Szukaj na tym blogu

środa, 2 września 2026

Putin chce wygrać wojnę zimą. Tym razem jego najważniejszą bronią nie muszą być czołgi

 















Kiedy 24 lutego 2022 roku rosyjskie kolumny ruszyły na Kijów, plan wojny był jeszcze dość prosty i przez to łatwy do zrozumienia. Czołgi miały jechać, samoloty bombardować, desant zająć lotniska, ukraińskie dowództwo stracić kontrolę nad armią, a państwo rozpaść się szybciej, niż zachodni ministrowie zdążą uzgodnić treść wspólnego komunikatu. Nie wyszło. Kijów się obronił, Zełenski nie uciekł, ukraińska armia nie złożyła broni, a rosyjscy generałowie odkryli starą wojskową prawdę, że strzałki narysowane na mapie mają paskudny zwyczaj zatrzymywania się tam, gdzie przeciwnik zaczyna strzelać.

Minęły jednak cztery i pół roku i byłoby niebezpiecznym złudzeniem sądzić, że Rosjanie niczego się przez ten czas nie nauczyli. Nauczyli się bardzo dużo, podobnie jak Ukraińcy. Wojna, która miała być kilkudniowym marszem na Kijów, stała się gigantycznym laboratorium dronów, walki elektronicznej, artylerii, rozpoznania satelitarnego i produkcji przemysłowej. Rosja poniosła ogromne straty i nadal popełnia błędy, ale nie jest już armią z pierwszych tygodni inwazji, podobnie jak Ukraina nie jest państwem z lutego 2022 roku.

Putin również nauczył się czegoś istotnego. Żeby złamać Ukrainę, niekoniecznie trzeba zdobywać Kijów. Można spróbować zgasić w nim światło.

Wojna przenosi się z okopów do gniazdka elektrycznego

Wojny ogląda się najłatwiej na mapie. Czerwony kolor przesunął się o kilka kilometrów, niebieski się cofnął, zdobyto trzy wsie, utracono dwie, więc jedna strona zwycięża, a druga przegrywa. Problem w tym, że wielkie wojny rzadko rozstrzygają się wyłącznie na tej części mapy, na której stoją żołnierze. Napoleon przegrał w Rosji nie dlatego, że zabrakło mu odwagi, a Niemcy nie przegrali II wojny światowej dlatego, że nagle zapomnieli, jak prowadzi się działania pancerne. Wojnę prowadzą całe państwa, a armia jest tylko najbardziej widoczną częścią ogromnego mechanizmu.

Rosjanie próbują więc uderzać w mechanizm ukraińskiego państwa. Elektrownia, stacja transformatorowa, elektrociepłownia, magazyn gazu, linia kolejowa czy port nie wyglądają tak efektownie jak płonący czołg, lecz z punktu widzenia prowadzenia wojny mogą być od niego znacznie ważniejsze. Bez energii trzeba zatrzymać produkcję, uruchamiać generatory, naprawiać sieć, przerzucać ekipy remontowe i sprowadzać urządzenia z zagranicy. Każdy taki atak kosztuje Ukrainę wielokrotnie: najpierw trzeba go odeprzeć, potem ugasić pożar, następnie naprawić szkody, a na końcu przygotować się na to, że Rosjanie za kilka tygodni spróbują zniszczyć dokładnie to samo.

Ukraina poznała już ten mechanizm bardzo dobrze. Podczas minionej zimy rosyjskie uderzenia pozostawiały tysiące budynków w Kijowie bez ogrzewania przy temperaturach sięgających około minus dziesięciu stopni, a mieszkańcy radzili sobie za pomocą kuchenek gazowych, ogrzewanych cegieł i prowizorycznych sposobów zatrzymywania ciepła. Rosja od 2022 roku systematycznie atakuje ukraiński system energetyczny, lecz ostatnia zima pokazała, że nawet po kilku latach napraw i adaptacji może nadal zadawać mu bardzo bolesne ciosy.

Dlatego początek jesieni należy traktować jako początek następnej kampanii zimowej. Rosjanie nie muszą doprowadzić do jednego spektakularnego blackoutu całego kraju. Wystarczy seria lokalnych kryzysów, ciągłe naprawy, kolejne wyłączenia i konieczność zużywania coraz większej części ukraińskich oraz zachodnich zasobów na utrzymanie systemu przy życiu. To mniej widowiskowe od ofensywy pancernej, ale właśnie dlatego łatwo nie zauważyć, jak poważna jest stawka.

Najważniejszym rosyjskim generałem może zostać mróz

Rosja ma wyjątkowo dobre miejsce w europejskiej mitologii wojskowej jako państwo, któremu w odpowiednim momencie przychodzi z pomocą zima. Napoleon, Wehrmacht i „generał Mróz” stworzyli z tego niemal osobną gałąź historiografii, choć rzeczywiste przyczyny obu katastrof były oczywiście znacznie bardziej skomplikowane. Putin nie potrzebuje jednak historycznej legendy. Wystarczy mu temperatura poniżej zera połączona z uszkodzoną siecią energetyczną.

W styczniu nie trzeba zniszczyć całego systemu elektroenergetycznego Ukrainy. Wystarczy, że w dużym mieście przez kilkanaście godzin nie będzie prądu, ogrzewanie zacznie działać nieregularnie, ludzie zejdą po raz kolejny do schronów, przedsiębiorstwa uruchomią generatory, a następnego dnia okaże się, że trzeba znaleźć kolejny transformator. Potem wystarczy powtórzyć ten sam zabieg. Wojna na wyniszczenie nie polega przecież na zadaniu jednego śmiertelnego ciosu. Polega na zmuszeniu przeciwnika, aby każdego dnia wydawał trochę więcej pieniędzy, zużywał trochę więcej amunicji i tracił trochę więcej sił, niż jest w stanie odtworzyć.

W lutym tego roku Rosja przeprowadziła jeden z masowych ataków na ukraiński system energetyczny przy użyciu ponad 400 dronów i około 40 rakiet różnych typów. Celami były zarówno elektrownie, jak i elementy sieci dystrybucyjnej. Nie był to więc terror dla samego terroru, choć skutki dla ludności cywilnej są oczywiste. Za bombardowaniami stoi również chłodna kalkulacja wojskowa: energia elektryczna zasila nie tylko mieszkania, ale także przemysł, kolej, łączność, warsztaty i ogromną część zaplecza prowadzącego wojnę.

Rosjanie nauczyli się liczyć

Na początku wojny Rosja mogła sprawiać wrażenie państwa, które posiada nieskończoną liczbę rakiet, ale używa ich bez większego pomysłu. Dzisiaj rosyjskie uderzenia są znacznie bardziej związane z ekonomią wojny. Tani dron może zmusić Ukrainę do uruchomienia systemu przeciwlotniczego, poderwania lotnictwa, włączenia walki elektronicznej albo wykorzystania własnego drona przechwytującego. Wśród kilkuset bezzałogowców część może być wabikami, część lecieć na cele drugorzędne, a pomiędzy nimi znajdują się środki przeznaczone do zniszczenia tego, na czym Rosjanom naprawdę zależy.

Obrońca znajduje się w niewdzięcznej sytuacji. Atakujący wybiera miejsce i czas, natomiast obrońca musi pilnować wszystkiego. Elektrowni, mostów, portów, magazynów, lotnisk, miast i infrastruktury wojskowej nie da się przenieść do schronu. Ukraina może zestrzelić dziewięćdziesiąt procent środków napadu, a dziesięć procent, które się przedrze, nadal może spowodować szkody liczone w milionach.

Szczególnie niebezpieczna jest konieczność oszczędzania najdroższych rakiet przeciwlotniczych przeznaczonych do zwalczania pocisków balistycznych. System Patriot jest znakomitym narzędziem, lecz ma jedną wadę wspólną ze wszystkimi cudownymi rodzajami broni: potrzebuje amunicji. Rakiety nie powstają podczas konferencji prasowych NATO, nie można ich przegłosować w Parlamencie Europejskim ani wyprodukować uchwałą poparcia dla Ukrainy. Muszą zejść z linii produkcyjnej, zostać dostarczone i znaleźć się w wyrzutni dokładnie w chwili, kiedy nadlatuje rosyjski pocisk.

I właśnie tutaj zaczyna się wojna przemysłowa, której Zachód przez bardzo długi czas nie chciał przyjąć do wiadomości.

Rosja nie musi być bogatsza od Zachodu

Często powtarza się, że gospodarka NATO jest wielokrotnie większa od rosyjskiej. To prawda, podobnie jak prawdą jest, że człowiek posiadający milion złotych jest bogatszy od człowieka posiadającego sto tysięcy. Jeżeli jednak pierwszy trzyma swój milion na lokacie, a drugi właśnie kupił karabin, różnica majątkowa niekoniecznie rozstrzygnie najbliższą bójkę.

Rosja od kilku lat przestawia gospodarkę na potrzeby wojny. Zachód zwiększył produkcję uzbrojenia, ale nadal robi to w systemie demokratycznym, rynkowym i znacznie mniej scentralizowanym. Nie jest to argument na rzecz rosyjskiej przewagi gospodarczej, bo takiej przewagi nie ma. Jest natomiast przypomnieniem, że potencjał istniejący na papierze staje się siłą wojskową dopiero wtedy, gdy zamieni się w pocisk, dron, armatę albo transformator stojący dokładnie tam, gdzie jest potrzebny.

Putin nie musi więc udowodnić, że rosyjska technologia jest lepsza od amerykańskiej. Wystarczy, że Rosja będzie w stanie przez wiele miesięcy wysyłać tak dużo dronów i rakiet, aby Ukraina musiała nieustannie wybierać, czego bronić w pierwszej kolejności. Moskwa prowadzi w ten sposób wojnę nie tylko przeciw Ukrainie, ale również przeciw zdolności zachodniego przemysłu do uzupełniania ukraińskich magazynów.

Ukraina znalazła rosyjską piętę achillesową

Kijów nie pozostaje jednak biernym uczestnikiem tego pojedynku. Jeżeli Rosja chce pozbawić Ukrainę energii, Ukraina próbuje uderzać w źródło rosyjskich pieniędzy i paliwa. Stąd coraz częstsze ataki na rafinerie, magazyny oraz instalacje związane z rosyjskim sektorem naftowym. Nie są to najbardziej efektowne cele dla telewizji, ale z punktu widzenia wojny mogą być znacznie ważniejsze niż trafienie kolejnego czołgu na froncie.

Skutki zaczynają być widoczne. Według rosyjskich prognoz, do których dotarł Reuters, oczekiwane wydobycie ropy w 2026 roku zostało obniżone do najniższego poziomu od 2009 roku, a problemy rosyjskiego sektora paliwowego pogłębiają zarówno sankcje, jak i ukraińskie ataki na rafinerie. Moskwa musiała również stosować ograniczenia eksportowe, aby zabezpieczać własny rynek.

Powstaje zatem wojna, której Clausewitz zapewne nie rozpoznałby na pierwszy rzut oka, ale jej logikę zrozumiałby doskonale. Rosja uderza w ukraińskie elektrownie, Ukraina w rosyjskie rafinerie. Moskwa próbuje sprawić, aby Kijów marzł, Kijów chce sprawić, aby Rosjanom zaczęło brakować paliwa i pieniędzy. Obie strony próbują zniszczyć nie tylko armię przeciwnika, lecz również system, który pozwala tej armii walczyć.

W tym pojedynku Rosja ma przewagę wielkości, zasobów i strategicznej głębi. Ukraina ma natomiast zdolność, której Kreml w 2022 roku wyraźnie nie docenił: potrafi coraz dalej przenosić wojnę na terytorium przeciwnika. Rosjanin mieszkający setki kilometrów od granicy miał początkowo oglądać „specjalną operację wojskową” w telewizji. Coraz częściej dowiaduje się o jej istnieniu z komunikatu o zamknięciu lotniska, pożarze rafinerii albo nocnym alarmie dronowym.

Putin walczy także z czasem

Rosyjski prezydent potrzebuje jednak czegoś więcej niż kolejnej wsi w Donbasie. Po czterech i pół roku wojny każde zdobyte kilka kilometrów kosztuje ludzi, sprzęt i pieniądze, a rosyjska gospodarka również nie jest studnią bez dna. Kreml potrzebuje przekonać Ukrainę oraz jej zachodnich partnerów, że czas działa na korzyść Rosji i że następny rok wojny będzie dla nich droższy niż poprzedni.

Zima idealnie nadaje się do takiej strategii. Jeżeli ukraińskie miasta będą doświadczały długich przerw w dostawach energii i ogrzewania, przemysł będzie działał gorzej, a Zachód będzie musiał dostarczać następne systemy obrony powietrznej, generatory i urządzenia energetyczne, Putin otrzyma argument znacznie cenniejszy niż kolejny kawałek mapy. Będzie mógł przekonywać Ukraińców, że następna zima może być jeszcze gorsza, Europejczyków pytać, ile kolejnych miliardów zamierzają wydać, a Amerykanom sugerować, że kiedyś przecież trzeba przestać dostarczać następne rakiety.

Nie oznacza to, że ta strategia musi się udać. Rosja próbowała łamać Ukrainę zimą już kilkakrotnie i za każdym razem ukraińskie państwo okazywało się bardziej odporne, niż oczekiwał Kreml. Sieć energetyczna była naprawiana, powstawały rozwiązania awaryjne, docierała pomoc z zagranicy, a ludność nauczyła się funkcjonować w warunkach, które przed wojną wydawałyby się nie do wyobrażenia. Problem polega na tym, że odporność również się zużywa. Każda kolejna naprawa kosztuje, każde urządzenie ma swoją żywotność, a społeczeństwo po czterech latach wojny nie jest tym samym społeczeństwem, którym było w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji.

Dlatego nadchodzącej zimy nie należy traktować jako przerwy między kampaniami wojskowymi. Ona sama będzie kampanią.

Putin w lutym 2022 roku chciał wygrać wojnę, wysyłając czołgi na Kijów. Był to plan efektowny, szybki i zakończył się katastrofą. Cztery i pół roku później Kreml może próbować czegoś znacznie mniej widowiskowego: miesiąc po miesiącu niszczyć energetykę, zmuszać Ukrainę do zużywania coraz większych zasobów, testować cierpliwość Zachodu i czekać, aż mróz zrobi część pracy, której nie potrafiła wykonać rosyjska armia.

Czołgi nadal będą potrzebne, żołnierze nadal będą ginąć w okopach, a mapy frontu nadal będą codziennie pokazywane w telewizji. Najważniejsza bitwa zimy może jednak rozegrać się daleko od tych czerwonych i niebieskich strzałek, przy transformatorach, elektrociepłowniach, liniach wysokiego napięcia i w mieszkaniach, w których pewnego styczniowego wieczoru zgaśnie światło. Putin nie musi już zdobywać Kijowa, żeby próbować go złamać. Wystarczy, że będzie próbował go zgasić i liczył na to, że resztę zrobi zima.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz