Szukaj na tym blogu

piątek, 14 sierpnia 2026

Elegia na śmierć Stacha Jonesa. Aktora, który nie nauczył się udawać

 





















Stachu Jones, właściwie Stanisław Jan Michna, w filmie „Magnaci i Czarodzieje”. Nie był zawodowym aktorem, ale miał coś, czego nie zapewnia żadna szkoła teatralna – autentyczność. Źródło: materiały promocyjne filmu „Magnaci i Czarodzieje”, za: FDB

Stachu Jones nie żyje. Naprawdę nazywał się Stanisław Jan Michna, mieszkał w Hajnówce i miał 83 lata. Zmarł 11 sierpnia 2026 roku, pozostawiając po sobie kilka scen, kilka zdań, twarz, głos i coś, czego nie potrafią wyprodukować ani szkoły teatralne, ani agencje aktorskie, ani komisje rozdające nagrody ludziom nagradzanym już tyle razy, że sami nie pamiętają za co. Pozostawił obecność. Dla jednych był bohaterem amatorskiego filmu „Magnaci i Czarodzieje”, dla innych postacią internetowego folkloru, jeszcze dla innych człowiekiem od słynnego „Jesteśmy zgubieni”. Być może jednak był przede wszystkim aktorem w znaczeniu starszym i uczciwszym od tego, które obowiązuje obecnie: kimś, na kogo patrzy się dlatego, że nie sposób patrzeć gdzie indziej.

Nie ukończył szkoły teatralnej. Nie przeszedł kursu pracy z kamerą. Nikt nie nauczył go, jak prawidłowo cierpieć w półzbliżeniu, jak marszczyć czoło na wiadomość o katastrofie ani jak wypowiadać kwestie polityczne z miną człowieka, który właśnie odkrył sumienie. Nie należał do elitarnego świata „normalnego aktorstwa”, w którym wszyscy mówią poprawnie, stoją prawidłowo, czują profesjonalnie i cierpią zgodnie z metodą. Aktor normalny potrafi zagrać chłopa, robotnika, pijaka, starca, prowincjusza, człowieka zmęczonego i człowieka prostego. Stachu Jones nie musiał ich grać. Wystarczyło, że stanął przed kamerą.

Na tym właśnie polegała jego przewaga, której zawodowe środowisko zapewne nie uznałoby za przewagę, ponieważ nie została potwierdzona dyplomem, recenzją ani obecnością na bankiecie. Kiedy zawodowy aktor gra czarnoksiężnika, widzimy aktora grającego czarnoksiężnika. Kiedy Stachu Jones zostawał czarnoksiężnikiem, człowiek zaczynał podejrzewać, że za Hajnówką rzeczywiście znajduje się jakaś puszcza, w której nie wszystko podlega prawom ustalonym przez ministerstwo kultury. Nie budował postaci z warsztatowych elementów. Wnosił do niej własny głos, własną twarz, własny rytm mówienia i całą prawdę życia, którego kamera nie zdążyła wcześniej wygładzić.

Andrzej Bursa w „Obronie żebractwa” odwrócił przyjętą hierarchię sztuki. Pokazał ludzi pogardzanych, którzy jednym wejściem do kolejowego przedziału potrafili dokonać więcej niż zawodowi artyści wyposażeni w scenę, kostiumy, reżysera i pieniądze. Ich przedstawienie nie było szlachetne ani estetycznie zatwierdzone, lecz działało. Pasażer nie mógł udawać, że nic się nie wydarzyło. Bursa szydził z artystów, ponieważ wobec takiej bezpośredniości ich zawodowa produkcja uczuć wydawała się bezsilna. Jego żebracy nie prosili o miejsce w kulturze wysokiej. Samym pojawieniem się pokazywali, ile warte są jej hierarchie.

Stachu Jones był takim aktorem z „Obrony żebractwa”. Nie dlatego, że żebrał, lecz dlatego, że należał do tej samej, nieuznawanej przez akademie arystokracji autentyczności. Stanął przed kamerą i zrobił to, czego wielu zawodowców nie potrafi osiągnąć przez całe życie: sprawił, że nikt nie pozostał obojętny. Można się było śmiać, można było cytować jego kwestie, można było przerabiać je na memy, ale nie można było go pomylić z nikim innym. Tymczasem całe zastępy „normalnych aktorów” przechodzą przez seriale, filmy i sceny teatralne z profesjonalną sprawnością ludzi doskonale przygotowanych do tego, aby nie pozostawić po sobie żadnego śladu.

Elitarne aktorstwo bardzo lubi mówić o prawdzie. Ma prawdę sceniczną, prawdę psychologiczną, prawdę postaci i prawdę przeżycia. Każda z tych prawd ma własny regulamin, pedagogów oraz egzaminy wstępne. Brakuje tylko prawdy najprostszej: człowieka, który nie wygląda, jakby przed chwilą opuścił charakteryzatornię, i nie mówi głosem wyprasowanym przez logopedę. Stachu Jones nie demonstrował autentyczności. On po prostu nie zdążył jej zgubić.

„Magnaci i Czarodzieje” byli produkcją amatorską i niemal pozbawioną budżetu, a pełna wersja filmu trafiła do internetu w 2021 roku. Fragmenty ze Stachem Jonesem krążyły jednak już wcześniej, zamieniając go w jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej kultury internetowej. Film obejrzano miliony razy, chociaż nie stała za nim wielka promocja, odpowiednia sieć znajomości ani kampania pouczająca publiczność, dlaczego powinna być zachwycona. Ludzie patrzyli, ponieważ chcieli patrzeć. W kulturze jest to kryterium najbardziej demokratyczne, a zatem szczególnie podejrzane dla tych, którzy uważają, że widza należy najpierw wychować, potem pouczyć, a na końcu obwinić, że źle zrozumiał dzieło.

Nie należy jednak sprowadzać Stacha Jonesa do memu. Mem był tylko nową formą legendy ludowej. Dawniej opowiadano przy stole o miejscowym dziwaku, bajarzu, siłaczu albo człowieku, który jednym zdaniem potrafił rozśmieszyć całą wieś. Dzisiaj jego twarz trafia do tysięcy przeróbek, a słowa zaczynają żyć poza pierwotną sceną. Internet zrobił ze Stachem Jonesem to, co kultura ludowa zawsze robiła ze swoimi bohaterami: odebrał go autorom, powiększył, przekształcił i przekazał dalej. Nie unicestwił jego autentyczności, lecz ją rozpoznał.

Stachu Jones mawiał: „Jesteśmy zgubieni”. Po jego śmierci zdanie brzmi inaczej niż dotąd. Nie jesteśmy zgubieni dlatego, że odszedł jeden aktor amator. Jesteśmy zgubieni, jeśli uwierzymy, że sztuka należy wyłącznie do ludzi posiadających zawodowe uprawnienia do wzruszania innych. Jesteśmy zgubieni, jeśli każdą nieoszlifowaną twarz uznamy za zabawną, każdy prawdziwy głos za prowincjonalny, a każde spontaniczne przedstawienie za gorsze tylko dlatego, że nie otrzymało dotacji i recenzji w odpowiednim tygodniku.

Bursa kazał artystom uczyć się od żebraków. Dzisiaj można by im poradzić, aby uczyli się od Stacha Jonesa. Nie jego akcentu, gestów ani sposobu wypowiadania słów, bo skopiowane natychmiast stałyby się kolejną manierą. Powinni nauczyć się od niego odwagi bycia rozpoznawalnym, czyli czegoś dokładnie przeciwnego niż poprawność. Stachu nie grał człowieka z Hajnówki, którego cudownie przeniesiono do świata czarodziejów. Był człowiekiem z Hajnówki, przy którym świat czarodziejów przez chwilę wydawał się możliwy.

Odszedł Stanisław Jan Michna, znany jako Stachu Jones. Elitarne aktorstwo będzie dalej obradowało nad sobą, wręczało sobie nagrody i zapewniało, że tylko ono zna tajemnicę prawdy scenicznej. Stachu Jones nie potrzebował tej tajemnicy. Wystarczyło, że pojawił się przed kamerą, spojrzał i przemówił. Został zapamiętany, a wobec śmierci jest to jedyna nagroda artystyczna, której nie można sobie załatwić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz