Szukaj na tym blogu

piątek, 4 września 2026

Dlaczego Luftwaffe mogła bezkarnie niszczyć Warszawę?

 
















Niemiecki Junkers Ju 87 Stuka podczas nalotu na Warszawę w sierpniu 1944 r. Fotografia wykonana przez Sylwestra Brauna „Krisa”, jednego z najważniejszych fotografów Powstania Warszawskiego. Źródło: Jerzy Piórkowski, „Miasto Nieujarzmione”, Warszawa 1957 / Wikimedia Commons. Status prawny według Wikimedia Commons: domena publiczna (PD-Polish).

Nad walczącą Warszawą istniała granica, której powstańcy właściwie nie mogli przekroczyć. Kończyła się gdzieś na wysokości dachów kamienic. Na ulicy można było zbudować barykadę, urządzić zasadzkę na niemiecką piechotę, podpalić pojazd butelką z benzyną, zdobyć karabin maszynowy, a nawet opanować tak potężny gmach jak PAST-a. Można było nauczyć się obchodzić z Goliatami, przebijać przejścia pomiędzy piwnicami i wykorzystywać kanały jako podziemne arterie miasta. Armia Krajowa robiła podczas Powstania wszystkie te rzeczy, czasami z zadziwiającą skutecznością. Kiedy jednak nad Warszawą pojawiał się niemiecki samolot, cała ta pomysłowość nagle przestawała wystarczać. Powstańcy nie mieli własnego lotnictwa, a ich możliwości obrony przeciwlotniczej były znikome. Wobec ataku z powietrza pozostawało zejść do piwnicy, przycisnąć się do ściany albo patrzeć w niebo i czekać, gdzie spadnie bomba.

Jest w tym jeden z największych paradoksów Powstania Warszawskiego. W sierpniu 1944 roku Luftwaffe nie była już potęgą, która pięć lat wcześniej pomagała Wehrmachtowi rozbić Polskę, a potem Francję. Nad Niemcami pojawiały się ogromne alianckie wyprawy bombowe, na Zachodzie przewaga lotnicza aliantów była przygniatająca, brakowało paliwa, samolotów i przede wszystkim coraz trudniejszych do zastąpienia doświadczonych pilotów. Niemiecki lotnik w wielu miejscach Europy musiał coraz częściej oglądać się za siebie. Nad Warszawą następowała jednak zdumiewająca zamiana ról. Tutaj Luftwaffe dostawała coś, czego w 1944 roku prawie nigdzie już nie miała: przeciwnika niemal całkowicie pozbawionego możliwości walki w powietrzu.

Najlepiej pokazuje to historia kilku Stukasów operujących z Okęcia. Nie potrzeba było wielkiej armady bombowej, setek Heinkli i Junkersów ani powtórki z nalotów na Warszawę z września 1939 roku. Do terroryzowania wielkiego miasta wystarczała niewielka liczba samolotów wykonujących lot za lotem. Od 18 sierpnia do 19 września działał z Okęcia niewielki rój Ju 87 D-5 dowodzony przez porucznika Hansa-Joachima Klussmanna. Według niemieckich zestawień przywoływanych w opracowaniach dotyczących lotnictwa nad powstańczą Warszawą jego cztery maszyny wykonały w tym okresie 711 lotów bojowych. W całych działaniach przeciwko Powstaniu Ju 87 miały wykonać ponad 1400 samolotolotów.

Cztery samoloty i 711 lotów. Te dwie liczby mówią o sytuacji nad Warszawą więcej niż najbardziej efektowne opisy niemieckiej przewagi. Nie trzeba było mieć nad miastem stu bombowców jednocześnie. Trzeba było mieć lotnisko znajdujące się właściwie pod ręką, mechaników, paliwo, bomby i przeciwnika, który prawie nie mógł odpowiedzieć. Stukas startował z Okęcia, po kilku czy kilkunastu minutach znajdował się nad celem, zrzucał bombę, wracał na lotnisko, był tankowany i uzbrajany, po czym mógł wystartować ponownie. Dla pilota oznaczało to kolejną misję wpisaną do dziennika lotów. Dla człowieka w piwnicy przy Miodowej albo Długiej oznaczało kolejny moment, w którym cały świat zaczynał drżeć.

Warto zatrzymać się właśnie przy pilocie, bo za słowem „Luftwaffe” łatwo zgubić człowieka siedzącego w kabinie. Klussmann nie był mitycznym asem w rodzaju Hansa-Ulricha Rudla i właśnie dlatego jest tutaj ciekawszy. Był jednym z ludzi wykonujących konkretną robotę nad konkretnym miastem. Rano wstawał, jadł, szedł do samolotu, rozmawiał z mechanikami, sprawdzał maszynę i startował. Kilkanaście minut później miał pod sobą Warszawę. Nie musiał przedzierać się przez formacje alianckich myśliwców, nie wchodził w ścianę ognia ciężkiej artylerii przeciwlotniczej. Pod nim znajdował się przeciwnik, który potrafił być śmiertelnie groźny dla niemieckiego grenadiera w bramie, ale wobec samolotu pozostawał niemal bezradny. Pilot wybierał kierunek podejścia, odnajdywał wskazany rejon, wykonywał atak i wracał na Okęcie. Jeżeli maszyna była sprawna, a rozkazy tego wymagały, tego samego dnia mógł zrobić to ponownie.

Z dołu ten sam lot wyglądał zupełnie inaczej. Nikt w piwnicy nie wiedział, że nad głową znajduje się jedna z zaledwie kilku maszyn niewielkiego roju. Ludzie słyszeli silnik i krzyk ostrzegający przed samolotem. Kto mógł, schodził niżej. Matka chwytała dziecko, sanitariuszka próbowała przesunąć nosze pod grubszą ścianę, żołnierz na stanowisku patrzył, w którą stronę skręca samolot. Jeżeli maszyna przelatywała dalej, można było przez chwilę odetchnąć. Jeżeli zaczynała ustawiać się do ataku, pozostawało kilka sekund oczekiwania. Pilot widział cel, ulicę albo kwartał zabudowy. Ludzie na dole widzieli sufit.

Wspomnienia z bombardowań są dlatego tak inne od wojskowych zestawień. W dokumentach pozostają godziny lotów, tonaż zrzuconych bomb i liczba wykonanych misji. We wspomnieniach zostaje narastający odgłos silnika, zejście do piwnicy, uderzenie, ciemność, kurz, kaszel i pytanie, czy schody jeszcze istnieją. Juliusz Kulesza opisywał bombardowanie budynku przy Mławskiej 3 z 28 sierpnia właśnie w taki sposób: najpierw nadlatujący samolot, potem zejście do schronienia, ryk silnika, uderzenie i świadomość, że ludzie zostali zasypani. Tak wyglądała od strony piwnicy statystyka kilkuset lotów bojowych.

Stukas był przy tym w 1944 roku samolotem, którego najlepsze lata dawno minęły. Ju 87 stał się symbolem Blitzkriegu, ponieważ doskonale sprawdzał się wtedy, kiedy Niemcy mieli przewagę w powietrzu. Był jednak powolny i wobec nowoczesnego myśliwca bardzo podatny na zestrzelenie. Nad frontem nasyconym artylerią przeciwlotniczą, patrolowanym przez Spitfire'y, Mustangi, Jaki czy Ławoczkiny, pilot Stukasa nie mógł zachowywać się tak jak nad Polską w 1939 roku. Nad Warszawą ta wada nagle straciła część znaczenia. Stary bombowiec nurkujący dostał drugą młodość nie dlatego, że ponownie stał się świetnym samolotem, lecz dlatego, że przeciwnik na dole prawie nie miał czym go dosięgnąć.

Trzeba tutaj rozprawić się z jeszcze jednym obrazem znanym z filmów wojennych. Stukas kojarzy się z przeraźliwym wyciem „trąb jerychońskich”, syren montowanych przy podwoziu, których dźwięk miał potęgować psychologiczny efekt nurkowania. W 1944 roku nie były one już standardowym wyposażeniem każdego Ju 87 i nie wolno automatycznie dodawać ich do każdego wspomnienia o nalocie na Warszawę. Mieszkańcy nie potrzebowali zresztą żadnej syreny, aby nauczyć się bać samolotu. Po kilku tygodniach wojny rozpoznawali dźwięki znacznie lepiej, niż ktokolwiek chciałby się ich nauczyć. Sam narastający odgłos silnika wystarczał, żeby ludzie zaczynali biec do piwnic.

Właśnie tutaj wojna miejska ujawniała swoją najokrutniejszą logikę. Kamienica była dla powstańców naturalną twierdzą. Piwnica dawała schronienie, okna stawały się stanowiskami strzeleckimi, klatka schodowa kolejną linią obrony, a przez ściany można było przebijać przejścia do następnych budynków. Niemcy przekonali się bardzo szybko, że zdobywanie każdego takiego punktu piechotą może kosztować wielu ludzi. Mieli jednak odpowiedź, której powstańcy nie posiadali. Jeżeli nie można było łatwo zdobyć domu, można było go rozbić artylerią, ciężkim moździerzem albo bombą, a dopiero potem wysłać piechotę w ruiny.

Na Starym Mieście mechanizm ten osiągnął przerażającą skalę. Niewielki obszar broniony przez powstańców był systematycznie zgniatany ogniem artylerii, ciężkich moździerzy i lotnictwa. Pod gruzami znajdowali się nie tylko żołnierze. Były tam szpitale, magazyny, punkty dowodzenia i przede wszystkim tysiące cywilów, którzy od wielu dni żyli właściwie pod ziemią. Każdy zniszczony budynek powodował, że ocaleni przenosili się do kolejnych piwnic, więc coraz większa liczba ludzi skupiała się na coraz mniejszym obszarze. Luftwaffe nie musiała sama zdobywać Starówki. Pomagała ją kawałek po kawałku fizycznie unicestwiać.

Dobrze widać to na przykładzie klasztoru sióstr sakramentek na Nowym Mieście, w którego podziemiach działał szpital. 31 sierpnia kompleks został zbombardowany, a pod gruzami zginęli ranni, cywile i zakonnice. W źródłach spotyka się różne liczby ofiar, dlatego ważniejsze od sporu o dokładną cyfrę jest to, co wydarzenie mówi o charakterze walki. W piwnicach leżeli ludzie, których część nie mogła nawet samodzielnie chodzić, a kilkaset metrów nad nimi znajdował się samolot, którego praktycznie nie mieli możliwości odpędzić. Człowiek po operacji nie wiedział, czy bomba spadnie sto metrów dalej, czy przebije sklepienie budynku, w którym próbowano uratować mu życie.

Bezkarność Luftwaffe nie była oczywiście absolutna. I właśnie wyjątki pokazują najlepiej, jak niezwykła była sytuacja. 23 sierpnia jeden z Ju 87 D-5 został zestrzelony nad Starym Miastem i rozbił się w rejonie ulicy Hipotecznej. W źródłach występują rozbieżności dotyczące tego, kto dokładnie trafił maszynę; wymieniani są wachm. pchor. Jerzy Ciszewski „Motz” oraz ppor. Jan Korzybski „Irma”. Według relacji samolot miał zostać trafiony ogniem prowadzonym z ziemi, a jego upadek wywołał ogromną radość wśród powstańców i mieszkańców. Sam fakt, że zestrzelenie jednej maszyny zapamiętano jako wydarzenie niemal świąteczne, mówi bardzo wiele o tym, jak rzadko ludzie na dole mogli odpowiedzieć tym, którzy ich bombardowali.

I tu dochodzimy do pytania, którego nie sposób ominąć. Skoro w sierpniu 1944 roku Luftwaffe przegrywała wojnę powietrzną nad Europą, to gdzie były tysiące samolotów aliantów? Odpowiedź wymaga rozdzielenia Zachodu i Związku Sowieckiego, bo znajdowali się w zupełnie innych sytuacjach. Brytyjczycy i Amerykanie mieli olbrzymią przewagę lotniczą, ale ich główne siły znajdowały się bardzo daleko od Warszawy. Polskie, brytyjskie i południowoafrykańskie załogi lecące ze zrzutami z południowych Włoch pokonywały ogromne odległości nad terenami kontrolowanymi przez Niemców. Były to misje trudne i kosztowne, a lotnicy płacili za nie życiem. Nie da się więc uczciwie sprowadzić zachodniej pomocy do zdania, że „alianci nic nie zrobili”.

Problem polegał na tym, że Halifax albo Liberator lecący nocą z Brindisi ze zrzutem broni nie mógł następnego ranka krążyć nad Starówką i polować na Stukasy. Zachód nie miał bez sowieckiej współpracy możliwości stworzenia nad Warszawą stałego parasola lotniczego. Stalin długo odmawiał wykorzystania sowieckich lotnisk przez samoloty alianckie wykonujące operacje dla Warszawy, co dramatycznie ograniczało możliwości organizowania lotów wahadłowych. Brytyjczycy, Polacy i Południowoafrykańczycy mogli więc podejmować heroiczne wyprawy z Włoch, ale nie mogli prowadzić nad Warszawą takiej wojny powietrznej, jaką alianci prowadzili wtedy nad Francją czy Niemcami.

Związek Sowiecki znajdował się w sytuacji zupełnie innej. Jego wojska były na wschodnich przedpolach Warszawy, a lotniska znajdowały się nieporównywalnie bliżej niż alianckie bazy we Włoszech. Można dyskutować, czy Armia Czerwona była na początku sierpnia zdolna natychmiast zdobyć lewobrzeżną Warszawę. Po gigantycznej operacji „Bagration” jednostki były zmęczone, logistyka rozciągnięta, a Niemcy kontratakowali na kierunku warszawskim, szczególnie w rejonie Radzymina i Wołomina. Nie ma potrzeby tworzenia dziecinnego obrazu, w którym Stalin jednym telefonem mógł 2 sierpnia wysłać czołgi na plac Zamkowy.

Z lotnictwem sprawa jest jednak trudniejsza do wytłumaczenia. Sowieckie siły powietrzne istniały, działały na tym froncie i dysponowały myśliwcami, które mogły stanowić dla Ju 87 śmiertelne zagrożenie. Przez kluczową część sierpnia nie stworzono jednak nad walczącą Warszawą takiej osłony, która zmusiłaby Niemców do prowadzenia prawdziwej walki o lokalne panowanie w powietrzu. Dopiero we wrześniu aktywność sowiecka nad miastem wyraźnie wzrosła, a zrzuty sowieckie dla powstańców rozpoczęły się już w sytuacji, gdy los bitwy był w ogromnej mierze przesądzony.

Nie oznacza to, że kilkadziesiąt sowieckich myśliwców uratowałoby Powstanie. Tego nie wiemy i nie ma potrzeby budować kolejnego mitu. Mogły jednak zrobić coś znacznie bardziej konkretnego: sprawić, że pilot Ju 87 startujący z Okęcia przestałby traktować lot nad Warszawę jak krótką misję przeciwko celowi niemal pozbawionemu osłony. Musiałby podczas podejścia do celu rozglądać się za Jakami i Ławoczkinami. Niemcy musieliby wydzielić własne myśliwce, zwiększyć eskortę, ponosić straty i zużywać paliwo, którego Luftwaffe coraz bardziej potrzebowała na innych frontach. Nie trzeba całkowicie zamknąć nieba, żeby odebrać przeciwnikowi bezkarność.

Warto jeszcze raz wrócić na Okęcie i spojrzeć na tę sytuację oczami Klussmanna albo jednego z jego pilotów. Warszawa leżała właściwie za progiem. Mechanicy podwieszali bomby, tankowali maszynę, pilot zajmował miejsce w kabinie i po chwili był w powietrzu. Nie leciał nad Anglię ani nad linię frontu nasyconą sowieckimi myśliwcami. Po krótkim locie miał pod sobą miasto, nad którym unosiły się dymy po poprzednich bombardowaniach. Gdzieś na dole niemiecki obserwator, dowództwo jednostki lądowej albo wcześniejsze rozpoznanie wskazywało kolejny cel. Po wykonaniu zadania pilot wracał na Okęcie. Jego wojna mogła tego dnia składać się z kilku takich krótkich podróży między lotniskiem a płonącym miastem.

Po drugiej stronie znajdował się człowiek, który nie znał nazwiska Klussmanna, nie wiedział, ile Stukasów stacjonuje na Okęciu i nie interesował się stanem 6. Floty Powietrznej. Wiedział tylko, że znowu lecą. Jeżeli był żołnierzem, mógł próbować strzelać. Jeżeli był cywilem, szukał piwnicy. Jeżeli leżał ranny w szpitalu, nie mógł zrobić nawet tego. Dla niego wojna powietrzna nie miała nic wspólnego z mapami operacyjnymi i liczbą samolotów. Sprowadzała się do bardzo prostego pytania: czy bomba spadnie na nasz dom.

Dopiero 18 września mieszkańcy zobaczyli nad Warszawą obraz zupełnie innej potęgi lotniczej. W ramach operacji Frantic VII nad miasto przyleciała wielka amerykańska wyprawa B-17 osłanianych przez myśliwce. Na spadochronach spadały zasobniki z bronią, amunicją, żywnością i lekarstwami. Dla ludzi, którzy przez półtora miesiąca kojarzyli samolot przede wszystkim z niemiecką bombą, musiał to być widok niezwykły. Tyle że był 18 września. Stare Miasto już nie walczyło, Wola została dawno utracona, Powiśle padło, a Powstanie weszło w ostatnią fazę. Wielka demonstracja alianckiej potęgi pojawiła się nad Warszawą wtedy, gdy nie mogła już odwrócić wyniku bitwy.

Dlatego historia Luftwaffe nad Warszawą nie jest przede wszystkim historią wielkiej niemieckiej armady. Jest niemal czymś przeciwnym. Pokazuje, jak niewielkie siły mogą osiągnąć ogromny efekt, jeżeli przeciwnik nie posiada środka pozwalającego im odpowiedzieć. Cztery Stukasy Klussmanna są tutaj lepszym symbolem niż setki samolotów z propagandowego plakatu. Mogły wykonywać setki lotów, ponieważ startowały z pobliskiego lotniska, a po drugiej stronie nie było polskich myśliwców mogących czekać na nie nad miastem.

Powstanie Warszawskie jest pełne historii o tym, jak ludzie próbowali wyrównać przewagę techniczną pomysłowością. Brak broni uzupełniano zdobyczą, przeciw czołgom budowano barykady i organizowano zasadzki, Goliaty unieruchamiano, a kanały zamieniono w podziemną sieć komunikacyjną. Czasami działało to znakomicie. Istniała jednak granica improwizacji. Myśliwca nie można było zdobyć podczas ataku na niemiecki posterunek, zbudować w warsztacie na Śródmieściu ani zastąpić kilkoma granatami. Na ziemi odwaga i pomysłowość potrafiły czasem zmniejszyć różnicę pomiędzy powstańcem a niemieckim żołnierzem. Kilkaset metrów wyżej przestawały mieć znaczenie.

Odpowiedzialność za bombardowanie Warszawy pozostaje oczywiście niemiecka. To niemieckie dowództwo wysyłało samoloty, niemieccy piloci zrzucali bomby, a niemieckie wojska wykorzystywały skutki nalotów do niszczenia kolejnych punktów oporu. Nie trzeba tej odpowiedzialności rozmywać, aby równocześnie zauważyć polityczny wymiar sowieckiej bezczynności. Stalin nie siedział w kabinie Stukasa i nie zwalniał bomby nad Starówką. Dysponował jednak lotnictwem zdolnym sprawić, że człowiek siedzący w tej kabinie musiałby zacząć się bać, a przez najważniejsze tygodnie sierpnia tak się nie stało.

W tym właśnie tkwi najbardziej gorzka odpowiedź na pytanie postawione w tytule. Luftwaffe w sierpniu 1944 roku była już cieniem potęgi sprzed kilku lat, lecz nad Warszawą znalazła niebo, na którym przez długi czas prawie nikt nie odbierał jej swobody działania. Na dole powstaniec potrafił zatrzymać niemieckiego grenadiera w bramie, podpalić pojazd na barykadzie i bronić jednego domu przez wiele godzin, a niemiecki pilot mógł wystartować z Okęcia, zbombardować ten sam dom, wrócić, zjeść posiłek, ponownie wsiąść do samolotu i jeszcze tego samego dnia znów zobaczyć pod skrzydłami płonącą Warszawę. Cztery Stukasy wykonujące setki lotów są jednym z najbardziej ponurych symboli tej nierówności, ponieważ pokazują, że do niszczenia bezbronnego z powietrza miasta Niemcy nie potrzebowali już wielkiej Luftwaffe. Wystarczyło im kilka samolotów i niebo, którego przez zbyt długi czas nikt im naprawdę nie odebrał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz