Szukaj na tym blogu

wtorek, 29 września 2026

Upadek Czerniakowa. Wisła, która miała ratować, stała się pułapką

 
















Harcerze Powstańczej Poczty Polowej na ulicy Solec podczas Powstania Warszawskiego, sierpień 1944 r. Fot. Jerzy Tomaszewski „Jur”. Wikimedia Commons, domena publiczna (PD-Poland).

23 września 1944 roku kończyła się bitwa o Czerniaków. Nie było kapitulacji podobnej do tej, która kilkanaście dni później zakończy całe Powstanie, nie było rozmów gwarantujących żołnierzom prawa jeńców wojennych ani uporządkowanego wyjścia oddziałów. Pozostały pojedyncze domy, piwnice pełne rannych i grupy ludzi próbujących wydostać się z niemieckiego pierścienia. Jeszcze tydzień wcześniej Wisła oznaczała nadzieję, ponieważ na jej prawym brzegu znajdowały się wojska sowieckie i 1. Armia Wojska Polskiego. Teraz ta sama rzeka zamykała ostatnią drogę odwrotu. Niemcy byli od zachodu, północy i południa, a na wschodzie znajdowała się woda, którą pod ogniem trzeba było pokonać łodzią albo wpław. Czerniaków umierał nad rzeką, która miała go uratować.

Tragedia polegała również na tym, że nadzieja związana z Wisłą nie była wymysłem. 14 września zakończyły się walki o Pragę i Niemcy zostali wyparci na zachodni brzeg. Tego samego dnia ppłk Jan Mazurkiewicz „Radosław” przesunął swoje oddziały bliżej rzeki, koncentrując je pomiędzy ulicami Okrąg, Czerniakowską i Zagórną. Sens był jasny: trzeba utrzymać dostęp do Wisły, bo właśnie stamtąd mogła nadejść pomoc. Dwa dni później na Czerniakowie rzeczywiście pojawili się pierwsi żołnierze 3. Dywizji Piechoty 1. Armii Wojska Polskiego. Przez kilka dni wydawało się więc, że najbardziej oczekiwany scenariusz zaczyna się spełniać. Front dotarł do Warszawy, polscy żołnierze przeprawiali się przez rzekę, a powstańcy mieli utrzymać przyczółek do nadejścia następnych oddziałów.

Tyle że pierwszy desant nie zamienił się w wielką przeprawę. Następne grupy docierały na zachodni brzeg, ale Czerniaków kurczył się szybciej, niż przybywały posiłki. Nie zbudowano trwałego połączenia pozwalającego regularnie przerzucać ludzi, ciężkie uzbrojenie, amunicję i zaopatrzenie. Żołnierze, którzy dopłynęli do Warszawy, sami stawali się częścią oblężonego garnizonu. Im dłużej trwała bitwa, tym mniej przypominała walkę o rozwinięcie przyczółka, a coraz bardziej obronę miejsca, z którego nie było dokąd odejść.

Niemcy doskonale rozumieli znaczenie Czerniakowa. Gdyby powstańcom udało się utrzymać pas nad Wisłą, a wojska znajdujące się na Pradze zdołały przerzucić przez rzekę większe siły, powstałoby bezpośrednie połączenie pomiędzy walczącą Warszawą a frontem. Dlatego od 11 września właśnie ten rejon stał się jednym z głównych celów niemieckich natarć. Artyleria, moździerze, lotnictwo, czołgi i piechota miały systematycznie spychać obrońców ku rzece. Nie trzeba było zdobywać całej dzielnicy jednym uderzeniem. Wystarczyło zabierać powstańcom kolejne domy i ulice, aż przyczółek stanie się zbyt mały, aby można go było zaopatrywać i rozwijać. Była to metodyczna likwidacja przestrzeni potrzebnej do przetrwania.

W tej walce odległości przestawały być mierzone kilometrami. Kilkadziesiąt metrów mogło oznaczać utratę następnego szpitala, magazynu albo przejścia między domami. Niemcy zajmowali kolejne budynki, a obrońcy cofali się przez podwórza, piwnice i wyrwy w ścianach. Danuta Michałowska zapamiętała walki na Zagórnej, gdzie przeciwnicy potrafili znajdować się na różnych piętrach tego samego domu. Prawie wszyscy żołnierze i sanitariuszki w jej plutonie zostali ranni. To już nie była walka o dzielnicę w normalnym znaczeniu tego słowa. Była to wojna o pojedyncze kondygnacje.

21 września sytuacja przyczółka była rozpaczliwa. W polskich rękach pozostawał niewielki skrawek wybrzeża oraz kilka punktów oporu. Relacje uczestników wymieniają przede wszystkim domy przy Wilanowskiej i Solcu. Leszek Sikora zapamiętał Solec 51, Solec 53 oraz Wilanowską 1 jako miejsca ostatnich walk, przy czym dwie ostatnie pozycje określał już jako końcowe reduty Czerniakowa. Brakowało amunicji i żywności, rosła liczba rannych, a możliwość swobodnego przemieszczania się praktycznie zniknęła. Poległy żołnierz pozostawiał broń, którą mógł podnieść następny, ale nawet to nie rozwiązywało problemu, ponieważ coraz częściej nie było do niej nabojów. Walczono resztkami tego, co ocalało.

W takich warunkach Wisła zaczęła zmieniać znaczenie. Przez wiele tygodni była symbolem oczekiwanej pomocy, później stała się drogą, którą rzeczywiście przyszli żołnierze 1. Armii. Teraz miała być drogą odwrotu. Na mapie rozwiązanie wydawało się proste: skoro nie można już utrzymać przyczółka, trzeba ewakuować ludzi na Saską Kępę. W rzeczywistości należało nocą przepłynąć szeroką rzekę pod niemieckim ostrzałem, przewożąc ludzi wyczerpanych, często rannych, przy użyciu niewystarczającej liczby łodzi i pontonów. Droga ratunku była jednocześnie otwartą przestrzenią znajdującą się pod obserwacją przeciwnika.

Symbolem tej przemiany stała się „Bajka”. Wrak statku wycieczkowego stojący przy brzegu zamieniono w punkt zborny dla ludzi oczekujących na ewakuację. 22 września sanitariuszki przenosiły tam ciężko rannych żołnierzy 9. Pułku Piechoty i powstańców. Łodzie miały zabrać ich na prawy brzeg. Niemiecki ostrzał uniemożliwił jednak planowaną przeprawę, a prowizoryczny punkt sanitarny znalazł się pod zmasowanym ogniem. Według opisu Muzeum Powstania Warszawskiego załoga punktu sanitarnego na „Bajce” zginęła, a tylko dwóm podchorążym AK udało się przepłynąć na drugi brzeg. Statek, którego nazwa brzmiała w tych okolicznościach niemal okrutnie, stał się jednym z ostatnich przystanków umierającego przyczółka.

Niektórzy próbowali ratować się samodzielnie. Zbigniew Rylski wspominał, że przy „Bajce” znaleźli się żołnierze, łączniczki i cywile, którzy rzucali się do nadpływających łodzi. Jedna z przeciążonych łodzi zatonęła. Rylski zdecydował się wtedy płynąć wpław mimo ręki zabezpieczonej gipsem. Niemcy oświetlali Wisłę, a nurt okazał się tak trudny, że na środku rzeki niemal zrezygnował. Trafił jednak na mieliznę, odzyskał siły i ostatecznie przedostał się na Saską Kępę. Jego historia pokazuje, jak absurdalnie mała i zarazem ogromna stała się odległość między klęską a ocaleniem. Drugi brzeg był widoczny, ale dotarcie do niego wymagało szczęścia graniczącego z cudem.

Nie wszyscy byli w stanie podjąć podobną próbę. W piwnicach leżeli ludzie, których nie można było przenieść bez noszy i dwóch zdrowych osób. Alina Okońska wspominała rannych proszących o wodę, której nie było, oraz powstańców ryzykujących życie, aby przynieść ją z Wisły. W ostatnich domach gromadzili się żołnierze, sanitariuszki i cywile. Każde przeniesienie rannego oznaczało wystawienie kolejnych ludzi na ostrzał. Wcześniej rzeka miała przynieść amunicję i żołnierzy. Teraz nawet zaczerpnięcie z niej wody mogło kosztować życie.

Sytuację pogarszał fakt, że przyczółek stracił dowódczą i organizacyjną spójność. W nocy z 19 na 20 września „Radosław”, uznając położenie za katastrofalne, wyprowadził kanałami na Mokotów około dwustu rannych i nieuzbrojonych powstańców. Na Czerniakowie pozostali między innymi ludzie kpt. Ryszarda Białousa „Jerzego”, resztki innych oddziałów AK oraz żołnierze 1. Armii. Nie oznaczało to natychmiastowego końca walki. Oznaczało jednak, że idea utrzymania dużego przyczółka została zastąpiona walką o przetrwanie jego ostatnich fragmentów. Komenda Główna AK potraktowała odejście „Radosława” jako faktyczną utratę dojścia do Wisły, choć pozostali obrońcy walczyli jeszcze przez kilka dni.

Trudno o lepszy przykład różnicy między mapą a rzeczywistością. Na mapie nadal można było zaznaczyć polskie punkty oporu nad rzeką. Na ziemi oznaczały one kilka domów wypełnionych rannymi i żołnierzami pozbawionymi odpowiedniego zaopatrzenia. Na mapie po drugiej stronie znajdowała się 1. Armia Wojska Polskiego i wielkie zgrupowanie sowieckie. Dla człowieka siedzącego w piwnicy przy Wilanowskiej 1 liczyło się jednak tylko to, czy tej nocy przypłynie łódź. Strategiczna bliskość wielkiej armii nie przekładała się już na bezpieczeństwo pojedynczego obrońcy.

22 września stało się jasne, że przyczółka nie uda się utrzymać. Podjęto próbę ewakuacji na prawy brzeg, ale niemiecki ostrzał ją udaremnił. Pozostawała jeszcze możliwość przebicia się w kierunku Śródmieścia. Była równie desperacka, ponieważ pomiędzy ostatnimi pozycjami na Czerniakowie a głównym obszarem powstańczym znajdowały się oddziały niemieckie. Mimo to nocą z 22 na 23 września część obrońców podjęła próbę. Do obsadzonego przez powstańców gmachu YMCA przy Konopnickiej dotarła jedynie pięcioosobowa grupa z kpt. „Jerzym”. Dla większości ludzi pozostających nad Wisłą nie było już wyjścia.

23 września Niemcy opanowali ostatnie punkty oporu. Władysław Bartoszewski zapamiętał wiadomości docierające do Śródmieścia o mordach dokonywanych nad brzegiem Wisły na ludności cywilnej i pojmanych powstańcach. W relacjach innych uczestników również powraca obraz rozstrzeliwania ludzi schwytanych z opaskami i zabijania tych, którzy nie mogli odejść. Instytut Pamięci Narodowej wskazuje na masowe mordy dokonywane po zajęciu Czerniakowa na pozostałych przy życiu powstańcach oraz cywilach. Nie wszyscy jeńcy zostali zabici i część rannych przeżyła, dlatego nie należy tworzyć obrazu całkowitej eksterminacji każdego schwytanego człowieka. Terror wobec ludzi pozostających na zajętym przyczółku był jednak rzeczywistością ostatnich godzin bitwy.

Wśród zamordowanych znalazł się pallotyn ks. Józef Stanek „Rudy”, kapelan Zgrupowania „Kryska”. Pozostał z rannymi i ludnością cywilną, chociaż miał możliwość podjęcia próby ratunku. 23 września dostał się w ręce Niemców i został powieszony na Solcu. Jego śmierć stała się jednym z najbardziej znanych epizodów ostatniego dnia Czerniakowa. Nie dlatego jednak warto ją przypominać, że potrzebny jest jeszcze jeden męczennik do powstańskiej legendy. Pokazuje ona raczej, jak wyglądał koniec przyczółka dla tych, którzy nie mogli albo nie chcieli zostawić rannych i cywilów.

Upadek Czerniakowa był również końcem złudzenia, że samo dotarcie Armii Czerwonej nad Wisłę zasadniczo zmieni los Powstania. Pomoc ze wschodu była rzeczywista. Żołnierze 1. Armii przeprawili się przez rzekę, walczyli razem z AK i ponieśli ogromne straty. Sowiecka i polska artyleria prowadziła ogień, a lotnictwo dokonywało zrzutów. Wszystko to nie wystarczyło jednak do stworzenia trwałego przyczółka. Lokalna pomoc nie zamieniła się w operację na skalę pozwalającą przełamać niemiecką obronę zachodniego brzegu. Nie trzeba zaprzeczać realnym działaniom militarnym, aby dostrzec ich ograniczony charakter.

Tak samo nie należy tłumaczyć całej klęski jednym politycznym rozkazem. Wisła była realną przeszkodą, Niemcy bronili jej zachodniego brzegu, mosty zostały zniszczone, a forsowanie szerokiej rzeki pod ogniem należało do najtrudniejszych zadań wojskowych. Oddziały 1. Frontu Białoruskiego miały za sobą długą ofensywę i poniosły znaczne straty. Te fakty nie znikają dlatego, że Stalin miał własne polityczne rachuby wobec polskiego podziemia. Równie nieuzasadnione byłoby jednak wyprowadzenie z nich wniosku, że ratowanie Powstania stało się strategicznym priorytetem sowieckiego dowództwa. Czerniaków otrzymał pomoc wystarczającą do przedłużenia walki, lecz nie taką, która mogła zmienić jej wynik.

Dla żołnierzy znajdujących się na przyczółku wielka polityka ostatecznie sprowadzała się do bardzo prostych pytań. Czy będzie amunicja? Czy przypłyną następne łodzie? Czy rannych zabierze ktoś na Pragę? Czy da się jeszcze przejść do Śródmieścia? Kiedy odpowiedzi na kolejne pytania stawały się negatywne, kończyła się nie tylko obrona kilku domów. Kończyła się nadzieja, że Wisła pozostaje drogą łączącą powstańczą Warszawę z frontem.

Po 23 września konsekwencje stały się oczywiste. Nie istniał już czerniakowski przyczółek, który można byłoby wzmocnić następnym desantem. Niemcy odzyskali kontrolę nad tym odcinkiem zachodniego brzegu i mogli przerzucać siły przeciwko pozostałym dzielnicom. 27 września skapitulował Mokotów, a 30 września zakończył walkę Żoliborz. Powstanie wchodziło w ostatnie dni. Od tej chwili oczekiwanie na wielką pomoc ze wschodu stawało się coraz mniej planem wojskowym, a coraz bardziej nadzieją pozbawioną materialnych podstaw.

Najbardziej tragiczny paradoks Czerniakowa polegał na odwróceniu znaczenia Wisły. Najpierw powstańcy chcieli do niej dotrzeć, ponieważ za rzeką znajdowała się nadchodząca armia. Później bronili brzegu, aby umożliwić lądowanie żołnierzom 1. Armii. W ostatnich godzinach próbowali od tej samej rzeki uciekać, ponieważ zostali do niej przyparci przez Niemców. To, co miało być korytarzem ratunkowym, zamieniło się w ścianę.

Czerniaków nie upadł dlatego, że nikt nie próbował go ratować. To byłoby zbyt proste i nieprawdziwe. Żołnierze przeprawiali się przez Wisłę, powstańcy utrzymywali brzeg, sanitariuszki wynosiły rannych, a łodzie próbowały wracać na Pragę. Tragedia polegała właśnie na tym, że wszystko to wydarzyło się naprawdę i nadal okazało się niewystarczające. W ostatnich godzinach pomiędzy życiem a śmiercią pozostawało kilkaset metrów wody. Wisła, na którą przez tygodnie patrzono jak na drogę nadejścia ratunku, stała się ostatnią przeszkodą, jaką trzeba było pokonać, żeby przeżyć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz