zatem nie bez powodu. Hitler rzeczywiście stracił szansę
na zamknięcie napaści na Polskę w granicach krótkiego konfliktu regionalnego.
Ludzie na warszawskiej ulicy mieli prawo wierzyć, że wraz z deklaracjami
nadejdą działania. Nie wiedzieli, że dla Londynu i Paryża właśnie zaczynała się
długa wojna, podczas gdy dla Polski czas już się kończył. W sensie prawnym
Rzeczpospolita przestała być sama. Na polu bitwy nadal walczyła samotnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz