Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się dość prosta. Turcja, Arabia Saudyjska i Pakistan tworzą własny układ bezpieczeństwa, ponieważ coraz mniej wierzą w trwałość amerykańskich gwarancji. Skoro nie można być całkowicie pewnym Waszyngtonu, trzeba przygotować się na sytuację, w której o własne bezpieczeństwo będzie się musiało zadbać samemu. W takim ujęciu „islamskie NATO” byłoby kolejnym dowodem słabnięcia pozycji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i stopniowego usamodzielniania się państw, które przez dziesięciolecia pozostawały uzależnione od amerykańskiej potęgi.
Możliwe jednak, że jest dokładnie odwrotnie. Nowego porozumienia nie należy traktować wyłącznie jako próby zastąpienia Stanów Zjednoczonych własnym systemem bezpieczeństwa. Może ono być również bardzo skutecznym sposobem wywierania presji na Waszyngton. Arabia Saudyjska, Turcja i Pakistan pokazują Amerykanom, że mają alternatywę, a tym samym zwiększają swoją wartość negocjacyjną. Komunikat jest prosty: jeżeli Stany Zjednoczone chcą zachować dotychczasowe wpływy w tej części świata, będą musiały zaoferować swoim partnerom więcej.
Nie jest to w polityce międzynarodowej nic nowego. Państwo, które ma tylko jednego protektora, znajduje się wobec niego w dość niewygodnym położeniu. Państwo posiadające kilka możliwości może natomiast negocjować warunki współpracy. Nie musi nawet rzeczywiście zmieniać sojusznika. Wystarczy, że dotychczasowy partner zacznie brać taką możliwość pod uwagę.
Arabia Saudyjska nie chce pozbyć się Amerykanów
Najlepiej widać to na przykładzie Arabii Saudyjskiej. Gdyby Rijad rzeczywiście chciał uniezależnić swoje bezpieczeństwo od Stanów Zjednoczonych, należałoby oczekiwać stopniowego ograniczania współpracy wojskowej z Waszyngtonem. Tymczasem dzieje się coś zupełnie innego. Saudyjczycy nadal kupują amerykańską broń, potrzebują amerykańskich technologii, współpracy wywiadowczej i przede wszystkim systemów obrony przeciwlotniczej oraz przeciwrakietowej.
Jeszcze w styczniu 2026 roku administracja amerykańska zatwierdziła możliwość sprzedaży Arabii Saudyjskiej setek pocisków PAC-3 MSE do systemów Patriot wraz z wyposażeniem o wartości około dziewięciu miliardów dolarów. Trudno uznać takie zakupy za przygotowanie do strategicznego rozwodu z Ameryką. Są raczej dowodem, że Rijad nadal chce mieć Stany Zjednoczone po swojej stronie, ale jednocześnie nie zamierza już uzależniać całego swojego bezpieczeństwa od decyzji podejmowanych w Waszyngtonie.
Saudyjczycy nie mówią więc Amerykanom, że przestali ich potrzebować. Mówią coś znacznie bardziej subtelnego: nadal was potrzebujemy, ale nie jesteście już jedynym rozwiązaniem. Z punktu widzenia negocjacji między państwami jest to zasadnicza różnica, ponieważ partner posiadający alternatywę może stawiać większe wymagania.
Erdoğan doskonale rozumie tę grę
Jeszcze wyraźniej widać podobną strategię w polityce Turcji. Ankara pozostaje przecież członkiem NATO i nic nie wskazuje na to, żeby zamierzała z Sojuszu występować. Jednocześnie od lat prowadzi politykę, która polega na poszerzaniu własnej swobody działania. Turcja współpracuje z Zachodem, ale potrafi również prowadzić rozmowy z Rosją, rozwija własny przemysł zbrojeniowy i coraz aktywniej buduje wpływy na Bliskim Wschodzie, Kaukazie, w Azji Centralnej i Afryce.
Nie jest to polityka wyboru między Wschodem a Zachodem. Erdoğan najwyraźniej uważa, że znacznie korzystniej jest nie wybierać, dopóki nie jest to absolutnie konieczne. Turcja może pozostawać członkiem NATO, korzystać z jego gwarancji bezpieczeństwa, zabiegać o dostęp do amerykańskich technologii wojskowych, a jednocześnie uczestniczyć w budowie nowego regionalnego układu obronnego.
Z punktu widzenia Ankary jest to rozwiązanie niemal idealne. Im ważniejsza staje się Turcja dla innych państw regionu, tym trudniej Waszyngtonowi traktować ją wyłącznie jako kłopotliwego sojusznika, którego można przywołać do porządku. Erdoğan od dawna próbuje przekonać Amerykanów, że Turcja nie jest peryferyjnym członkiem NATO, lecz samodzielnym mocarstwem regionalnym. Nowy układ daje mu kolejny argument.
Pakistan także nie zamierza wybierać jednego patrona
Pakistan prowadzi podobną grę, choć znajduje się w zupełnie innym położeniu. Przez dziesięciolecia jego relacje ze Stanami Zjednoczonymi przechodziły od bardzo bliskiej współpracy do niemal otwartej nieufności. Jednocześnie Islamabad rozwijał strategiczne partnerstwo z Chinami, które stały się dla niego najważniejszą przeciwwagą wobec Indii.
Nie oznacza to jednak, że Pakistan chce zamknąć sobie drogę do Waszyngtonu. Wręcz przeciwnie, w ostatnim okresie próbuje odzyskać znaczenie w amerykańskiej polityce regionalnej i występować jako państwo, bez którego trudno rozwiązywać problemy Bliskiego Wschodu oraz Azji Południowej. Dobre stosunki z Arabią Saudyjską i Turcją dodatkowo wzmacniają tę pozycję.
Islamabad również nie musi więc wybierać między Waszyngtonem, Pekinem, Rijadem i Ankarą. Najkorzystniejsza sytuacja powstaje wtedy, gdy każdy z tych partnerów ma powód, aby zabiegać o dobre stosunki z Pakistanem. To bardzo stara polityka równoważenia mocarstw, tylko prowadzona w nowych warunkach.
Razem mogą zażądać od Waszyngtonu więcej
Każde z trzech państw ma wobec Stanów Zjednoczonych konkretne oczekiwania. Arabia Saudyjska potrzebuje najnowocześniejszego uzbrojenia, systemów przeciwrakietowych, współpracy wywiadowczej i możliwie wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa. Turcja chce dostępu do amerykańskich technologii wojskowych oraz uznania jej szczególnej pozycji jako regionalnego mocarstwa. Pakistan potrzebuje przestrzeni do równoważenia przewagi Indii i Chin oraz odbudowania własnego znaczenia w Waszyngtonie.
Osobno każde z tych państw jest dla Stanów Zjednoczonych ważnym partnerem. Razem stają się jednak czymś znacznie większym. Turcja wnosi dużą i doświadczoną armię oraz szybko rozwijający się przemysł obronny, Arabia Saudyjska kapitał i znaczenie energetyczne, a Pakistan potencjał militarny, strategiczne położenie i broń nuklearną. Gdyby w przyszłości do tej konstrukcji dołączył Egipt, powstałby układ, którego żaden amerykański prezydent nie mógłby po prostu zignorować.
I właśnie tutaj można dostrzec zasadniczy sens całego przedsięwzięcia. Nie trzeba wypowiadać sojuszu Stanom Zjednoczonym ani usuwać amerykańskich wojsk z regionu. Wystarczy stworzyć sytuację, w której Waszyngton zacznie się zastanawiać, ile wpływów może stracić, jeśli zlekceważy oczekiwania swoich dotychczasowych partnerów.
Ameryka ma się obawiać nie wrogości, lecz samodzielności sojuszników
Dla Stanów Zjednoczonych najgorszym scenariuszem nie musi być wcale powstanie otwarcie antyamerykańskiego bloku. Znacznie bardziej prawdopodobnym i pod pewnymi względami groźniejszym problemem byłoby pojawienie się grupy państw, które nadal chcą współpracować z Waszyngtonem, ale przestają być od niego strategicznie uzależnione.
Jeżeli Arabia Saudyjska będzie mogła liczyć na Pakistan i Turcję, jej zależność od amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa zmaleje. Jeżeli Ankara stanie się jednym z organizatorów regionalnego systemu bezpieczeństwa, zwiększy się jej możliwość prowadzenia polityki nie zawsze zgodnej z oczekiwaniami NATO. Jeżeli Pakistan uzyska dodatkowe wsparcie dwóch ważnych państw muzułmańskich, łatwiej będzie mu prowadzić własną grę między Stanami Zjednoczonymi a Chinami.
Waszyngton staje wtedy przed bardzo niewygodnym wyborem. Może ograniczać zaangażowanie i ryzykować dalsze usamodzielnianie się swoich partnerów albo ponownie zaoferować im więcej – więcej broni, więcej technologii, więcej współpracy i bardziej wiarygodne gwarancje bezpieczeństwa.
Jeżeli właśnie taki efekt chcieli osiągnąć twórcy nowego porozumienia, jego logika zaczyna być bardzo czytelna.
Paradoks polityki Trumpa
Jest w tym wszystkim pewna ironia. Donald Trump od dawna domaga się, aby amerykańscy sojusznicy wydawali więcej na obronność i przestali zakładać, że Stany Zjednoczone zawsze zapłacą za ich bezpieczeństwo. Podobne podejście stało się zresztą trwałym elementem amerykańskiej polityki, niezależnie od tego, kto akurat znajduje się w Białym Domu.
Turcja, Arabia Saudyjska i Pakistan mogą odpowiedzieć, że właśnie realizują ten postulat. Budują własne zdolności, rozwijają przemysł obronny i tworzą regionalne mechanizmy współpracy. Problem dla Amerykanów polega na tym, że państwa zdolne do samodzielnego zapewnienia sobie bezpieczeństwa stają się również bardziej samodzielne politycznie.
Waszyngton chciałby więc mieć silniejszych sojuszników, ale nadal funkcjonujących w systemie kierowanym przez Stany Zjednoczone. Może natomiast otrzymać silniejszych partnerów, którzy pewnego dnia zapytają, dlaczego mają zawsze podporządkowywać własną politykę amerykańskim interesom, skoro coraz więcej problemów potrafią rozwiązywać bez amerykańskiej pomocy.
Właśnie dlatego powstanie „islamskiego NATO” może paradoksalnie doprowadzić nie do zmniejszenia, lecz do ponownego zwiększenia amerykańskiego zaangażowania. Waszyngton będzie musiał zdecydować, czy oszczędności wynikające z ograniczenia obecności w regionie są warte utraty części wpływów, które Stany Zjednoczone budowały tam przez dziesięciolecia.
Nie chodzi o rozwód z Ameryką
Dlatego nie przekonuje mnie prosta teza, że Turcja, Arabia Saudyjska i Pakistan właśnie odwracają się od Stanów Zjednoczonych. Fakty wskazują na coś bardziej skomplikowanego. Turcja pozostaje w NATO, Arabia Saudyjska nadal kupuje amerykańskie systemy uzbrojenia, a Pakistan stara się zachować możliwie szerokie pole manewru między Waszyngtonem a Pekinem. Żadne z tych państw nie ma dziś interesu w całkowitym zerwaniu strategicznych więzi z Ameryką.
Mają natomiast wspólny interes w przekonaniu Stanów Zjednoczonych, że ich lojalności nie należy uważać za coś oczywistego. Im bardziej wiarygodna będzie możliwość stworzenia własnego systemu bezpieczeństwa, tym większą cenę Waszyngton będzie musiał zapłacić za utrzymanie dotychczasowej pozycji.
W tym sensie „islamskie NATO” może okazać się nie tyle alternatywą dla amerykańskich gwarancji, ile instrumentem służącym do ich wzmocnienia. Arabia Saudyjska chce mieć większą pewność amerykańskiej ochrony, Turcja chce być traktowana przez Waszyngton jak mocarstwo, a Pakistan chce odzyskać znaczenie, które utracił po zakończeniu amerykańskiej wojny w Afganistanie. Wspólne porozumienie daje wszystkim trzem państwom dodatkową kartę w negocjacjach.
Nie mówią więc Amerykanom: „wynoście się, poradzimy sobie bez was”. Ich komunikat jest znacznie bardziej pragmatyczny. Pokazują, że potrafią przygotować się na świat bez amerykańskiej ochrony, właśnie po to, aby Amerykanie uznali, że bardziej opłaca się pozostać.
Jeżeli ta interpretacja jest trafna, „islamskie NATO” nie jest początkiem strategicznego rozwodu z Waszyngtonem. Jest raczej podbijaniem stawki przed kolejną rundą negocjacji o to, ile Stany Zjednoczone są gotowe zapłacić – politycznie, militarnie i technologicznie – za zachowanie swojej pozycji na Bliskim Wschodzie i w Azji Południowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz