Szukaj na tym blogu

niedziela, 6 września 2026

Pierwsze rozmowy o kapitulacji. Czy Bór powinien zakończyć walkę?

 





















Ranni żołnierze Armii Krajowej pomagają sobie podczas opuszczania ruin Warszawy po kapitulacji Powstania, październik 1944 r. Fot. Planet News photographer. Ministry of Information Second World War Press Agency Print Collection, Imperial War Museums, HU 105728. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons. Domena publiczna – UK Government work. 


Na początku września 1944 roku słowo „kapitulacja” musiało brzmieć w Warszawie niemal jak zdrada. Przez pięć tygodni miasto zapłaciło za Powstanie tysiącami zabitych, rzezią Woli, ruinami Starego Miasta, utratą Powiśla, przepełnionymi szpitalami, głodem i coraz dotkliwszym brakiem wody oraz amunicji. Kapitulacja oznaczała przyznanie, że tej ceny nie udało się zamienić w zwycięstwo, a człowiekowi zawsze trudniej wycofać się z przedsięwzięcia, za które zapłacił bardzo dużo, niż z takiego, które kosztowało niewiele. Wojna nie zwalnia jednak dowódcy z rachunku tylko dlatego, że rachunek jest bolesny. Przeciwnie, właśnie wtedy trzeba postawić pytanie najbardziej nieprzyjemne: czy następny zabity żołnierz, następna spalona kamienica i następna noc spędzona przez cywilów w piwnicy zwiększą jeszcze szanse osiągnięcia celu, czy będą już tylko kolejną pozycją na rachunku klęski.

Po upadku Starego Miasta i Powiśla pytanie to przestało być defetyzmem. Powstanie nadal istniało, AK nadal kontrolowała znaczną część Warszawy, oddziały zachowywały zdolność bojową, a niemiecki przeciwnik nadal ponosił straty, lecz nie było już polskiej operacji wojskowej, która własnymi siłami mogłaby odwrócić sytuację. Można było utrzymać barykadę, odbić dom, zniszczyć czołg albo odeprzeć szturm, ale nie można było z takich lokalnych sukcesów zbudować zwycięstwa nad niemieckim garnizonem wspieranym przez artylerię, lotnictwo, broń pancerną i stale napływające oddziały. To rozróżnienie jest konieczne, ponieważ dobra walka nie zawsze oznacza dobrą sytuację wojskową, podobnie jak odwaga żołnierzy nie może być argumentem przeciwko matematyce wojny. Na początku września Tadeusz Komorowski „Bór” nie musiał więc pytać, czy jego ludzie potrafią walczyć, ponieważ odpowiedź znał. Musiał pytać, czy ich dalsza walka może jeszcze coś osiągnąć.

Pierwsze kontakty prowadzące ku rozmowom o zakończeniu Powstania zaczęły się od sprawy bardziej elementarnej niż wielka polityka, czyli od próby ratowania cywilów. 7 września Maria Tarnowska z Polskiego Czerwonego Krzyża prowadziła rozmowy ze stroną niemiecką dotyczące możliwości opuszczenia miasta przez ludność, a w następnych dniach część warszawiaków rzeczywiście skorzystała z czasowego zawieszenia ognia. Po ponad miesiącu walk pojawiła się sytuacja jeszcze niedawno trudna do wyobrażenia: przedstawiciele dwóch stron usiedli do rozmowy, choć kilka ulic dalej nadal strzelano. Nie oznaczało to oczywiście pokoju ani nawet rozejmu, ale powstała szczelina, przez którą mogło przedostać się pytanie, którego dotąd starano się nie wypowiadać głośno: skoro rozmawia się o wyprowadzeniu cywilów, czy można również rozmawiać o zakończeniu walk?

9 września sprawa stała się jeszcze poważniejsza. W Domu Akademickim przy placu Narutowicza ppłk Franciszek Herman „Bogusławski” i kpt. Alfred Korczyński „Sas”, działający z upoważnienia dowództwa AK, spotkali się z gen. Güntherem Rohrem, reprezentującym stronę niemiecką. Polacy chcieli przede wszystkim rozmawiać o ewakuacji ludności cywilnej i ciężko rannych, lecz Rohr rozszerzył temat na możliwość kapitulacji Powstania. Nie przywieziono jeszcze aktu poddania Warszawy, nikt nie składał broni i nie wyprowadzano oddziałów z barykad, ale po raz pierwszy możliwość zakończenia walk znalazła się na stole jako realna opcja, a nie abstrakcyjne pytanie zadawane po cichu w piwnicach i sztabach.

Bór nie odrzucił tej możliwości i właśnie za to trudno go krytykować. Dowódca, który uważa samo sprawdzenie warunków kapitulacji za hańbę, przestaje dowodzić wojskiem, a zaczyna grać rolę w narodowym misterium, podczas gdy Komorowski odpowiadał nie za własną legendę, lecz za żołnierzy i miasto pełne cywilów. Po Woli i Starym Mieście wiedział już również, co może oznaczać zajęcie następnej dzielnicy przez Niemców. Musiał więc zestawić dwie wartości, których nie dało się łatwo pogodzić: możliwość dalszej walki oraz cenę, jaką za każdy kolejny jej dzień płacili ludzie niemający żadnego wpływu na decyzje Komendy Głównej AK. Rozpoczęcie rozmów nie było w tych warunkach dowodem słabości, lecz wykonywaniem obowiązku dowódcy, który powinien znać również drogę wyjścia z wojny.

Do rachunku dochodziła sprawa mająca dla AK znaczenie zasadnicze: status jej żołnierzy. Niemcy od początku Powstania określali ich mianem „bandytów”, a nie regularnych kombatantów, co nie było jedynie propagandową obelgą, lecz mogło oznaczać różnicę między niewolą a egzekucją. Pod koniec sierpnia Wielka Brytania i Stany Zjednoczone uznały prawa kombatanckie Armii Krajowej, a we wrześniu także strona niemiecka zaczęła sygnalizować gotowość traktowania powstańców jako żołnierzy. Dla Bora zmieniało to charakter ewentualnej kapitulacji, ponieważ poddanie miasta nie musiało już oznaczać pozostawienia tysięcy ludzi poza jakąkolwiek ochroną prawa wojennego. Ostateczne gwarancje znalazły się dopiero w październikowym układzie o zaprzestaniu działań wojennych, ale już we wrześniu problem ten stał się częścią kalkulacji, której odpowiedzialny dowódca nie mógł zignorować.

Gdyby historia zatrzymała się 9 września, argument za szybkim zakończeniem Powstania byłby niezwykle mocny. Stare Miasto nie istniało już jako obszar polskiej obrony, Powiśle właśnie upadło, możliwości własnej ofensywy praktycznie zniknęły, a ludność cywilna ponosiła straty niewspółmierne do coraz skromniejszych efektów militarnych. Tyle że historia zrobiła Borowi rzecz wyjątkowo okrutną, ponieważ dokładnie wtedy, gdy kapitulacja zaczynała wyglądać jak racjonalny wybór, zza Wisły nadeszły informacje sugerujące, że sytuacja może się zmienić. Front, na który Warszawa czekała od 1 sierpnia, znowu zaczął się poruszać.

10 września wojska 1. Frontu Białoruskiego rozpoczęły silne natarcie na niemieckie pozycje na Pradze. Nie była to plotka przyniesiona przez łącznika ani kolejna wiadomość z Londynu, którą można było interpretować według własnych nadziei, lecz rzeczywista operacja wojskowa prowadzona kilka kilometrów od walczącej Warszawy. Odgłosy artylerii dochodzące zza Wisły miały dla ludzi zamkniętych od sześciu tygodni w ruinach znaczenie psychologiczne, ale dla Bora musiały mieć przede wszystkim znaczenie operacyjne. Jeżeli Armia Czerwona zajmie Pragę i spróbuje sforsować Wisłę, kapitulacja dokonana dosłownie przed jej nadejściem może okazać się błędem równie nieodwracalnym jak zbyt długie prowadzenie beznadziejnej walki.

11 września dowództwo AK przerwało rozmowy kapitulacyjne, a Bór zwrócił się do marszałka Konstantego Rokossowskiego z prośbą o pomoc. Po wojnie Komorowski mówił, że właśnie oczekiwanie na Rosjan miało zasadnicze znaczenie dla decyzji o dalszej walce i że bez tej perspektywy porozumienie z Niemcami mogło zostać zawarte już 11 września. Jest to jedno z najważniejszych świadectw dla oceny jego decyzji, ponieważ pokazuje, że dalsza obrona nie była już traktowana jako cel sam w sobie. Powstanie miało trwać dlatego, że jego dowódca spodziewał się wydarzenia zewnętrznego, które mogło radykalnie zmienić położenie Warszawy.

Tutaj zaczyna się najłatwiejsza pokusa w ocenianiu Bora, czyli korzystanie z wiedzy, której on nie posiadał. My wiemy, że Stalin nie zamierzał ratować politycznej pozycji Armii Krajowej, że opanowanie Pragi nie doprowadzi do natychmiastowego wielkiego sowieckiego uderzenia przez Wisłę, że próby przepraw żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego zakończą się dramatem, a Czerniaków zostanie utracony. Bór 11 września nie znał następnych stron kalendarza. Widział natomiast rzeczywistą ofensywę sowiecką i musiał uwzględnić możliwość, że za kilka dni sytuacja będzie wyglądała zupełnie inaczej. Ocenianie jego decyzji tak, jak gdyby znał 11 września wydarzenia z 23 czy 30 września, jest wygodne, lecz historycznie niewiele warte.

Co więcej, wydarzenia następnych dni początkowo zdawały się potwierdzać jego kalkulację. 14 września Praga została opanowana przez wojska sowieckie i polskie, więc po raz pierwszy od początku Powstania Armia Czerwona rzeczywiście znalazła się bezpośrednio na drugim brzegu Wisły. Niedługo później rozpoczęły się przeprawy żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego na Czerniaków, co oznaczało, że oczekiwanie Bora nie było fantazją człowieka przesuwającego nieistniejące dywizje na mapie. Pomoc przyszła, tyle że w skali niewystarczającej, źle skoordynowanej i bez operacji sowieckiej mogącej zapewnić przeprawionym oddziałom trwałe wsparcie. To właśnie czyni ocenę decyzji z 11 września trudniejszą, niż chcieliby zarówno bezwarunkowi oskarżyciele Powstania, jak i jego bezwarunkowi obrońcy.

Błąd Bora, jeśli chcemy go szukać, nie polegał więc na tym, że dał sobie kilka dni więcej. Polegał na ryzyku wpisanym w samą konstrukcję jego kalkulacji: sens dalszej walki Warszawy został uzależniony od decyzji człowieka, nad którym dowódca AK nie miał żadnego wpływu i który miał poważny polityczny interes w likwidacji niezależnego Polskiego Państwa Podziemnego. Stalin nie musiał nawet pragnąć fizycznego zniszczenia Warszawy, aby rozumieć korzyść wynikającą z sytuacji, w której Niemcy własnymi rękami rozbijają formację zdolną po wojnie zakwestionować narzucony Polsce porządek. Z wojskowego punktu widzenia Bór czekał na sojuszniczą armię walczącą z Niemcami, lecz z politycznego punktu widzenia czekał na mocarstwo, dla którego jego własna armia była problemem.

Dlatego decyzja z 11 września była racjonalna tylko pod jednym warunkiem: musiała mieć krótki termin ważności. Jeżeli dalsza walka miała sens dlatego, że Rosjanie zbliżali się do Wisły, to każdy następny dzień powinien być testem tej hipotezy. Zdobycie Pragi wzmacniało argument za dalszym oporem, pierwsze przeprawy na Czerniaków również dawały podstawę do oczekiwania, lecz brak większej operacji przez Wisłę musiał z kolei działać w przeciwną stronę. Dowódca nie może zakochać się we własnym założeniu tylko dlatego, że przez kilka dni wydawało się prawdopodobne. Kiedy przesłanki się zmieniają, musi zmienić decyzję, nawet jeśli oznacza to przyznanie, że nadzieja, dla której wczoraj warto było walczyć, dzisiaj już nie wystarcza.

Właśnie po załamaniu się walk na Czerniakowie ocena dalszego prowadzenia Powstania staje się znacznie bardziej surowa. Przyczółek nie rozwinął się w początek większej operacji, pomoc zza Wisły nie przybrała rozmiarów mogących odwrócić losy bitwy, a Niemcy mogli kolejno koncentrować siły przeciw izolowanym dzielnicom. Mokotów padł 27 września, Żoliborz 30 września, natomiast 1 października Komenda Główna AK i Delegatura Rządu uznały sytuację za beznadziejną i zdecydowały o kontynuowaniu rokowań. To już nie była Warszawa z 11 września, spoglądająca na poruszający się front i zastanawiająca się, czy wytrzyma jeszcze kilka dni. Było to miasto, które otrzymało odpowiedź na najważniejsze pytanie: Armia Czerwona dotarła nad Wisłę, lecz nie nastąpiła operacja mogąca uratować Powstanie.

Można oczywiście argumentować, że Bór powinien był mimo wszystko podpisać kapitulację już 9 albo 11 września i ocalić ludzi, którzy zginęli później. Jest to najmocniejszy argument przeciwko jego decyzji i nie wolno go zbywać opowieścią o honorze. Dowódca odpowiada również za życie swoich żołnierzy i za konsekwencje walk prowadzonych w wielkim mieście pełnym ludności cywilnej. Problem w tym, że konsekwentne przyjęcie tego argumentu wymaga również odpowiedzi na pytanie odwrotne: co powiedzielibyśmy o Borze, gdyby poddał Warszawę 11 września, a trzy dni później Armia Czerwona zajęła Pragę i rozpoczęła forsowanie Wisły? Zapewne przez następne dziesięciolecia oskarżano by go o kapitulację w przededniu odsieczy. Dowódca nie wybierał między dobrym i złym rozwiązaniem, lecz między dwoma katastrofalnymi możliwościami, z których każda mogła zostać później przedstawiona jako dowód jego niekompetencji.

Pierwsze rozmowy kapitulacyjne są dlatego znacznie ważniejsze, niż sugeruje ich skromne miejsce w popularnej opowieści o Powstaniu. Pokazują, że Komenda Główna AK już na początku września rozumiała ograniczenia dalszej walki i że Bór nie zamierzał bronić Warszawy do ostatniego człowieka tylko po to, aby stworzyć efektowną legendę. Jednocześnie ujawniają podstawową słabość całej strategii: Polacy potrafili zdecydować, kiedy rozpocząć Powstanie, mogli zdecydować, czy utrzymać barykadę i mogli w końcu zdecydować, kiedy złożyć broń, ale nie mogli zdecydować o tym, co zrobi armia stojąca po drugiej stronie Wisły. W pewnym momencie całe Powstanie stało się więc zakładem o cudzą decyzję.

Dlatego nie postawiłbym Borowi zarzutu, że 11 września nie zakończył walki. Wtedy miał przed sobą realne sowieckie natarcie na Pragę i rozsądny dowódca musiał uwzględnić możliwość, że kapitulując natychmiast, zamknie jedyną szansę, która właśnie ponownie się pojawiła. Można natomiast znacznie ostrzej pytać o późniejsze dni, ponieważ nadzieja ma w dowodzeniu wartość tylko tak długo, jak długo potwierdzają ją fakty, a po klęsce na Czerniakowie tych faktów pozostawało coraz mniej. Bór miał rację, otwierając drzwi do kapitulacji, miał również podstawy, aby 11 września ich jeszcze nie przekraczać, lecz tragedia Warszawy polegała na tym, że przez następne dni stał w tych drzwiach i patrzył na Wisłę. Po drugiej stronie znajdowała się armia, na którą czekał od początku Powstania, ale jej obecność okazała się czymś zupełnie innym niż ratunek.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz