Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 7 września 2026

Pierwsze rozmowy o kapitulacji. Czy Bór powinien zakończyć walkę?

 





















Żołnierze Armii Krajowej z batalionu „Kiliński” po kapitulacji Powstania Warszawskiego. Fotografia z kolekcji Ministry of Information Second World War Press Agency Print Collection, Imperial War Museums, HU 105393. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons. Domena publiczna – wygasły brytyjski Crown Copyright.

Kapitulacja jest jednym z tych słów, które z bezpiecznej odległości brzmią znacznie prościej niż w chwili, kiedy trzeba je wypowiedzieć. Na początku września 1944 roku Warszawa walczyła już ponad miesiąc, Stare Miasto zostało utracone, Powiśle padało, szpitale były przepełnione, brakowało amunicji, wody i żywności, a niemiecka przewaga materialna z każdym dniem stawała się bardziej przygniatająca. Można było nadal bronić domu, barykady albo ulicy i nawet odnosić lokalne sukcesy, ale coraz trudniej było odpowiedzieć na pytanie, jaki cel strategiczny może jeszcze osiągnąć całe Powstanie. Właśnie wtedy Tadeusz Komorowski „Bór” musiał zacząć myśleć nie o tym, jak walczyć dalej, lecz o znacznie trudniejszej rzeczy: kiedy przestać.

Nie świadczyło to o załamaniu dowódcy. Przeciwnie, dowódca, który potrafi rozpocząć bitwę, lecz nie potrafi rozpoznać chwili, kiedy należy ją zakończyć, zna tylko połowę swojego zawodu. Powstanie nie zostało przecież rozpoczęte po to, aby walczyć sześćdziesiąt trzy dni, stworzyć legendę albo pozostawić potomnym materiał do sporów. Miało konkretny cel polityczny i wojskowy: opanować Warszawę w chwili zbliżania się Armii Czerwonej, ujawnić struktury Polskiego Państwa Podziemnego i wystąpić wobec Sowietów w roli gospodarza stolicy. Na początku września cel ten stawał się coraz trudniejszy do osiągnięcia własnymi siłami, a dalsza walka nabierała sensu przede wszystkim pod warunkiem, że wydarzy się coś, na co AK nie miała wpływu — że front sowiecki wreszcie ruszy.

Pierwsze kontakty z Niemcami nie zaczęły się jednak od pytania o złożenie broni, lecz od znacznie bardziej konkretnego problemu ludności cywilnej. 7 września Maria Tarnowska z Polskiego Czerwonego Krzyża prowadziła rozmowy dotyczące możliwości wyprowadzenia cywilów z miasta. Niemcy zgodzili się na czasowe zawieszenie ognia i część mieszkańców skorzystała z możliwości opuszczenia Warszawy. Po rzezi Woli, po masakrach na Ochocie i po tym, co stało się z rannymi pozostawionymi na Starym Mieście, nawet samo doprowadzenie do rozmowy miało znaczenie. Pokazywało również, że między bezwarunkowym prowadzeniem walki a natychmiastową kapitulacją istnieje przestrzeń negocjacji, której dowództwo AK nie mogło już ignorować.

Dwa dni później sprawa weszła na zupełnie inny poziom. 9 września w Domu Akademickim przy placu Narutowicza ppłk Franciszek Herman „Bogusławski” i kpt. Alfred Korczyński „Sas”, wysłani przez dowództwo AK, spotkali się z gen. Güntherem Rohrem. Strona polska była zainteresowana przede wszystkim sprawami humanitarnymi, w tym losem cywilów i rannych, lecz Rohr zaproponował rozszerzenie rozmów na kapitulację całego Powstania. Nie był to jeszcze moment składania broni, ale po raz pierwszy możliwość zakończenia walk przestała być szeptem krążącym po piwnicach i sztabach. Znalazła się na stole negocjacyjnym.

Bór miał wszelkie powody, żeby tych drzwi nie zamykać. Położenie wojskowe Warszawy pogarszało się szybciej, niż można było uzupełniać straty, a każdy kolejny dzień kosztował życie nie tylko żołnierzy, którzy świadomie zdecydowali się walczyć, lecz również ludzi przypadkowo uwięzionych między niemiecką artylerią a powstańczą barykadą. To właśnie w tym miejscu argument o honorze zaczyna być niebezpieczny. Honor może nakazać żołnierzowi pozostać na pozycji, ale dowódca nie ma prawa używać honoru jako zamiennika kalkulacji, zwłaszcza gdy jego decyzja dotyczy setek tysięcy cywilów. Rozmowa o kapitulacji nie była więc zdradą Powstania. Była jednym z obowiązków człowieka, który za Powstanie odpowiadał.

Sytuację zmieniała także kwestia statusu żołnierzy AK. Niemcy przez znaczną część Powstania przedstawiali ich jako „bandytów”, co nie było jedynie propagandową obelgą, ponieważ za tym określeniem kryła się możliwość odmowy praw należnych jeńcom wojennym. Pod koniec sierpnia Wielka Brytania i Stany Zjednoczone uznały prawa kombatanckie Armii Krajowej, a we wrześniu także po stronie niemieckiej pojawiła się gotowość traktowania powstańców jako żołnierzy. Ewentualna kapitulacja zaczynała więc wyglądać inaczej niż kilka tygodni wcześniej. Bór mógł przynajmniej próbować wyprowadzić swoich ludzi z Warszawy do niewoli jako żołnierzy, zamiast pozostawiać ich Niemcom jako rzekomych uczestników „bandyckiego buntu”.

Gdyby sytuacja rozwijała się nadal w tym kierunku, zapewne dzisiaj pytalibyśmy przede wszystkim, dlaczego Powstanie nie zakończyło się około 10 września. Historia zrobiła jednak Borowi rzecz znacznie gorszą niż postawienie go przed oczywistą klęską: podsunęła mu w ostatniej chwili całkiem wiarygodną nadzieję. 10 września wojska 1. Frontu Białoruskiego rozpoczęły natarcie na niemieckie pozycje na Pradze. Po tygodniach oczekiwania front naprawdę się poruszył, a dla dowódcy AK nie była to informacja polityczna ani propagandowa, lecz fakt wojskowy, który mógł w ciągu kilku dni całkowicie zmienić sytuację Warszawy.

11 września dowództwo AK przerwało rozmowy kapitulacyjne, a Bór zwrócił się o pomoc do marszałka Konstantego Rokossowskiego. Po wojnie Komorowski przyznawał, że oczekiwanie na Rosjan wpłynęło na decyzję o kontynuowaniu walk i że bez tej nadziei porozumienie z Niemcami mogło zostać zawarte już wtedy. To wyznanie jest ważniejsze od wielu późniejszych prób przedstawiania Bora albo jako nieodpowiedzialnego romantyka, albo jako nieomylnego dowódcy. Pokazuje człowieka prowadzącego bardzo prosty i bardzo ryzykowny rachunek: jeżeli Armia Czerwona rzeczywiście wchodzi do Warszawy, trzeba wytrzymać jeszcze kilka dni; jeżeli nie wejdzie, trzeba kończyć.

Z dzisiejszej perspektywy można oczywiście powiedzieć, że należało kapitulować natychmiast, ale byłoby to sądzenie Bora z pomocą kalendarza, którego on nie posiadał. My wiemy, że Stalin nie uratuje politycznej pozycji AK, że sowieckie dojście do Wisły nie zamieni się w wielką operację mającą ocalić Powstanie i że późniejsze przeprawy oddziałów 1. Armii Wojska Polskiego zakończą się dramatem. Bór 11 września wiedział natomiast, że front sowiecki ruszył. Musiał więc brać pod uwagę również odwrotną katastrofę: możliwość podpisania kapitulacji na kilka dni przed nadejściem pomocy, na którą Warszawa czekała od 1 sierpnia.

Co więcej, następne wydarzenia początkowo wyglądały tak, jak gdyby potwierdzały jego decyzję. 14 września Praga została zdobyta przez wojska sowieckie i polskie, a Armia Czerwona stanęła nad Wisłą. Niedługo później żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego rzeczywiście zaczęli przeprawiać się na lewy brzeg i walczyć na Czerniakowie. Oznacza to, że nadzieja Bora nie była fantazją stworzoną w sztabie oderwanym od rzeczywistości. Pomoc zza Wisły rzeczywiście nadeszła, lecz przyszła w skali niewystarczającej, bez wsparcia pozwalającego rozwinąć przyczółki i bez wielkiej sowieckiej operacji, która mogłaby zmienić los Powstania.

Właśnie dlatego zarzut wobec Bora trzeba postawić inaczej. Problemem nie było samo przerwanie rozmów 11 września, ponieważ w świetle informacji dostępnych tego dnia decyzję można obronić. Problem tkwił w konstrukcji całej kalkulacji: Warszawa miała walczyć dalej dlatego, że spodziewano się działania mocarstwa, nad którego decyzjami AK nie miała najmniejszej kontroli. Co gorsza, Stalin nie był neutralnym sojusznikiem zastanawiającym się wyłącznie nad problemami operacyjnymi. Armia Krajowa podporządkowana rządowi w Londynie była dla niego przyszłym przeciwnikiem politycznym, a zwycięskie Powstanie stawiałoby Kreml przed bardzo niewygodną sytuacją — wejściem do stolicy kontrolowanej przez struktury państwa, którego politycznej niezależności Stalin nie zamierzał respektować.

Nie oznacza to, że Armia Czerwona po prostu zatrzymała się na osobisty rozkaz Stalina i spokojnie czekała, aż ostatni powstaniec zostanie zabity. Wojna była bardziej skomplikowana. Sowieci mieli rozciągnięte linie zaopatrzenia po operacji „Bagration”, Niemcy przeprowadzili skuteczne kontrataki na przedpolach Warszawy, a forsowanie Wisły wymagało przygotowania dużej operacji. Tych argumentów nie wolno usuwać tylko dlatego, że psują prostą opowieść o zdradzie. Nie wolno jednak usuwać również drugiej połowy rzeczywistości: polityczne uratowanie AK i umożliwienie jej wystąpienia w Warszawie jako gospodarza nie odpowiadało interesom Stalina. Oba zdania mogą być prawdziwe jednocześnie i dopiero razem pozwalają zrozumieć sytuację Bora.

Dlatego decyzja z 11 września mogła być racjonalna tylko jako decyzja tymczasowa. Skoro powodem dalszej walki było oczekiwanie na pomoc zza Wisły, każdy następny dzień powinien sprawdzać, czy założenie to nadal ma sens. Zdobycie Pragi przemawiało za czekaniem, podobnie jak pierwsze przeprawy na Czerniaków, lecz brak rozwinięcia ich w większą operację musiał działać w przeciwną stronę. Nadzieja w dowodzeniu nie jest grzechem, ale musi mieć termin ważności. Jeżeli kolejne fakty przeczą założeniu, dowódca powinien zmienić decyzję, nawet jeśli oznacza to przyznanie, że ludzie, którzy zginęli wczoraj, walczyli jeszcze o realną możliwość, a ludzie ginący jutro będą już walczyli głównie o przedłużenie oczekiwania.

Po załamaniu się walk na Czerniakowie argument za kontynuowaniem Powstania stawał się więc coraz słabszy. Nie powstał trwały przyczółek, nie nastąpiło większe sowieckie uderzenie przez Wisłę, a Niemcy mogli koncentrować siły przeciw kolejnym izolowanym dzielnicom. Mokotów skapitulował 27 września, Żoliborz trzy dni później, natomiast 1 października Komenda Główna AK i Delegatura Rządu uznały sytuację za beznadziejną i zdecydowały o kontynuowaniu rokowań. Ostatecznie osiągnięto to, co zaczęło być możliwe już podczas pierwszych wrześniowych kontaktów: powstańcy mieli wyjść z Warszawy jako żołnierze, a nie „bandyci”, i korzystać z praw jeńców wojennych.

Pozostaje jednak najmocniejszy argument przeciwko Borowi, którego nie da się unieważnić żadnym odwołaniem do honoru. Gdyby Powstanie zakończyło się około 10 września, nie zginęliby ludzie polegli w następnych trzech tygodniach, nie zostałyby zniszczone kolejne części miasta, a tysiące cywilów uniknęłyby następnych dni piekła. To prawda i trzeba ją przyjąć bez retorycznych uników. Równie prawdziwe jest jednak pytanie odwrotne: co powiedzielibyśmy o Borze, gdyby skapitulował 11 września, a trzy dni później Armia Czerwona zajęła Pragę i rozpoczęła forsowanie Wisły? Zapewne oskarżalibyśmy go o poddanie Warszawy w przeddzień odsieczy. Dowódca nie wybierał między rozsądkiem a szaleństwem, lecz między dwiema katastrofami, z których dopiero po wojnie jedna stała się oczywista.

Pierwsze rozmowy kapitulacyjne pokazują dlatego Bora znacznie ciekawszego niż postać znana z dwóch konkurencyjnych legend. Nie był dowódcą pragnącym walczyć do ostatniego warszawiaka, skoro już na początku września dopuścił możliwość zakończenia walk, ale nie był również człowiekiem posiadającym jeszcze realny plan zwycięstwa. Próbował kupić kilka dni, ponieważ kilka dni mogło oznaczać nadejście frontu. Właśnie w tym tkwiła zarazem racjonalność i tragizm jego decyzji: 9 września miał bardzo dobre powody, żeby rozmawiać o kapitulacji, a 11 września otrzymał równie poważny powód, żeby jeszcze jej nie podpisywać.

Nie postawiłbym więc Borowi zarzutu, że nie zakończył Powstania 11 września. W tamtej chwili sowieckie natarcie na Pragę było faktem, a nie życzeniem, dlatego kilka dodatkowych dni można było potraktować jako ostatnią próbę sprawdzenia, czy pierwotna kalkulacja Powstania jeszcze się spełni. Znacznie trudniej bronić każdego następnego tygodnia, gdy stawało się jasne, że obecność Armii Czerwonej na drugim brzegu Wisły i ratunek dla Warszawy są dwiema zupełnie różnymi rzeczami. Bór otworzył drzwi do kapitulacji we właściwym momencie, potem odsunął od nich rękę, ponieważ usłyszał nadchodzący front, i właśnie w tym kryje się cała tragedia września 1944 roku: front rzeczywiście przyszedł, lecz nie po Warszawę, jakiej oczekiwała Armia Krajowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz