Szukaj na tym blogu

czwartek, 6 sierpnia 2026

Czy NATO jest gotowe na konflikt, którego sprawcy nie da się od razu wskazać?

 














Od kilku tygodni z Litwy, Łotwy i Polski płyną ostrzeżenia, których jeszcze kilka lat temu wielu uznałoby za przesadzone. Mówi się nie o przygotowaniach do pełnoskalowej inwazji, lecz o czymś znacznie trudniejszym do wykrycia – ograniczonej prowokacji lub operacji hybrydowej, która miałaby sprawdzić reakcję NATO.

Dziś litewski minister obrony poszedł o krok dalej. Według informacji litewskiego wywiadu Rosja może rozważać wykorzystanie przechwyconych ukraińskich dronów do przeprowadzenia operacji typu false flag. Celem nie byłoby zniszczenie infrastruktury wojskowej ani rozpoczęcie wojny z Sojuszem. Chodziłoby o wywołanie chaosu, wzajemnych oskarżeń i sprawdzenie, czy państwa NATO potrafią zachować jedność w sytuacji, gdy sprawca nie jest od razu oczywisty.

Brzmi to jak scenariusz filmu szpiegowskiego, ale współczesne konflikty coraz rzadziej przypominają klasyczne wojny XX wieku.

Rosja doskonale wie, że otwarty atak na państwo NATO oznaczałby ryzyko wojny z całym Sojuszem. Trudno sobie wyobrazić, aby Kreml świadomie zdecydował się na taki krok. Zupełnie inaczej wygląda jednak sytuacja, gdy dochodzi do pojedynczego incydentu, którego autorstwa nie da się natychmiast udowodnić.

Wyobraźmy sobie, że dron uderza w magazyn paliwa na Litwie albo uszkadza infrastrukturę energetyczną w Polsce. Na jego szczątkach znajdują się elementy wskazujące na ukraińskie pochodzenie. Czy byłby to ukraiński dron? Rosyjska prowokacja? Wypadek? A może efekt przejęcia maszyny przez rosyjskie systemy walki elektronicznej?

Właśnie na takiej niejednoznaczności opiera się wojna hybrydowa.

Nie chodzi o zdobywanie terytorium. Chodzi o sianie wątpliwości.

To zresztą nie byłby pierwszy taki przypadek. W ostatnich miesiącach kilka dronów, najprawdopodobniej użytych wcześniej w działaniach przeciwko Rosji, znalazło się nad terytorium państw bałtyckich i Finlandii. Część ekspertów wiązała to z rosyjskim zakłócaniem sygnałów nawigacyjnych. Same incydenty pokazały jednak, jak łatwo można wywołać napięcie na wschodniej flance NATO.

Od dłuższego czasu obserwujemy również serię działań, które trudno uznać za przypadkowe. Sabotaże, cyberataki, zakłócanie sygnału GPS, akty dywersji wymierzone w infrastrukturę oraz kampanie dezinformacyjne tworzą spójny obraz presji prowadzonej poniżej progu otwartej wojny. Europejskie służby od miesięcy wskazują na podobny wzorzec działania rosyjskich struktur specjalnych.

Czy oznacza to, że Rosja przygotowuje atak na NATO?

Nie ma publicznie dostępnych dowodów, które pozwalałyby postawić taką tezę. Ostrzeżenia litewskich władz dotyczą możliwych scenariuszy, a nie potwierdzonych planów Kremla. Samo rosyjskie kierownictwo odrzuca te oskarżenia jako bezpodstawne.

Jednak nawet jeśli nie dojdzie do żadnej prowokacji, warto zauważyć, jak bardzo zmieniło się myślenie o bezpieczeństwie w Europie.

Jeszcze kilka lat temu dyskutowaliśmy głównie o liczbie czołgów i samolotów. Dzisiaj coraz częściej mówi się o dronach, kablach energetycznych, światłowodach, satelitach, zakłócaniu sygnałów GPS i operacjach dezinformacyjnych.

To pokazuje, że przyszły konflikt z Rosją – jeśli kiedykolwiek nastąpi – może rozpocząć się zupełnie inaczej, niż wyobrażaliśmy sobie przez dziesięciolecia.

Nie od huku artylerii.

Nie od przekroczenia granicy przez kolumny czołgów.

Lecz od jednego drona, którego pochodzenia nikt nie będzie potrafił jednoznacznie udowodnić.

I właśnie dlatego ostrzeżenia płynące z Wilna warto potraktować poważnie. Nie dlatego, że zapowiadają nieuchronną wojnę, lecz dlatego, że przypominają, iż współczesne konflikty coraz częściej zaczynają się od niepewności, a nie od wystrzału.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz