Wisła widziana z Powiśla, w głębi most średnicowy. We wrześniu 1944 r. kilkaset metrów rzeki oddzielało walczącą Warszawę od prawego brzegu, na który 14 września dotarły wojska sowieckie i polskie. Fot. Dariusz Kowalczyk, 24 października 2015 r., Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Na Powiślu Wisła nie była niebieską kreską na mapie sztabowej. Była obok, czasem na końcu ulicy, czasem za szeregiem domów, do osiągnięcia w kilka minut. Po drugiej stronie znajdowała się Praga, a gdzieś za nią Armia Czerwona, dla której obecności pod Warszawą całe Powstanie miało przecież sens polityczny. AK miała opanować stolicę przed wejściem Sowietów i przywitać ich nie jako garstka konspiratorów proszących o uznanie, lecz jako wojsko Polskiego Państwa Podziemnego występujące wobec sojusznika w roli gospodarza. Na początku września z tej koncepcji pozostawało coraz mniej. Niemcy spychali powstańców od rzeki, Sowieci jeszcze do niej nie doszli, a kilkaset metrów wody zaczynało dzielić dwa światy, które miały się spotkać, lecz ciągle spotkać się nie mogły.
Po upadku Starego Miasta 2 września Powiśle znalazło się w znacznie gorszym położeniu. Niemcy mogli przerzucić część sił z zakończonej bitwy o Starówkę i skierować je przeciw następnemu odcinkowi powstańczej Warszawy, stosując metodę, która we wrześniu stawała się coraz bardziej skuteczna: nie próbować zdobyć całego miasta naraz, lecz odcinać i miażdżyć kolejne dzielnice. Powiśle nadawało się do tego szczególnie dobrze, ponieważ od wschodu zamykała je Wisła, od zachodu skarpa, a po przełamaniu obrony Niemcy mogli spychać AK w stronę Nowego Światu i Śródmieścia. Każda utracona ulica oznaczała przy tym coś więcej niż kolejną czerwoną kreskę przesuniętą na niemieckiej mapie. Powstańcy tracili kontakt z rzeką, czyli z miejscem, do którego od pierwszego dnia miała kiedyś dotrzeć wojna prowadzona przez wielkie armie.
Na Powiślu znajdowała się również Elektrownia Miejska, jeden z najbardziej użytecznych obiektów zdobytych przez Polaków 1 sierpnia. Ludzie kpt. Stanisława Skibniewskiego „Cubryny” opanowali jej zasadniczą część już pierwszego dnia Powstania i przez następny miesiąc zakład pracował dla walczącej Warszawy. Prąd zasilał szpitale, warsztaty, drukarnie i radiostacje, dlatego elektrownia była czymś znacznie ważniejszym niż kolejnym budynkiem z biało-czerwoną flagą na dachu. Powstańcza Warszawa z każdym tygodniem cofała się cywilizacyjnie: od wodociągu do studni, od mieszkania do piwnicy, od normalnej kuchni do garnka ustawionego na prowizorycznym palenisku. Elektrownia pozwalała przynajmniej części miasta zachować resztki XX wieku.
Niemcy doskonale rozumieli jej znaczenie i 4 września rozpoczęli ciężkie bombardowanie oraz ostrzał Powiśla. Piechota ruszyła od strony Karowej wzdłuż Wybrzeża Kościuszkowskiego, Dobrej i Browarnej, a pierwsze natarcie zostało przez powstańców odparte. Niemcy wrócili jednak po dwóch godzinach i zajęli gmach Zarządu Wodociągów przy Lipowej. W tym krótkim epizodzie mieści się właściwie cała różnica między możliwościami obu stron. Powstańcy mogli wygrać walkę o dom, barykadę albo skrzyżowanie, lecz Niemcy mogli ponowić natarcie, dołożyć artylerię, lotnictwo i broń pancerną, a następnego dnia spróbować jeszcze raz. AK dysponowała odwagą, doświadczeniem i coraz większą umiejętnością prowadzenia wojny miejskiej, ale odwaga nie jest rodzajem amunicji, który można wyjąć ze skrzynki, kiedy skończą się naboje.
5 września skończyły się właśnie naboje. Niemiecka piechota wspierana przez czołgi nacierała z kilku kierunków, zajęła gmach PZU przy Kopernika, a następnie Sewerynów, Oboźną i Leszczyńską. Wieczorem obrońcy elektrowni nie mieli już czym prowadzić walki i oddział „Cubryny” opuścił ruiny zakładu. Można oczywiście zapisać to językiem komunikatu wojskowego: utracono ważny obiekt, skrócono linię obrony, oddziały wycofano na nowe pozycje. Dla mieszkańców Warszawy komunikat był prostszy. Zgasło światło. W szpitalach trzeba było szukać innych źródeł energii, warsztaty traciły możliwość uruchamiania części urządzeń, a miasto, które jeszcze próbowało zachowywać pozory normalnego funkcjonowania, zrobiło następny krok w stronę świata świec, wiader i ręcznych narzędzi. Upadek elektrowni miał więc swoją linię frontu, ale miał również swój wyłącznik.
6 września kończyła się już obrona całego Dolnego Powiśla. Niemcy nacierali z kilku stron, a pozycje przy Dobrej, Solcu i Czerwonego Krzyża znajdowały się także pod ostrzałem niemieckiego pociągu pancernego operującego na moście średnicowym. Janusz Paszyński, uczestnik tych walk, wspominał później, że o świcie jego oddział znajdował się jeszcze w ruinach kościoła św. Teresy, po czym otrzymał rozkaz opuszczenia dzielnicy. Odwrót przez ogrody zakładu św. Kazimierza odbywał się pod niemieckim ogniem, ale nie zamienił się w bezładną ucieczkę. Warto to podkreślić, ponieważ Powiśle zostało pokonane, lecz jego obrońcy nie zostali rozbici jako formacja. Niemcy wygrali nie dlatego, że Polacy przestali chcieć walczyć, ale dlatego, że w wojnie miejskiej można bardzo długo zastępować niedostatek środków pomysłowością, nigdy jednak bez końca.
Za żołnierzami ruszyli cywile, a słowo „ewakuacja” jest tutaj trochę zbyt eleganckie. Nie czekały autobusy, nie istniały bezpieczne korytarze i nikt nie wręczał ludziom kartek z adresem miejsca zakwaterowania. Zabierali tyle, ile mogli unieść, przechodzili przez podwórza, bramy i barykady, szukali krewnych albo po prostu próbowali znaleźć piwnicę po właściwej stronie przesuwającego się frontu. Człowiek mógł rano mieszkać jeszcze na zapleczu polskich pozycji, a wieczorem odkryć, że jego ulica stała się ziemią niczyją albo znalazła się już po stronie niemieckiej. Tak wyglądała wrześniowa geografia Warszawy: adres pozostawał ten sam, ale państwo, armia i linia frontu wokół niego potrafiły zmienić się w ciągu kilku godzin.
Nie wszyscy mogli odejść. W szpitalu przy Tamce, urządzonym w pomieszczeniach firmy Alfa-Laval, pozostali ciężko ranni, a razem z nimi dominikanin o. Michał Czartoryski, kapelan III Zgrupowania „Konrad”. Mógł wycofać się z żołnierzami zdolnymi do marszu, lecz został z ludźmi, których nie można było zabrać. Po wkroczeniu Niemców rannych oraz część pozostających z nimi osób zamordowano, a wśród zabitych znalazł się również Czartoryski. W sztabie odwrót oznacza przesunięcie jednostki z jednej pozycji na drugą, na mapie kilka ruchów ołówka i nową linię obrony. W szpitalnej piwnicy ten sam rozkaz oznaczał pytanie, którego żadna mapa nie potrafi pokazać: kogo można jeszcze przenieść, a przy kim trzeba zostać, wiedząc, kto za chwilę wejdzie do budynku.
Cała ta walka rozgrywała się tymczasem przy samej Wiśle i właśnie tutaj historia Powiśla przestaje być wyłącznie historią jednej dzielnicy. Powstanie rozpoczęto, gdy Armia Czerwona zbliżała się do Warszawy, a jednym z podstawowych założeń politycznych było utrzymanie stolicy do jej nadejścia. Tymczasem we wrześniu działo się coś dokładnie odwrotnego: zanim Sowieci dotarli do rzeki, Niemcy systematycznie spychali AK od jej zachodniego brzegu. Powstańcy przegrywali więc nie tylko kolejne ulice. Tracili przestrzeń, która w przypadku sowieckiej ofensywy mogła nagle stać się najważniejszym miejscem w całym mieście.
Najłatwiej byłoby w tym miejscu napisać, że Armia Czerwona stała i patrzyła, a Stalin spokojnie czekał, aż Niemcy wykonają za niego brudną robotę. Byłoby to efektowne i niepełne. Sowieckie wojska po ogromnym wysiłku operacji „Bagration” miały rozciągnięte linie zaopatrzenia, Niemcy pod Warszawą przeprowadzili skuteczne kontrataki pancerne, a sforsowanie wielkiej rzeki i wejście do bronionej metropolii wymagało przygotowania, którego nie zastępuje nawet najbardziej stanowczy rozkaz. Wojna nie jest grą komputerową, w której Stalin mógł kliknąć na ikonę 1. Frontu Białoruskiego i przesunąć go z Pragi do Śródmieścia.
Tyle że wojskowe wyjaśnienie zatrzymania sowieckiego natarcia nie usuwa polityki, a w przypadku Warszawy polityka była wyjątkowo niewygodna dla Kremla. Armia Krajowa nie była dla Stalina zwyczajnym oddziałem sojuszniczym walczącym z tym samym Niemcem, lecz siłą podporządkowaną legalnemu rządowi polskiemu w Londynie i zdolną zakwestionować porządek, który Moskwa zamierzała ustanowić po wojnie. Zwycięskie Powstanie tworzyłoby sytuację dla Kremla fatalną: Sowieci wchodziliby do stolicy, w której działały polskie władze podziemne i stała polska armia niepodporządkowana Moskwie. Do tego dochodziła sierpniowa odmowa udostępnienia sowieckich lotnisk zachodnim samolotom niosącym pomoc Warszawie. Nie trzeba więc wierzyć w prostą opowieść o Stalinie zatrzymującym każdy czołg własnym ołówkiem na mapie, żeby zauważyć rzecz znacznie bardziej istotną: uratowanie politycznej pozycji AK w Warszawie nie było jego celem.
W tym sensie Niemcy i Sowieci, pozostając śmiertelnymi wrogami, znaleźli się w sytuacji osobliwej zbieżności skutków. Niemcy niszczyli AK, ponieważ chcieli odzyskać Warszawę i zabezpieczyć front na Wiśle, natomiast Stalin nie musiał się spieszyć z ratowaniem formacji, której zwycięstwo komplikowałoby jego plany wobec Polski. Nie było żadnego wspólnego planu i nie potrzeba go wymyślać. Historia bywa wystarczająco przewrotna bez teorii spiskowych: jedna armia wykonywała z powodów wojskowych pracę, której polityczny rezultat był korzystny dla przeciwnika stojącego po drugiej stronie frontu.
Najbardziej okrutne było jednak to, że kilka dni po upadku Powiśla sytuacja rzeczywiście zaczęła się zmieniać. 10 września wojska 1. Frontu Białoruskiego rozpoczęły silne natarcie na Pragę, a 14 września prawobrzeżna Warszawa została opanowana przez wojska sowieckie i polskie. Armia, na którą czekano od 1 sierpnia, wreszcie stanęła nad Wisłą. Nie była już dalekim hukiem artylerii ani informacją z nasłuchu radiowego. Znajdowała się po drugiej stronie rzeki, dokładnie tam, gdzie od początku Powstania spodziewano się jej zobaczyć. Problem polegał na tym, że Powiśle, które mogło stać się miejscem spotkania obu frontów, od ponad tygodnia znajdowało się w rękach niemieckich.
Łatwo stąd przejść do kolejnej kuszącej pewności i stwierdzić, że wystarczyłoby, aby Sowieci przyszli tydzień wcześniej, a Powstanie zostałoby uratowane. Tego również nie wiemy. Forsowanie Wisły wymagało nie tylko znalezienia łodzi i wysłania kilku batalionów, lecz artylerii, saperów, łączności, zaopatrzenia, osłony lotniczej i przede wszystkim decyzji o rozwinięciu przeprawy w dużą operację. Późniejsze walki na Czerniakowie pokazały boleśnie, że samo pojawienie się żołnierzy z drugiego brzegu nie rozwiązywało problemu. Można natomiast powiedzieć coś znacznie mniej efektownego, ale historycznie ważniejszego: gdyby Powiśle pozostawało w polskich rękach w chwili zdobycia Pragi, sytuacja operacyjna byłaby inna. AK posiadałaby nadwiślańską dzielnicę naprzeciw armii, która właśnie dotarła do rzeki, zamiast czekać na pomoc z pozycji cofniętych w głąb miasta.
Dlatego upadek Powiśla odsłania słabość całej konstrukcji Powstania lepiej niż niejedna wielka dyskusja o jego sensie. Warszawa miała utrzymać się wystarczająco długo, aby doczekać nadejścia frontu, ale nie posiadała żadnego sposobu wpływania na tempo jego marszu. AK mogła zdobyć elektrownię, zbudować barykadę, przeprowadzić oddział kanałem, wyprodukować pistolet maszynowy w warsztacie i przez kilka tygodni prowadzić wojnę, do której materialnie nie była przygotowana. Nie mogła zrobić jednej rzeczy najważniejszej: sprawić, żeby armia znajdująca się kilkadziesiąt kilometrów dalej przyszła dokładnie wtedy, kiedy była potrzebna. Powstańcy kupowali więc czas, nie znając ceny ani terminu dostawy.
Wisła jest dlatego najlepszym symbolem tej klęski, choć w tym przypadku symbol nie wymaga żadnej literackiej pomocy. Z Tamki można było zejść nad rzekę w kilka minut, a kilka dni po upadku Powiśla na drugim brzegu rzeczywiście pojawili się żołnierze walczący z Niemcami. Między obrońcą Dobrej a sowieckim czołgiem, który wkrótce miał wjechać na Pragę, nie leżał Atlantyk, Karpaty ani setki kilometrów okupowanego kraju. Leżało kilkaset metrów wody i kilka dni historii. Niemcom te kilka dni wystarczyło, aby zniszczyć elektrownię, zdobyć dzielnicę, zepchnąć AK do Śródmieścia i pozostawić rannych na łasce oddziałów, po których żadnej łaski nie należało się spodziewać. Wisła była więc rzeczywiście bardzo blisko. Tyle że w wojnie odległości nie zawsze mierzy się w metrach, a we wrześniu 1944 roku z Powiśla na drugi brzeg prowadziła droga znacznie dłuższa niż przez całą Warszawę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz