Grenlandia pod duńskimi rządami. Dzisiaj Kopenhaga występuje jako obrońca prawa Inuitów do samostanowienia. Historia stosunków Danii z rdzennymi mieszkańcami wyspy pokazuje jednak, że to odkrycie jest stosunkowo świeże.
Grenlandia ma ostatnio niezwykłe szczęście do obrońców. Im większe zainteresowanie wyspą okazują Stany Zjednoczone, tym głośniej z Kopenhagi płyną zapewnienia o prawach Grenlandczyków, ich suwerenności, kulturze i prawie do samostanowienia. Można niemal odnieść wrażenie, że duńscy politycy dopiero teraz odkryli, iż największa wyspa świata nie jest pustym kawałkiem lodu należącym do królestwa, lecz krajem zamieszkanym przez ludzi mających własną historię, język i interesy.
Oburzenie na Donalda Trumpa przychodzi przy tym Duńczykom wyjątkowo łatwo. Amerykański prezydent rzeczywiście mówi o Grenlandii w sposób, który europejskiego dyplomatę może przyprawić o palpitację serca. Trump ma charakterystyczny zwyczaj mówienia o polityce międzynarodowej tak, jakby właśnie oglądał kolejną nieruchomość na Florydzie. Grenlandia jest strategicznie położona, ma surowce, można więc zapytać, jak zwiększyć nad nią amerykańską kontrolę. Subtelności niewiele, ale przynajmniej wiadomo, o co chodzi.
Znacznie ciekawsze jest pytanie, dlaczego moralne oburzenie Kopenhagi miałoby być traktowane jako coś więcej niż obrona własnego interesu. Historia duńskiej obecności na Grenlandii nie jest przecież historią bezinteresownej opieki nad Inuitami. Przez znaczną część XX wieku była to klasyczna polityka kolonialna, później ubrana w znacznie sympatyczniejsze szaty modernizacji, opieki społecznej i cywilizacyjnego postępu.
Kiedy przychodzili Chińczycy, alarm był znacznie cichszy
Dzisiejszą nerwowość wobec Amerykanów warto zestawić z wcześniejszym zainteresowaniem Grenlandią ze strony Chin. Pekin od dawna dostrzegał to, czego część Europy nie chciała zauważyć: Arktyka będzie jednym z obszarów strategicznej rywalizacji XXI wieku, a Grenlandia zajmuje w niej miejsce wyjątkowe.
Chińskie przedsiębiorstwa interesowały się grenlandzkimi złożami żelaza, cynku, uranu i metali ziem rzadkich. General Nice przejęła projekt Isua, Shenghe Resources zaangażowała się w Kvanefjeld, a inne chińskie podmioty pojawiały się wokół kolejnych projektów wydobywczych. Chińska państwowa CCCC znalazła się nawet wśród firm zainteresowanych budową nowych lotnisk na Grenlandii.
Dopiero perspektywa chińskiego udziału w infrastrukturze o oczywistym znaczeniu strategicznym wywołała poważniejszy alarm w Kopenhadze i Waszyngtonie. Dania zaangażowała się wówczas finansowo w projekty lotniskowe, ograniczając możliwość wejścia chińskiego kapitału. Był to moment, w którym okazało się, że wolny rynek jest rzeczą wspaniałą, dopóki za inwestorem nie stoi Pekin i dopóki inwestycja nie posiada pasa startowego.
Nie wszystkie chińskie przedsięwzięcia były oczywiście pomysłami Kopenhagi. Grenlandia ma szeroką autonomię gospodarczą, a jej władze same poszukiwały zagranicznych inwestorów. Jest to jednak właśnie część problemu. Przez lata Dania pozwalała, aby strategiczne znaczenie wyspy pozostawało na marginesie poważnej europejskiej debaty. Dopiero rosnące zainteresowanie Chin, a później gwałtowny powrót Stanów Zjednoczonych do arktycznej polityki przypomniały Kopenhadze, jaki skarb posiada na północy.
Dania ma własny rachunek do zapłacenia
Najbardziej niewygodna część tej historii nie dotyczy jednak ani kopalń, ani lotnisk. Dotyczy samych Grenlandczyków.
Duńska polityka wobec Inuitów przez znaczną część XX wieku była oparta na charakterystycznym dla epoki kolonialnej przekonaniu, że administracja europejska wie lepiej, jak ludność rdzenna powinna żyć. Grenlandczyków należało modernizować, kształcić, osiedlać według nowych wzorców, przystosowywać do duńskiego modelu społecznego i stopniowo odrywać od tradycyjnego sposobu życia.
Szczególnie ponurym rozdziałem tej historii stała się polityka kontroli urodzeń. Od lat sześćdziesiątych tysiącom grenlandzkich kobiet i dziewcząt zakładano wkładki domaciczne, w wielu przypadkach bez właściwie uzyskanej świadomej zgody. Według ustaleń dotyczących tej kampanii objęła ona około 4,5 tysiąca kobiet i dziewcząt, a więc ogromną część żeńskiej populacji wyspy w wieku rozrodczym. Wśród poddawanych zabiegom znajdowały się także nastolatki. Dania oficjalnie przeprosiła za tę politykę dopiero w 2025 roku.
Warto zatrzymać się nad tym faktem, ponieważ Europa zna z XX wieku wyjątkowo ponurą tradycję traktowania reprodukcji jako przedmiotu polityki państwowej. Najbardziej skrajną postać przybrała ona w III Rzeszy, gdzie państwo uznało się za uprawnione do decydowania, kto powinien mieć potomstwo, a komu należy taką możliwość odebrać. Niemieckie ustawy o przymusowej sterylizacji doprowadziły do poddania zabiegom setek tysięcy ludzi uznanych przez aparat państwowy za biologicznie niepożądanych.
Dania nie stworzyła nazistowskiego systemu rasowego ani aparatu eksterminacji, lecz w jej polityce grenlandzkiej pojawił się ten sam niebezpieczny element europejskiej inżynierii społecznej: przekonanie, że urzędnik, lekarz i państwo mogą wiedzieć lepiej od człowieka, czy powinien mieć dzieci. Różnica skali, ideologii i celu była zasadnicza, ale sama zasada administracyjnego ingerowania w reprodukcję określonej społeczności powinna szczególnie niepokoić właśnie Europejczyków pamiętających doświadczenia pierwszej połowy XX wieku.
W przypadku Grenlandii dochodził jeszcze jeden szczegół. Nie chodziło o wielomilionową populację, lecz o niewielką społeczność rdzenną, której liczebność mierzono w dziesiątkach tysięcy. Każda polityka masowo ingerująca w płodność kobiet musiała więc wywierać skutki demograficzne nieporównanie większe niż podobne działania prowadzone wobec dużych społeczeństw.
Dzieci, z których chciano zrobić Duńczyków
Kontrola reprodukcji była częścią szerszego sposobu myślenia. W 1951 roku przeprowadzono eksperyment, który przeszedł do historii jako „Little Danes experiment”. Grupę grenlandzkich dzieci oddzielono od rodzin i wysłano do Danii. Zamierzano wychować z nich duńskojęzyczną elitę, która po powrocie miała uczestniczyć w modernizowaniu Grenlandii.
Za całym przedsięwzięciem stała typowa dla kolonialnego paternalizmu pewność, że dziecku można odebrać język, środowisko i rodzinne więzi, jeżeli tylko robi się to w imię odpowiednio szlachetnego celu. Część dzieci po powrocie na Grenlandię nie wróciła już do swoich rodzin. Konsekwencją były problemy z tożsamością, utrata języka i zerwane więzi. Po wielu dziesięcioleciach duńskie państwo również za ten eksperyment przepraszało.
Trudno znaleźć lepszy przykład mechanizmu kolonialnego. Najpierw odbiera się człowiekowi możliwość decydowania o sobie, następnie tłumaczy się, że robi się to dla jego dobra, a kilkadziesiąt lat później organizuje uroczystość, podczas której następne pokolenie polityków przeprasza za poprzednie. Europejskie imperia przez bardzo długi czas posiadały niezwykły talent do czynienia dobra ludziom wbrew ich woli.
A teraz Kopenhaga została obrońcą Inuitów
Na tym tle współczesna duńska retoryka wobec Stanów Zjednoczonych nabiera niemal groteskowego charakteru. Kopenhaga występuje jako obrońca prawa Grenlandczyków do decydowania o własnej przyszłości, jak gdyby prawo to było od stuleci fundamentem duńskiej polityki.
Nie było.
Jeszcze w drugiej połowie XX wieku duńskie państwo ingerowało w kulturę, wychowanie dzieci, model życia, a nawet reprodukcję mieszkańców wyspy. Dzisiaj ta sama Kopenhaga poucza Waszyngton, że o Grenlandii nie można decydować bez Grenlandczyków. Zasada jest znakomita. Szkoda tylko, że jej odkrycie zajęło tak dużo czasu.
Amerykańskie zainteresowanie wyspą jest przy tym znacznie łatwiejsze do zrozumienia, niż sugeruje część europejskich komentarzy. Grenlandia leży na strategicznym kierunku między Ameryką Północną, Europą i Arktyką. Znajduje się tam amerykańska baza Pituffik, kluczowa dla systemów wczesnego ostrzegania i obserwacji przestrzeni kosmicznej. Rosja rozbudowała swoje zdolności wojskowe w Arktyce, Chiny od lat próbują uzyskać gospodarczy przyczółek na północy, a topnienie lodu zwiększa znaczenie nowych szlaków komunikacyjnych i dostępnych zasobów.
Każdy rozsądny prezydent Stanów Zjednoczonych musi więc interesować się Grenlandią. Trump różni się od swoich poprzedników głównie tym, że to, co inni omawialiby w gabinetach za pomocą raportów, strategii i dyplomatycznych eufemizmów, on potrafi powiedzieć przed kamerą w kilku zdaniach. Europejczycy oburzają się wtedy na formę, dzięki czemu nie muszą rozmawiać o treści.
Grenlandczycy chwalą Danię, ponieważ polityka to nie lekcja historii
Pozostaje jeszcze pozorny paradoks. Mimo kolonialnej historii i kolejnych ujawnianych skandali znaczna część Grenlandczyków nie zamierza zamieniać związku z Danią na podporządkowanie Stanom Zjednoczonym. W obecnym sporze duńskie związki są przez wielu mieszkańców wyspy przedstawiane wręcz jako zabezpieczenie przed amerykańską presją.
Nie ma w tym nic szczególnie tajemniczego. Narody nie wybierają sojuszy na podstawie konkursu historycznej moralności. Wybierają rozwiązania, które w danym momencie wydają im się bezpieczniejsze i korzystniejsze. Dzisiejsza Dania nie prowadzi wobec Grenlandii polityki z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. Wyspa posiada szeroką autonomię, własny parlament i rząd, a z Kopenhagi otrzymuje znaczące środki finansowe.
Pamięć historyczna i współczesny interes mogą więc prowadzić w różnych kierunkach. Grenlandczyk może uważać eksperymenty duńskiego państwa z przeszłości za haniebne, a jednocześnie dojść do wniosku, że dzisiejszy układ z Danią jest dla niego korzystniejszy od wejścia pod polityczną dominację Waszyngtonu. W polityce nie ma obowiązku konsekwentnego dziedziczenia nienawiści po dziadkach.
Nie zmienia to jednak historii ani nie daje Kopenhadze prawa do przedstawiania siebie jako odwiecznego opiekuna mieszkańców wyspy.
Największą wartością Grenlandii nie jest ropa
W całym sporze o odwierty najłatwiej zapatrzyć się na surowce i przegapić rzecz znacznie ważniejszą. Ropa, metale ziem rzadkich, uran czy inne bogactwa mogą być warte miliardy, ale najcenniejszym zasobem Grenlandii jest jej położenie.
Arktyka przestaje być peryferią świata. Rosja posiada tam ogromne terytorium i rozbudowaną infrastrukturę wojskową. Stany Zjednoczone kontrolują Alaskę i potrzebują Grenlandii dla bezpieczeństwa północnego podejścia do kontynentu. Chiny, choć geograficznie do Arktyki im daleko, już dawno zrozumiały, że przyszłe szlaki handlowe i zasoby regionu mogą mieć znaczenie globalne.
Na środku tej wielkiej gry znajduje się Grenlandia z populacją liczącą mniej więcej tyle osób, ile mieszka w średniej wielkości europejskim mieście.
I dlatego nagle wszyscy kochają Grenlandczyków.
Amerykanie odkrywają ich strategiczne położenie, Chińczycy odkryli wcześniej ich surowce, a Duńczycy odkrywają niezbywalną więź łączącą mieszkańców wyspy z królestwem. W geopolityce miłość wyjątkowo często pojawia się wtedy, gdy geolog znajdzie coś pod ziemią albo generał spojrzy na mapę.
Najrozsądniej byłoby więc zrezygnować z moralnej komedii i nazwać rzeczy po imieniu. Stany Zjednoczone chcą zwiększyć swoje wpływy na Grenlandii, ponieważ wymaga tego ich bezpieczeństwo. Dania chce zachować Grenlandię, ponieważ utrata wyspy oznaczałaby gigantyczne zmniejszenie jej znaczenia strategicznego. Chiny chcą dostępu do Arktyki, ponieważ myślą o świecie w perspektywie dziesięcioleci. Grenlandczycy natomiast chcą wykorzystać zainteresowanie wszystkich trzech stron, aby zwiększyć własną podmiotowość.
W tej historii właśnie ich stanowisko jest najważniejsze. Nie dlatego, że tak nakazuje najnowsza europejska moda polityczna, lecz z powodu znacznie prostszego: Grenlandia jest ich krajem.
Dania potrzebowała ponad dwóch stuleci obecności na wyspie, żeby w pełni przyswoić sobie tę zasadę. Donaldowi Trumpowi można więc zarzucić brak subtelności, ale Kopenhaga powinna zachować pewną ostrożność w udzielaniu mu lekcji moralności. Jej własne świadectwo z historii Grenlandii ma zbyt wiele poprawek na czerwono, żeby występować dzisiaj w roli nauczyciela.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz