Wojciecha Szewkę warto słuchać z dwóch powodów. Po pierwsze, naprawdę dużo wie o Bliskim Wschodzie. Po drugie, po godzinie słuchania człowiek zaczyna odnosić kojące wrażenie, że świat jest miejscem znacznie bardziej uporządkowanym, niż podejrzewał. Iran wie, co robi, Trump wie, czego chce, Chińczycy czekają na swoją chwilę, Republikanie liczą mandaty, a rakiety stoją grzecznie w magazynach i uczestniczą w wielkiej partii geopolitycznych szachów. Jedyną osobą, która najwyraźniej nie zna jeszcze wyniku tej partii, jest Historia.
I właśnie dlatego Szewki słucham coraz uważniej i wierzę mu coraz ostrożniej.
Dobry przykład pojawia się około jedenastej minuty omawianego nagrania. Szewko mówi o amerykańskich zapasach środków obrony przeciwrakietowej. Temat jest ważny, bo rakiety, wbrew opinii niektórych polityków, nie rosną na drzewach, a pocisków przechwytujących nie produkuje się pomiędzy śniadaniem a obiadem. Dowiadujemy się jednak, że jeżeli Amerykanie zużyją ich zbyt dużo, „nie będą w stanie później prowadzić żadnej poważniejszej wojny przez rok czy dwa”, po czym natychmiast pojawia się Tajwan.
Trzeba przyznać, że tempo jest imponujące. Z magazynu interceptorów na Bliskim Wschodzie do Cieśniny Tajwańskiej docieramy w kilkanaście sekund. Concorde potrzebowałby więcej czasu.
Problem amerykańskich zapasów jest rzeczywisty, ale z tego jeszcze nie wynika, że USA utraciłyby na rok czy dwa zdolność prowadzenia poważnej wojny. Tym bardziej nie wynika z tego gotowy scenariusz dla Tajwanu. Wojna amerykańsko-chińska nie byłaby konkursem dwóch magazynierów, którzy wieczorem sprawdzają, komu zostało więcej rakiet na półce. Liczyłyby się flota, lotnictwo, okręty podwodne, broń dalekiego zasięgu, logistyka, rozpoznanie, Japonia i – drobiazg często pomijany w geopolityce – przeciwnik, który również może mieć własne pomysły.
To zresztą charakterystyczne dla tego sposobu analizowania świata. Fakt otrzymuje interpretację, interpretacja awansuje na hipotezę, hipoteza zostaje prognozą, a prognoza po kilku minutach zaczyna wyglądać jak wiadomość z przyszłości. W wojsku podobnie szybki awans wzbudziłby zainteresowanie kontrwywiadu.
Jeszcze ciekawiej robi się przy Iranie. Szewko przytacza bardzo interesujące dane dotyczące asymetrii kosztów. Amerykanie mogą zużywać niezwykle drogie środki obrony przeciwrakietowej przeciwko znacznie tańszym irańskim środkom ofensywnym. Mówi również o znacznym uszczupleniu amerykańskich zapasów i kosztach pojedynczych pocisków THAAD. To jest właśnie ten moment, w którym warto Szewki słuchać, ponieważ pokazuje rzecz ważną: wojna jest nie tylko pojedynkiem technologii, ale również rachunkiem wystawianym ministrowi finansów.
Po chwili dowiadujemy się jednak, że irańscy radykałowie właśnie tak kalkulują: Amerykanom wcześniej skończą się antyrakiety niż Iranowi rakiety. Być może rzeczywiście tak myślą. Jest to nawet logiczne. Tylko że między zdaniem „na miejscu Irańczyków brałbym to pod uwagę” a zdaniem „Irańczycy właśnie tak kalkulują” znajduje się mały, staromodny przedmiot zwany dowodem.
Geopolityka internetowa ma z tym przedmiotem pewien kłopot. Analityk najpierw ustala, co przeciwnik powinien zrobić, potem dochodzi do wniosku, że przeciwnik właśnie to robi, a jeśli program potrwa dostatecznie długo, pozostaje już tylko ustalić, co ajatollah zamówił na obiad. Historia wojen jest tymczasem wielką kroniką ludzi podejmujących decyzje, które późniejszym ekspertom wydawały się idiotyczne. Gdyby państwa zawsze zachowywały się tak racjonalnie, jak zakładają analitycy, historycy wojskowości dawno straciliby pracę.
Najpiękniejsza podróż odbywa się jednak około 28. minuty. Zaczynamy od kosztów wojny ponoszonych przez Amerykanów i pytania, czy przełożą się one na wybory środka kadencji. Pytanie jest rozsądne. Następnie pojawia się przypuszczenie, że być może Biały Dom ma badania wskazujące, iż politycznie nie będzie to szczególnie kosztowne. Z tego przechodzimy do wyniku wyborów, kontroli nad Izbą Reprezentantów, możliwości impeachmentu Trumpa, długości wojny, aż w końcu pojawia się określenie „Wietnam 2.0”.
Zaczęliśmy przy rachunku za benzynę, skończyliśmy w Sajgonie. Trzeba mieć rozmach.
Nie twierdzę przy tym, że którykolwiek z tych scenariuszy jest niemożliwy. Właśnie na tym polega subtelność problemu. Każdy z osobna jest możliwy. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy ustawimy je jeden za drugim i zaczniemy traktować jako ciąg przyczynowo-skutkowy. To trochę tak, jakby powiedzieć: jutro może padać, podczas deszczu może dojść do wypadku, w samochodzie może jechać minister finansów, więc trzeba przygotować się na kryzys budżetowy. Wszystko się zgadza. Tylko prognoza nadal jest idiotyczna.
Metoda przypomina domino. Pierwsza kostka jest bardzo solidna: raport, liczba, komunikat, wypowiedź urzędnika. Druga jest interpretacją. Trzecia hipotezą. Czwarta przypuszczeniem dotyczącym przyszłości. Piąta wielką prognozą geopolityczną. Potem wystarczy przewrócić pierwszą i wszystko pięknie leci. Widz otrzymuje wrażenie żelaznej logiki, choć naprawdę zobaczył tylko bardzo zręcznie ustawione kostki.
Paradoks polega na tym, że Szewko jest najlepszy właśnie wtedy, kiedy nie próbuje być prorokiem. Kiedy podaje liczby, opisuje irańskie frakcje, pokazuje problemy logistyczne, przytacza komunikaty i wyjaśnia regionalne zależności, można z jego materiałów wynieść bardzo dużo. Kiedy natomiast zaczyna prowadzić nas za rękę w przyszłość, trzeba mocniej trzymać portfel i zdrowy rozsądek.
Internet bowiem nie premiuje analityka mówiącego: „Nie wiem, widzę trzy scenariusze i każdy zależy od kilku zmiennych”. Taki człowiek może dostać profesurę, ale z miniaturką na YouTube będzie miał problem. Algorytm zdecydowanie bardziej lubi człowieka, który właśnie odkrył, że świat się skończył, Ameryka przegrała, Chiny wygrały, Iran przechytrzył wszystkich, a następny wielki konflikt zacznie się po przerwie reklamowej.
Szewki zatem nie należy przestać słuchać. Przeciwnie, należy słuchać go bardzo uważnie, ale stale zadawać jedno pytanie: gdzie kończy się informacja, a zaczyna opowieść? Kiedy podaje cenę THAAD-a, zapisujmy cenę. Kiedy przedstawia możliwą irańską kalkulację, rozważmy ją. Kiedy jednak kilka minut później znajdujemy się jednocześnie na Tajwanie, przed wyborami do Kongresu i w „Wietnamie 2.0”, warto sprawdzić, czy nadal słuchamy analizy, czy już pierwszego rozdziału powieści politycznej.
Największym wrogiem analityka nie jest niewiedza, bo niewiedzę można uzupełnić. Jest nim zakochanie we własnej narracji. Człowiek zakochany wybacza ukochanej wszystkie wady, a analityk zakochany w swojej tezie robi dokładnie to samo z argumentami.
Historia jest pod tym względem wyjątkowo niewdzięczną kochanką. Najchętniej zdradza właśnie tych, którzy byli absolutnie pewni jej wierności.
I może dlatego Wojciech Szewko już wie, co będzie jutro, podczas gdy Historia – ta stara złośnica – jeszcze nawet nie zdecydowała, co zrobi wieczorem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz