Szukaj na tym blogu

środa, 2 września 2026

Ranni pozostawieni na Starówce. Co zrobili z nimi Niemcy?

 





















Szpital powstańczy w Pałacu Raczyńskich przy ul. Długiej 7 na warszawskim Starym Mieście. Na fotografii wykonanej 2 kwietnia 1945 r. widoczne są pozostałości po rannych powstańcach zamordowanych przez oddziały SS i spalonych na szpitalnych łóżkach po zajęciu Starówki 2 września 1944 r. Fot. Leonard Sempoliński. Źródło: Szymon Datner, „Zbrodnie okupanta w czasie Powstania Warszawskiego w 1944 roku”, Warszawa 1962 / Wikimedia Commons. Status prawny według Wikimedia Commons: domena publiczna, PD-Poland. 

Kiedy w nocy z 1 na 2 września 1944 roku ostatnie zwarte oddziały Armii Krajowej schodziły do kanałów na placu Krasińskich, Stare Miasto było już dzielnicą właściwie nie do obrony. Domy zamieniły się w wypalone szkielety, ulice w rumowiska, a piwnice w schrony, szpitale i mieszkania dla ludzi, którzy od tygodni prawie nie widzieli światła dziennego. Żołnierze Grupy „Północ” mieli przed sobą kilka godzin marszu kanałami do Śródmieścia albo na Żoliborz. Była to droga straszna, ale prowadziła do życia. Nie wszyscy mogli jednak w nią wyruszyć. Na Starówce pozostawali ciężko ranni.

Nie zostawiono ich dlatego, że o nich zapomniano. Nie zostawiono ich również dlatego, że dowództwo uznało ich życie za mniej ważne. Wielu po prostu nie miało żadnej szansy przejść kanałami. Człowieka z raną brzucha, po amputacji, z rozległymi oparzeniami albo ciężkim postrzałem można było jeszcze przez pewien czas utrzymać przy życiu w piwnicznym szpitalu. Próba przeciśnięcia go przez właz, a następnie niesienia przez kilka godzin w ciemnym kanale mogła oznaczać śmierć po kilkuset metrach. Trzeba było wybierać, kogo można zabrać, a kto musi zostać. W wojskowych meldunkach takie rzeczy mieszczą się czasami w jednym słowie: ewakuacja. Dla człowieka leżącego na noszach oznaczało ono pytanie, czy koledzy zabiorą go ze sobą, czy za chwilę usłyszy ich ostatnie kroki.

Na Starówce zostały setki takich ludzi. Przy części pozostali lekarze, sanitariuszki i personel pomocniczy. Musieli wierzyć, że po ustaniu walk Niemcy potraktują szpitale jak szpitale, a ciężko rannych jak ludzi wyłączonych z walki. Nawet w wojnie istnieje przecież granica. Człowiek leżący bez broni, czasem niezdolny nawet samodzielnie usiąść, nie stanowi zagrożenia dla żołnierza wchodzącego do budynku z pistoletem maszynowym.

Na Starym Mieście ta granica została w wielu miejscach przekroczona.

Po zajęciu dzielnicy 2 września Niemcy mordowali ciężko rannych powstańców oraz część opiekującego się nimi personelu. Instytut Pamięci Narodowej podaje, że po upadku Starówki zabito ponad tysiąc ciężko rannych i osób sprawujących nad nimi opiekę. Nie była to jedna egzekucja, dokonana w jednym budynku przez jeden oddział. Zbrodnie następowały w kolejnych szpitalach i punktach sanitarnych zajmowanej dzielnicy.

Żeby zrozumieć, co właściwie oznaczało wtedy słowo „szpital”, trzeba zapomnieć o normalnym budynku z salami operacyjnymi, elektrycznością, bieżącą wodą i zapasem lekarstw. Powstańczy szpital coraz częściej był piwnicą, klasztorem, magazynem albo kilkoma połączonymi pomieszczeniami. Operowano przy świetle świec i lamp naftowych. Brakowało środków znieczulających, opatrunków, lekarstw, a pod koniec sierpnia nawet wody. Ranni leżeli na łóżkach, siennikach i podłodze. Obok żołnierza z przestrzelonym ramieniem mogło leżeć dziecko ranne podczas bombardowania. IPN wskazuje, że w czasie całego Powstania działało ponad 120 szpitali i większych punktów sanitarnych, ale warunki ich funkcjonowania pogarszały się wraz z niszczeniem miasta.

Na Starówce dochodził jeszcze jeden problem. Szpitale wędrowały razem z frontem. Kiedy Niemcy zdobywali kolejny fragment dzielnicy albo bomba niszczyła budynek, trzeba było wynosić rannych. Człowiek, który ledwie przeżył operację, po kilku godzinach znowu trafiał na nosze. Przenoszono go przez piwnice, podwórza, wykute w murach przejścia i ulice znajdujące się pod ostrzałem. Czasami jednego rannego ratowano w ten sposób kilka razy. Pod koniec sierpnia nie było już jednak dokąd go przenosić. Starówka kurczyła się do kilku ulic i skupiska ruin.

Przedsmak tego, co miało nastąpić po jej upadku, pojawił się 28 sierpnia w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych przy Sanguszki. Gmach był jedną z najważniejszych redut północnej części Starego Miasta. Walki o niego były wyjątkowo ciężkie, a w jego podziemiach znajdował się szpital kierowany przez dr Hannę Petrynowską „Ranę”. Kiedy stało się jasne, że Niemcy opanują budynek, część rannych ewakuowano. Najcięższych nie można było już zabrać. Petrynowska zwolniła sanitariuszki z obowiązku pozostania. Sama została z pacjentami. Zostały również cztery dziewczęta z personelu.

Trudno znaleźć lepszy przykład tego, czym była wtedy służba sanitarna. Petrynowska mogła odejść. Wiedziała, co Niemcy robili w Warszawie, znała los rannych i cywilów na Woli, nie mogła więc mieć żadnych złudzeń co do bezpieczeństwa. Mimo to została, ponieważ na dole leżeli ludzie, którzy nie mogli pójść za nią.

Kiedy Niemcy wtargnęli do PWPW, zastali ją przy rannych. Według materiałów IPN pacjenci znajdowali się na dolnym poziomie schronu. Z góry zaczęto rzucać granaty. Petrynowska krzyczała po niemiecku, że tutaj jest szpital i żeby nie strzelano. Zginęła od odłamka. Pozostających tam rannych wymordowano. Jej szczątków nigdy nie odnaleziono.

Cztery dni później ten sam dramat miał rozegrać się na znacznie większą skalę.

W nocy z 1 na 2 września rozpoczęła się ostateczna ewakuacja Grupy „Północ”. Do kanałów kierowano przede wszystkim ludzi zdolnych do marszu. Próbowano zabierać także rannych, jeżeli istniała jakakolwiek możliwość ich transportu. Powstańcy brali kolegów na plecy i na ręce, pomagali im zejść przez włazy, ciągnęli ich przez podziemne korytarze. Nie dało się jednak zabrać wszystkich. Anna Chybowska-Gorbatowska wspominała później rannych z „Parasola” i „Zośki” wynoszonych do kanałów oraz tych, których stan uniemożliwiał taką drogę.

Nie chcę nawet próbować wyobrażać sobie rozmowy, która musiała czasami poprzedzać takie rozstanie. Żołnierz wiedział, że oddział odchodzi. Lekarz wiedział, że jego pacjent nie przeżyje drogi. Sanitariuszka wiedziała, że może zostać z rannymi albo zejść do kanału z ostatnią grupą. Wszystkie rozwiązania były złe. Decyzja o ewakuacji była wojskowo konieczna, ponieważ pozostanie całej Grupy „Północ” oznaczałoby jej zniszczenie albo kapitulację. Tyle że wojskowa konieczność nie sprawiała, że człowiek leżący na noszach mniej bał się tego, co nastąpi rano.

W szpitalu przy Długiej 7, mieszczącym się w Pałacu Raczyńskich, próbowano przygotować rannych na wejście Niemców. Znajdowało się tam około 430 pacjentów. Byli wśród nich powstańcy, ale również kobiety, dzieci i inni cywile. Personel wiedział, że niemieckie rozróżnienie pomiędzy rannym żołnierzem a rannym cywilem może oznaczać różnicę między życiem i śmiercią. W nocy palono więc dokumenty, elementy umundurowania i wszystko, co mogło wskazywać na wojskowy charakter szpitala. Sporządzono nowe listy pacjentów. Próbowano zrobić z powstańczego szpitala zwykły szpital cywilny.

Była to rozpaczliwa próba oszukania śmierci papierem.

Rankiem 2 września przyszli Niemcy. Z relacji Janiny Różalskiej wynika, że jeden z esesmanów wszedł na salę z pistoletem, nazywając znajdujących się tam ludzi „przeklętymi bandytami”. Potem pojawił się oficer. Pytał, czy pacjenci są powstańcami. Personel odpowiadał, że to cywile. Przez pewien czas można było nawet uwierzyć, że podstęp się udał. Niemcy pytali o liczbę chorych, żywność i zapasy sanitarne. Nie rozpoczęli natychmiast masakry.

To właśnie czyni tę historię jeszcze gorszą. Przez kilka godzin ludzie mogli uwierzyć, że przeżyli.

Potem rozpoczęły się egzekucje. Część rannych wyprowadzano, innych zabijano w pomieszczeniach szpitalnych. W relacjach personelu zachował się moment, kiedy do ludzi zaczęło docierać, że Niemcy rzeczywiście zamierzają mordować pacjentów. Początkowo trudno było w to uwierzyć. Przecież bitwa w tej części miasta już się skończyła. Ci ludzie nie mieli broni. Nie mogli nawet uciekać. Niektórzy byli po operacjach, inni mieli nogi w gipsie albo leżeli z ciężkimi ranami brzucha. Zabicie ich nie mogło przynieść Niemcom żadnej korzyści wojskowej.

A jednak zabijano.

Długa 7 stała się jednym z najbardziej znanych miejsc kaźni rannych na Starym Mieście, ale nie była miejscem jedynym. Podobne wydarzenia rozgrywały się w innych szpitalach i punktach sanitarnych. W niektórych przypadkach Niemcy podpalali pomieszczenia, w których znajdowali się ludzie niezdolni do samodzielnego poruszania się. W szpitalu przy kościele św. Jacka ranni próbowali wydostawać się z płonącego budynku. Kto mógł chodzić, ratował się sam. Kogo można było wynieść, próbowały ratować sanitariuszki. Jeden z rannych wspominał później, że zdołał wstać dopiero wtedy, gdy ogień zaczął dochodzić do miejsca, w którym leżał. Ocaleni znaleźli się potem na ulicy Starej, gdzie przez kolejne dni leżeli na materacach i siennikach.

Trzeba jednak powiedzieć wyraźnie również coś, co komplikuje obraz wydarzeń. Niemcy nie wymordowali wszystkich rannych pozostawionych na Starówce. Część przeżyła. W niektórych miejscach pacjentów wyprowadzano, w innych niemieccy żołnierze odstępowali od egzekucji. Zdarzały się nawet sytuacje, które wyglądają jak gotowy scenariusz filmowy. Jolanta Kolczyńska wspominała niemieckiego jeńca leczonego wcześniej przez Polaków. Kiedy po zdobyciu dzielnicy Niemcy chcieli zabić znajdujących się w szpitalu rannych, człowiek ten miał wystąpić w ich obronie. Powiedział swoim żołnierzom, że Polacy uratowali mu życie i traktowali go tak samo jak własnych rannych. Według jej relacji ludzie znajdujący się w tym szpitalu ocaleli.

Ta historia nie osłabia odpowiedzialności niemieckiej. Przeciwnie. Pokazuje coś bardzo ważnego: można było postąpić inaczej.

Nie istniała żadna konieczność wojskowa nakazująca zabicie człowieka leżącego na noszach. Jeżeli w jednym miejscu niemiecki dowódca pozwalał rannym żyć, a w innym wydawał rozkaz ich rozstrzelania, to śmierć tych drugich nie była nieuniknionym skutkiem zdobywania miasta. Była decyzją. Wojna tworzy chaos, strach i brutalność, ale nie zamienia automatycznie morderstwa bezbronnego człowieka w działanie wojenne.

Właśnie dlatego zbrodni dokonanych po upadku Starówki nie należy wrzucać do wygodnego worka z napisem „okrucieństwa walk ulicznych”. Walki właściwie już się skończyły. Ranny leżący w piwnicy nie strzelał. Lekarz pochylający się nad nim nie bronił barykady. Sanitariuszka zmieniająca opatrunek nie była zagrożeniem dla niemieckiego oddziału. Zabijanie tych ludzi było zbrodnią wojenną, a nie szczególnie brutalnym sposobem zdobywania dzielnicy.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego historia rannych pozostawionych na Starówce jest tak ważna. Zazwyczaj opowiadamy o ewakuacji Starego Miasta jako o wielkiej operacji kanałowej. I słusznie. Tysiące żołnierzy przeszły pod ziemią do Śródmieścia i na Żoliborz. Ocalały doświadczone oddziały, które mogły walczyć dalej. Żołnierze wychodzący później włazem przy Wareckiej wyglądali jak ludzie wracający z innego świata. Byli brudni, wyczerpani, często półprzytomni, ale żyli.

Każda opowieść o tych, którzy wyszli przy Wareckiej, powinna jednak mieć drugą stronę. Byli również ci, którzy do włazu na placu Krasińskich nie mogli zejść.

Dla nich ewakuacja Starówki oznaczała coś zupełnie innego. Słyszeli ruch oddziałów, pożegnania, rozkazy, kroki na schodach. Potem robiło się coraz ciszej. Możliwe, że część wiedziała dokładnie, co dzieje się na powierzchni. Wiedzieli, że Niemcy są coraz bliżej. Wiedzieli też, co wydarzyło się wcześniej na Woli i w PWPW. Pozostawała nadzieja, że tym razem będzie inaczej.

Czasami była.

Czasami nie była.

Wydarzenia te nabierają dodatkowego znaczenia, jeśli zestawić je z walką o uznanie praw kombatanckich Armii Krajowej. Zaledwie kilka dni wcześniej, 29 sierpnia, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone oficjalnie uznały żołnierzy AK za uprawnionych do praw kombatanckich. Na poziomie politycznym dokonywała się więc zasadnicza zmiana. Powstańcy mieli przestać być traktowani jak „bandyci” i zostać uznani za żołnierzy. Tyle że wiadomość o zmianie statusu prawnego nie tworzy wokół człowieka niewidzialnej tarczy. W piwnicach Starego Miasta 2 września nadal można było zastrzelić ciężko rannego powstańca, nazywając go wcześniej „bandytą”.

Miesiąc później sytuacja wyglądała już inaczej. Podczas rozmów kapitulacyjnych prawa żołnierzy Armii Krajowej zostały jednoznacznie zapisane w układzie z Niemcami. Powstańcy opuszczający Warszawę po kapitulacji szli zasadniczo do obozów jenieckich. Byli pokonaną armią, ale armią. Kontrast ze Starówką jest przez to jeszcze bardziej brutalny. Ranny pozostawiony 2 września w piwnicy mógł zostać zabity tam, gdzie leżał. Jego kolega wychodzący miesiąc później ze Śródmieścia miał już formalnie zagwarantowany status jeńca wojennego.

Historia szpitali Starego Miasta jest więc ciemną stroną historii kanałów. Kanały opowiadają przede wszystkim o uratowanych. Szpitale przypominają o tych, których zabrać się nie dało. Jedni szli przez kilka godzin w ciemności, po pas w brudnej wodzie, potykając się i walcząc z paniką, aby w końcu zobaczyć światło włazu przy Wareckiej. Drudzy pozostali zaledwie kilkaset metrów dalej, w mieście, którego już nie było komu bronić.

Lekarze i sanitariuszki przez cały sierpień robili wszystko, żeby utrzymać tych ludzi przy życiu. Operowali przy świecach, przenosili ich spod bomb, zdobywali lekarstwa, oszczędzali ostatnie bandaże i wodę. Niektórych ratowali po kilka razy. Człowiek przeżywał postrzał, operację, bombardowanie szpitala i kolejną ewakuację do następnej piwnicy. Czasami przeżywał cały miesiąc Powstania.

A potem przychodzili Niemcy.

Nie wszędzie zabijali. Nie wszystkich zamordowali. Część rannych ocalała dzięki personelowi, przypadkowi, własnej determinacji, a czasem przyzwoitości pojedynczego niemieckiego żołnierza. Tego trzeba pilnować, ponieważ historia nie staje się mocniejsza od przesady. Jest wystarczająco straszna bez niej. Po zajęciu Starówki w wielu miejscach świadomie mordowano jednak ludzi, którzy nie mogli już walczyć, a według danych przywoływanych przez IPN liczba zabitych ciężko rannych i członków personelu przekroczyła tysiąc.

I chyba właśnie w tym miejscu kończy się opowieść o bitwie o Stare Miasto. Nie wtedy, kiedy ostatni powstaniec schodzi do kanału. Nie wtedy, kiedy Niemcy zajmują kolejną barykadę. Kończy się kilka godzin później, w piwnicznym szpitalu, przy łóżku człowieka, który nie może już podnieść ręki, nie mówiąc o karabinie.

Bitwa była skończona. On już nikomu nie zagrażał.

To, co wydarzyło się później, nie było dalszym ciągiem bitwy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz