Na fotografiach z Powstania Warszawskiego broń jest niemal wszędzie. Powstaniec z pistoletem maszynowym, żołnierz z karabinem przewieszonym przez ramię, zdobyczny niemiecki hełm, granaty zatknięte za pas. Nic dziwnego, że po osiemdziesięciu latach można odnieść wrażenie, iż 1 sierpnia 1944 roku do walki ruszyła wprawdzie słabsza, ale jednak normalnie uzbrojona armia. Fotografia ma jednak tę wadę, że chętniej pokazuje człowieka z karabinem niż dwudziestu jego kolegów czekających, aż ten karabin stanie się wolny. Jeżeli chcemy zrozumieć pierwsze godziny Powstania, trzeba na chwilę odłożyć najbardziej efektowne zdjęcia i zajrzeć do magazynów Armii Krajowej. Widok jest znacznie mniej romantyczny.
Liczby różnią się w zależności od tego, jaki stan magazynowy, obszar i moment mobilizacji przyjmiemy za podstawę obliczeń. IPN w jednym ze swoich zestawień podaje, że 1 sierpnia do dyspozycji żołnierzy znajdowało się około 2500 pistoletów, 1475 karabinów, 420 pistoletów maszynowych, 94 ręczne i 20 ciężkich karabinów maszynowych. Nowsze materiały edukacyjne IPN, odnoszące się do stanu Okręgu Warszawskiego AK, podają wyższe liczby: 3846 pistoletów i rewolwerów, 2629 karabinów, 657 pistoletów maszynowych, 145 ręcznych i 47 ciężkich karabinów maszynowych. Dochodziły do tego granaty, butelki zapalające, materiały wybuchowe, kilkadziesiąt miotaczy ognia oraz niewielka liczba broni przeciwpancernej. Rozbieżności są istotne dla historyka uzbrojenia, ale dla oceny sytuacji strategicznej niewiele zmieniają: wobec dziesiątek tysięcy ludzi przewidzianych do walki broni było dramatycznie mało.
Najbardziej wymowna jest inna liczba przytaczana przez IPN: spośród 25 ludzi przystępujących do walki uzbrojony był zaledwie jeden, i to w broń krótką. Oczywiście nie oznacza to, że dokładnie w każdym plutonie jeden człowiek posiadał pistolet, a pozostałych dwudziestu czterech patrzyło na niego z zazdrością. Uzbrojenie było rozdzielane przede wszystkim pomiędzy oddziały przeznaczone do bezpośredniego ataku, a jego dostępność różniła się zależnie od dzielnicy i zgrupowania. Pokazuje to jednak skalę problemu. Armia Krajowa posiadała ludzi do przeprowadzenia powstania, ale nie posiadała broni wystarczającej do uzbrojenia armii, którą zamierzała wysłać do walki.
Było w tym coś szczególnie tragicznego, ponieważ problem nie spadł na Warszawę z nieba 1 sierpnia. Pierwotne założenia akcji „Burza” nie przewidywały prowadzenia wielkiej bitwy w stolicy. Co więcej, od wiosny 1944 roku część broni maszynowej i długiej wywożono z warszawskich magazynów w teren, gdzie zgodnie z wcześniejszymi planami miała zostać wykorzystana przeciwko Niemcom. Dopiero zmieniająca się sytuacja militarna i polityczna doprowadziła w lipcu do decyzji o objęciu Warszawy walką. Historia wykazała tutaj swoje charakterystyczne poczucie humoru: kiedy uznano, że stolica jednak powinna walczyć, część broni, którą można było w niej wykorzystać, znajdowała się już poza miastem.
Jeszcze gorzej przedstawiała się kwestia broni ciężkiej. Powstańcy mogli pistoletem czy karabinem zaatakować niemiecki patrol, ale zdobywanie umocnionego gmachu było już zupełnie innym przedsięwzięciem. Niemcy dysponowali bronią maszynową, artylerią, pojazdami pancernymi, a później również lotnictwem bombardującym powstańcze dzielnice praktycznie bezkarnie. AK miała improwizowane granaty, butelki zapalające, nieliczne miotacze ognia i skromną liczbę środków przeciwpancernych. Według nowszego zestawienia IPN na stanie znajdowało się zaledwie 29 karabinów i granatników przeciwpancernych, 16 moździerzy i granatników oraz dwa działka przeciwpancerne. Nawet te liczby nie oznaczają oczywiście, że cały wykazany sprzęt znalazł się 1 sierpnia o godzinie 17.00 dokładnie tam, gdzie był najbardziej potrzebny.
Właśnie dlatego pierwszego dnia nie udało się zdobyć wielu kluczowych obiektów. Nie trzeba tutaj tworzyć skomplikowanych teorii o braku ducha ofensywnego albo nieudolności młodych dowódców. Spróbujmy zdobyć silnie broniony budynek, dysponując kilkoma pistoletami, granatami i butelkami z benzyną, podczas gdy przeciwnik strzela z broni maszynowej zza przygotowanych stanowisk. Odwaga może skłonić człowieka do rozpoczęcia takiego ataku, ale nie zastąpi ciężkiego karabinu maszynowego, moździerza ani działa. Powstańcy dokonywali rzeczy, które przy tej dysproporcji uzbrojenia wydają się zdumiewające, lecz nawet największe bohaterstwo ma swoje granice balistyczne.
A jednak Warszawa walczyła przez sześćdziesiąt trzy dni i właśnie tutaj zaczyna się druga, znacznie ciekawsza część historii powstańczego uzbrojenia. Broń zdobywano na Niemcach, wyciągano z magazynów, otrzymywano ze zrzutów, naprawiano i produkowano własnymi siłami. Konspiracyjny przemysł Armii Krajowej wytwarzał między innymi pistolety maszynowe „Błyskawica”, granaty „filipinki” i „sidolówki” oraz miotacze ognia. Niemiecki karabin zabrany zabitemu albo wziętemu do niewoli żołnierzowi natychmiast zmieniał właściciela i zaczynał strzelać w przeciwną stronę. Zdobycie magazynu czy niemieckiego punktu oporu oznaczało więc coś więcej niż lokalny sukces taktyczny. Oznaczało możliwość uzbrojenia kolejnych ludzi. IPN zwraca uwagę, że przez całe Powstanie uzbrojenie uzupełniano zarówno zdobyczą, jak i alianckimi zrzutami.
To pozwala zrozumieć również powstańczą fascynację każdym zdobytym pojazdem czy cięższą bronią. Dzisiaj oglądamy fotografie zdobycznych „Panter”, samochodów pancernych czy stanowisk z PIAT-em i widzimy malownicze epizody miejskiej wojny. Dla ludzi, którzy 1 sierpnia mieli często jeden pistolet na kilku lub kilkunastu żołnierzy, zdobycie niemieckiego uzbrojenia oznaczało zasadniczą zmianę możliwości bojowych. W tym kontekście łatwiej również zrozumieć entuzjazm, który doprowadził kilka dni później do tragedii przy ulicy Kilińskiego. Niemiecki pojazd nie był dla powstańców ciekawostką techniczną. Był potencjalnie bezcenną bronią w armii, której właśnie broni brakowało najbardziej.
Trzeba przy tym uważać na jeszcze jedną pułapkę. Z informacji o fatalnym uzbrojeniu Powstania bardzo łatwo przejść do wniosku, że sama decyzja o jego rozpoczęciu musiała być absurdem. Nie jest to takie proste. Dowództwo AK nie planowało dwumiesięcznej samodzielnej bitwy z regularnymi niemieckimi oddziałami. Powstanie miało być krótką operacją poprzedzającą wejście Armii Czerwonej. W takim planie uzbrojenie, choć dramatycznie niewystarczające do długiej obrony miasta, mogło wystarczyć do opanowania części Warszawy, sparaliżowania niemieckiego garnizonu i utrzymania pozycji przez kilka dni. Problem polegał na tym, że kilka dni zamieniło się w dziewięć tygodni, a Armia Czerwona nie pojawiła się tam, gdzie oczekiwali jej autorzy planu.
Paradoks Powstania polega więc na tym, że jego największym zasobem byli ludzie, a największym deficytem wszystko to, co pozwala ludziom prowadzić nowoczesną wojnę. Warszawa posiadała konspiracyjną armię, której przez pięć lat okupacji udało się zachować struktury dowodzenia, łączność, dyscyplinę i zdolność mobilizacyjną. Kiedy jednak nadeszła godzina „W”, okazało się, że tysiące gotowych do walki żołnierzy nie mają czym walczyć. Był to rezultat warunków okupacyjnych, wcześniejszych założeń „Burzy”, trudności w magazynowaniu i transporcie uzbrojenia oraz samej natury konspiracyjnej armii, która mogła stosunkowo łatwo ukryć człowieka, lecz znacznie trudniej działo, moździerz czy tysiące karabinów.
Dlatego zdjęcie powstańca z pistoletem maszynowym mówi prawdę, ale tylko część prawdy. Ten człowiek rzeczywiście miał broń i rzeczywiście z nią walczył. Poza kadrem pozostawali jednak ci, którzy czekali na zdobyczny karabin, przenosili granaty, budowali barykady albo szli do pierwszego ataku z butelką zapalającą i nadzieją, że broń zdobędą na przeciwniku. Powstanie Warszawskie rozpoczęła więc nie armia dobrze uzbrojona, lecz armia, która w znacznej mierze musiała uzbroić się już podczas wojny, którą właśnie rozpoczęła. Można długo dyskutować, czy w takich warunkach należało wydawać rozkaz walki. Nie można natomiast zrozumieć ani pierwszego dnia Powstania, ani jego późniejszego przebiegu, jeśli zapomni się o tym podstawowym fakcie: 1 sierpnia 1944 roku Warszawie znacznie mniej brakowało ludzi gotowych umrzeć niż karabinów, które pozwoliłyby im skutecznie walczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz