Nocą z 8 na 9 sierpnia 1969 roku w domu przy 10050 Cielo Drive w Los Angeles, wynajmowanym przez Romana Polańskiego i Sharon Tate, zamordowano pięć osób. Zginęła 26-letnia Sharon Tate, będąca w ostatnich tygodniach ciąży żona polskiego reżysera, Wojciech Frykowski, jego partnerka Abigail Folger, dziedziczka fortuny producentów kawy, znany fryzjer gwiazd Jay Sebring oraz osiemnastoletni Steven Parent, który znalazł się tam właściwie przypadkiem. Polańskiego nie było wówczas w Stanach Zjednoczonych, ponieważ przebywał w Europie.
Szczególnie tragiczna była historia Frykowskiego. Polański znał go jeszcze z Polski i ufał mu na tyle, że podczas swojej nieobecności pozostawił ciężarną żonę w domu, w którym przebywał jego przyjaciel. Frykowski rzeczywiście prowadził w Kalifornii życie dalekie od ascetycznego i tej nocy zażywał narkotyki, ale popularna później opowieść, jakoby był tak odurzony, że właściwie nie zauważył napastników, jest nieprawdziwa. Przeciwnie, podjął rozpaczliwą walkę i próbował uciekać. Charles „Tex” Watson strzelał do niego, bił go kolbą rewolweru i wielokrotnie dźgał nożem. Frykowski zdołał wydostać się przed dom, lecz tam został dobity. Steven Parent również nie został zadźgany, lecz zastrzelony, kiedy próbował odjechać samochodem.
Następnej nocy grupa uderzyła ponownie. Ofiarami zostali Leno i Rosemary LaBianca, zamordowani we własnym domu w dzielnicy Los Feliz. Na ścianach pozostawiono wykonane krwią napisy, między innymi „Death to pigs”, „Rise” oraz błędnie napisane „Healter Skelter”. Zbrodnie wyglądały tak, jakby sprawcy celowo chcieli nie tylko zabijać, lecz także stworzyć makabryczne przedstawienie, którego najważniejszym elementem miał być strach.
Drastyczne szczegóły obu masakr zostały natychmiast nagłośnione przez media i na Los Angeles padł blady strach. W mieście żyjącym jednocześnie z kultu gwiazd, narkotyków, mistycyzmu i coraz bardziej ekstrawaganckich mód intelektualnych niemal natychmiast zaczęto mówić o diabolicznej sekcie dokonującej rytualnych mordów. Media zrobiły zresztą wiele, aby atmosferę jeszcze podgrzać. Zaczęto łączyć „diaboliczną” wymowę filmów Polańskiego z tragedią, która wydarzyła się w jego własnym domu, spekulowano o narkotykach, orgiach, satanizmie i tajemniczych rytuałach. W przypadku człowieka, który niedługo wcześniej nakręcił „Dziecko Rosemary”, pokusa stworzenia historii o reżyserze horrorów dotkniętym przez prawdziwy horror była dla prasy zbyt wielka.
W znacznej mierze były to jednak bzdury wypisywane w stylu tak lubianym przez amerykańską prasę sensacyjną. Prawdziwa historia była mniej metafizyczna, lecz znacznie bardziej interesująca, ponieważ prowadziła nie do satanistycznych rytuałów, lecz do środowiska ludzi, którzy w imię odrzucenia dawnego porządku zbudowali własny świat, a następnie oddali go pod władzę człowieka będącego jednocześnie recydywistą, sutenerem, niedoszłym muzykiem i samozwańczym prorokiem.
Na trop sprawców policja wpadła w dużej mierze dzięki ich własnej głupocie. Susan Atkins, przebywając w areszcie w związku z inną sprawą, zaczęła opowiadać współwięźniarkom o morderstwach, a informacje dotarły następnie do śledczych. Okazało się, że za zbrodniami stoi grupa nazywająca siebie „Rodziną” Charlesa Mansona. W domu Tate pojawili się Charles „Tex” Watson, Susan Atkins, Patricia Krenwinkel i Linda Kasabian, przy czym Kasabian nie uczestniczyła bezpośrednio w zabijaniu i później została głównym świadkiem oskarżenia. Podczas morderstwa małżeństwa LaBianca zabijali Watson, Krenwinkel i Leslie Van Houten. Sam Manson nie zadawał śmiertelnych ciosów, lecz został skazany jako człowiek kierujący grupą i odpowiedzialny za wysłanie swoich wyznawców na zbrodnicze wyprawy.
Charles Manson miał w chwili zbrodni 34 lata i był zawodowym przestępcą, który większą część dorosłego życia spędził w zakładach poprawczych i więzieniach. Kiedy w marcu 1967 roku odzyskał wolność, miał 32 lata i za sobą około siedemnastu lat spędzonych w różnego rodzaju instytucjach penitencjarnych. Można więc powiedzieć, że więzienia stały się jego uniwersytetami, choć nie studiował tam filozofii ani teologii, lecz rzeczy znacznie bardziej praktyczne. Poznał środowisko sutenerów, nauczył się gry na gitarze, interesował się religiami Wschodu, zetknął się ze scjentologią, a przede wszystkim obserwował mechanizmy wpływania na ludzi. Uczestniczył również w kursie opartym na metodach Dale’a Carnegiego i jego słynnym poradniku „How to Win Friends and Influence People”, co w świetle późniejszej kariery Mansona brzmi jak szczególnie ponury żart historii.
Po wyjściu z więzienia trafił w miejsce idealne dla człowieka posiadającego takie umiejętności, czyli do San Francisco roku 1967, w sam środek słynnego „Summer of Love”. I właśnie tutaj zaczyna się część historii Mansona, o której warto mówić znacznie więcej, ponieważ bez niej pozostaje on jedynie kolejnym psychopatą z kroniki kryminalnej. Tymczasem Manson był również pasożytem kontrkultury. Nie stworzył jej, nie reprezentował wszystkich jej uczestników i oczywiście nie można obarczać hippisów odpowiedzialnością za jego zbrodnie, ale nauczył się znakomicie wykorzystywać słabości środowiska, które programowo odrzucało autorytety, tradycyjną moralność oraz zastane formy życia społecznego.
Mitologia lat sześćdziesiątych pozostaje niezwykle trwała. W jej wersji pocztówkowej mamy młodych ludzi z kwiatami we włosach, protestujących przeciw wojnie, słuchających Hendrixa i Janis Joplin, odrzucających mieszczański konformizm rodziców, eksperymentujących ze sztuką, seksem i sposobami życia. Jest Woodstock, „All You Need Is Love”, psychodeliczne plakaty i przekonanie, że wystarczy odrzucić stare zasady, aby człowiek automatycznie stał się lepszy. Problem polegał na tym, że rzeczywistość nie zamierzała podporządkować się tej pięknej teorii.
Haight-Ashbury bardzo szybko przestało przypominać raj dzieci-kwiatów. Do San Francisco ściągały tysiące bardzo młodych ludzi, często nastolatków uciekających z domów. Nie mieli pieniędzy, zawodu ani miejsca do życia, za to otrzymywali niemal nieograniczony dostęp do narkotyków oraz środowiska głoszącego, że tradycyjne autorytety, takie jak rodzice, szkoła, Kościół, państwo czy policja, są z natury podejrzane. W takim świecie człowiek pokroju Mansona nie musiał nawet burzyć istniejących barier ochronnych, ponieważ znaczna ich część została wcześniej odrzucona jako przejaw „represyjnego społeczeństwa”.
To była właśnie ciemna strona kontrkultury, o której jej późniejsza legenda mówi znacznie mniej chętnie. Wolność seksualna mogła oznaczać wyzwolenie, ale mogła również oznaczać możliwość seksualnego wykorzystywania ludzi słabszych. Odrzucenie rodziny mogło być buntem przeciwko skostniałym obyczajom, ale dla kilkunastoletniej dziewczyny mogło też oznaczać utratę ostatniej instytucji, która była gotowa jej szukać, gdy zniknęła. Eksperymentowanie z narkotykami miało otwierać „drzwi percepcji”, lecz równie dobrze otwierało drzwi ludziom takim jak Manson, którzy potrafili przejmować kontrolę nad zagubionymi osobami poszukującymi nowych autorytetów.
Jedna z późniejszych członkiń „Rodziny”, Dianne Lake, miała zaledwie czternaście lat, kiedy znalazła się w jego otoczeniu. To jeden z faktów znacznie bardziej wymownych niż wszystkie rozważania o mistycznej filozofii Mansona. Przywódca grupy znakomicie rozumiał, że człowiekiem pozbawionym dawnych punktów odniesienia łatwiej sterować. LSD nie służyło w „Rodzinie” wyłącznie zabawie, a seks nie był po prostu realizacją hasła „wolnej miłości”. Oba elementy stawały się instrumentami kontroli. Manson decydował, kto z kim będzie spał, manipulował emocjonalnymi zależnościami i wykorzystywał swoje wyznawczynie do zdobywania nowych zwolenników oraz wpływowych znajomych.
W tym sensie „Rodzina” była karykaturą kontrkultury, w której jej najbardziej radykalne hasła zostały doprowadzone do monstrualnej skrajności. Skoro własność jest czymś podejrzanym, można kraść. Skoro tradycyjna rodzina jest represyjna, można zastąpić ją komuną podporządkowaną jednemu przywódcy. Skoro monogamia jest mieszczańskim przesądem, seks może zostać całkowicie podporządkowany guru. Skoro narkotyki rozszerzają świadomość, należy używać ich bez większych ograniczeń. Skoro tradycyjna moralność jest tylko narzędziem społecznej kontroli, wcześniej czy później pojawia się pytanie, dlaczego właściwie zabijanie miałoby być czymś absolutnie zakazanym.
Nie wynika z tego oczywiście, że hippisi musieli zostać mordercami, ponieważ zdecydowana większość nimi nie została. Wynika z tego natomiast coś znacznie mniej wygodnego dla romantycznego mitu lat sześćdziesiątych: środowisko programowo odrzucające normy, autorytety i mechanizmy kontroli stworzyło również niszę dla manipulatorów, hochsztaplerów i samozwańczych proroków. Manson okazał się po prostu jednym z najbardziej utalentowanych spośród nich.
Początkowo „Rodzina” składała się przede wszystkim z młodych kobiet, nad którymi Manson zdobywał coraz większą kontrolę. Był już wcześniej sutenerem i doświadczenia te okazały się bardziej przydatne niż wszystkie jego późniejsze pseudoreligijne objawienia. Grupa podróżowała starym autobusem, żyła z drobnych przestępstw, wyciągania jedzenia ze śmietników, pieniędzy sympatyków oraz seksualnej atrakcyjności młodych wyznawczyń Mansona. Ostatecznie osiadła między innymi na Spahn Ranch, dawnym ranczu filmowym pod Los Angeles, gdzie Manson stopniowo przestawał być przywódcą hippisowskiej komuny, a stawał się absolutnym władcą niewielkiego państewka.
Jednocześnie marzył o czymś znacznie bardziej przyziemnym niż zbawienie ludzkości, ponieważ chciał zostać gwiazdą rocka. W tym miejscu historia staje się naprawdę groteskowa, ponieważ recydywista, sutener i samozwańczy mesjasz zdołał dostać się do salonów kalifornijskiej arystokracji muzycznej. Dwie kobiety należące do jego grupy poznały Dennisa Wilsona z Beach Boys, a wkrótce Manson i część „Rodziny” zamieszkali w domu muzyka. Wilson przedstawił go producentowi Terry’emu Melcherowi, synowi Doris Day. Manson nagrywał dema i był przekonany, że wielka kariera znajduje się tuż za rogiem. Beach Boys nagrali nawet przerobioną wersję jego piosenki „Cease to Exist” pod tytułem „Never Learn Not to Love”.
To bardzo ważny fragment całej historii, ponieważ pokazuje, że Manson nie żył na marginesie cywilizacji. Przynajmniej przez pewien czas znajdował się zaskakująco blisko centrum hollywoodzkiego świata. Człowiek, który jeszcze niedawno siedział w więzieniu, dzięki narkotykom, młodym kobietom, gitarze i odpowiednio dobranej mistycznej paplaninie potrafił znaleźć się w otoczeniu ludzi niezwykle bogatych i wpływowych. Nie oznacza to oczywiście, że Hollywood „stworzyło” Mansona albo świadomie wspierało przyszłego mordercę, ponieważ taki zarzut byłby absurdem. Pokazuje jednak, jak łatwo w atmosferze końca lat sześćdziesiątych znikała granica między ekscentrykiem, artystą, guru, pasożytem i zwykłym przestępcą. Manson przez pewien czas korzystał właśnie z tej niejasności.
Kiedy jego marzenia o karierze muzycznej zaczęły się rozpadać, mistyka coraz bardziej ustępowała miejsca nienawiści. Dziennikarze piszący później o Mansonie z wielką powagą próbowali analizować system wierzeń, który aplikował swoim wyznawcom, lecz moim zdaniem nie ma to większego sensu. W jego „filozofii” nie było niczego szczególnie oryginalnego. Była mieszaniną chrześcijaństwa, religii Wschodu, scjentologii, popkultury, rasowych obsesji Ameryki i tego wszystkiego, co akurat wpadło Mansonowi w ręce.
Najważniejszym elementem stał się „Helter Skelter”. Manson wmówił swoim wyznawcom, że Amerykę czeka apokaliptyczna wojna rasowa. Czarni mieli zbuntować się i wymordować białych, lecz następnie, zgodnie z rasistowską logiką Mansona, mieli okazać się niezdolni do rządzenia. Wtedy „Rodzina”, która przeczeka katastrofę ukryta na pustyni, miała wyjść z podziemia i objąć władzę. Dowodów na nadchodzącą apokalipsę Manson szukał między innymi na „Białym Albumie” Beatlesów. „Helter Skelter”, zwykły utwór rockowy, stał się dla niego zakodowanym proroctwem, choć Beatlesi nie mieli oczywiście z tym obłędem nic wspólnego. Równie dobrze można mieć pretensje do Wagnera o to, że słuchał go Hitler.
W zależności od potrzeb Manson przedstawiał się jako Chrystus, diabeł albo prorok nadchodzącej zagłady i wykorzystywał nawet własne nazwisko, interpretując „Man-son” jako „syn człowieczy”. Wszystko to nie wyjaśnia jednak najważniejszego pytania, czyli dlaczego jego ludzie zaczęli mordować. Takich niewielkich grup wyznających najdziwniejszy religijny synkretyzm były w Kalifornii setki. Większość ich członków najwyżej medytowała, paliła marihuanę i nudziła sąsiadów opowieściami o końcu świata. Wyjątkowo tylko zamieniali się w morderców, dlatego odpowiedzi trzeba szukać gdzie indziej.
Moim zdaniem cele i metody „Rodziny” Mansona najlepiej opisał prawie sto lat wcześniej Fiodor Dostojewski w „Biesach”. Przedstawił tam model działania niewielkiej grupy rewolucyjnej, w której charyzmatyczny przywódca zdobywa nad swoimi ludźmi władzę nie dlatego, że posiada genialną doktrynę, ale dlatego, że potrafi manipulować ich słabościami. Ideologia jest ważna przede wszystkim jako język usprawiedliwiający czyny, które bez niej wyglądałyby jak zwykłe przestępstwa.
Szeregowi członkowie takich grup wcale nie muszą być demonicznymi potworami i właśnie to najbardziej przeraziło Amerykanów. Charles „Tex” Watson pochodził z Teksasu, był dobrym uczniem i sportowcem, a po przeprowadzce do Kalifornii zaczął brać narkotyki i ostatecznie znalazł się w „Rodzinie”. Człowiek, który w innych okolicznościach mógł prowadzić zupełnie zwyczajne życie klasy średniej, stał się dowódcą jednej z najbardziej makabrycznych masakr w historii Stanów Zjednoczonych. Dostojewski rozumiał ten mechanizm doskonale, ponieważ do stworzenia organizacji terrorystycznej nie potrzeba setki psychopatów. Wystarczy jeden człowiek, który potrafi przekonać kilkunastu przeciętnych ludzi, że normalne zasady moralne już ich nie dotyczą.
Ideologia pełni tutaj rolę drugorzędną. Ani bohaterowie „Biesów”, ani wyznawcy Mansona nie potrafili sensownie przedstawić programu przyszłego społeczeństwa. Znacznie łatwiej było im powiedzieć, czego nienawidzą. Istniejący świat jest zły, istniejący świat musi zostać zniszczony, a potem powstanie coś lepszego, choć nikt nie potrafi dokładnie powiedzieć co. To jeden z najbardziej niebezpiecznych mechanizmów radykalizmu. Kiedy przekona się człowieka, że istniejący porządek nie tylko posiada wady, lecz jest absolutnie zły i nie ma prawa istnieć, przemoc przestaje być przestępstwem i staje się „oczyszczeniem”, „rewolucją”, „wyzwoleniem” albo początkiem nowej epoki.
Dla Mansona i rosyjskich rewolucjonistów wspólne dokonanie morderstwa pełniło ponadto funkcję integracyjną, ponieważ cementowało grupę. Człowiek, który tylko słucha radykalnych przemówień, zawsze może odejść, natomiast człowiek, który wspólnie z innymi popełnił morderstwo, zostaje związany z organizacją znacznie mocniej. W „Biesach” spiskowcy zabijają studenta Szatowa, którego bezpodstawnie oskarżono o zdradę. Zbrodnia nie służy jedynie usunięciu rzekomego zdrajcy, ale ma również związać sprawców wspólną winą.
Podobny mechanizm można dostrzec w „Rodzinie”. Jeszcze przed masakrą przy Cielo Drive zamordowany został Gary Hinman, muzyk i znajomy części członków grupy. Zabójstwa dokonał Bobby Beausoleil przy udziale ludzi związanych z Mansonem, a sam Manson pojawił się podczas wcześniejszego przetrzymywania Hinmana i zranił go mieczem. Niedługo po morderstwach Tate i LaBianca zginął także pracownik Spahn Ranch Donald „Shorty” Shea, którego ciało odnaleziono dopiero wiele lat później. W tym momencie „Rodzina” przestała być komuną hippisów połączonych narkotykami i seksem, a stała się organizacją połączoną krwią.
Manson zrozumiał jeszcze jedną zasadę znaną radykalnym rewolucjonistom, a mianowicie, że terror powinien być widowiskiem. Siergiej Nieczajew, jeden z najbardziej skrajnych rosyjskich rewolucjonistów XIX wieku, uważał, że rewolucjonista musi zerwać więzi z normalnym społeczeństwem i podporządkować wszystko sprawie zniszczenia istniejącego porządku. Manson oczywiście nie studiował Nieczajewa i nie musiał tego robić, ponieważ doszedł do podobnej praktyki własną drogą. Ofiary nie miały po prostu umrzeć. Miały umrzeć w sposób, o którym będzie mówiła cała Ameryka. Krew, napisy na ścianach, przypadkowy wybór części ofiar i ostentacyjna brutalność były komunikatem, a zbrodnia miała być niezrozumiała dla normalnego człowieka, ponieważ właśnie przez swoją irracjonalność stawała się bardziej przerażająca.
Morderstwa Mansona mają jeszcze jedno znaczenie, ponieważ w amerykańskiej pamięci stały się jednym z symbolicznych momentów końca niewinności lat sześćdziesiątych. Nie dlatego, że Manson był „typowym hippisem”, bo nim nie był. Był przestępcą, który przebrał się za hippisowskiego guru, ponieważ taki kostium był w 1967 roku niezwykle użyteczny. Właśnie dlatego jego historia mówi o epoce więcej, niż chcieliby jej apologeci.
Każda wielka rewolucja obyczajowa ma swoją jasną i ciemną stronę. Kontrkultura stworzyła znakomitą muzykę, wpłynęła na sztukę, zakwestionowała wiele skostniałych norm i zmusiła Amerykę do dyskusji o wojnie, rasizmie oraz wolności jednostki. Jednak wraz z rozsądną krytyką autorytetów pojawiła się również infantylna wiara, że każdy autorytet jest zły. Wraz z wolnością seksualną pojawili się ludzie wykorzystujący seks jako narzędzie dominacji. Wraz z zainteresowaniem duchowością Wschodu pojawiła się armia samozwańczych guru. Wraz z psychodelikami pojawiły się uzależnienia, psychozy i ludzie tak zagubieni, że gotowi byli oddać własną wolę pierwszemu człowiekowi, który przekonująco powiedział im, iż zna sens wszechświata. Manson nie był zaprzeczeniem wszystkich tych zjawisk, lecz ich pasożytem, który żywił się ich najsłabszymi stronami.
Kilka miesięcy później, 6 grudnia 1969 roku, podczas koncertu w Altamont, zorganizowanego jako swego rodzaju zachodnie odpowiednik Woodstocku, członek Hells Angels śmiertelnie ugodził nożem osiemnastoletniego Mereditha Huntera. Hells Angels zostali wykorzystani przy zabezpieczeniu koncertu, a chaos, narkotyki i przemoc stworzyły widowisko będące ponurym przeciwieństwem mitu Woodstocku. Altamont nie było oczywiście „dziełem Mansona”, ale razem z morderstwami z sierpnia 1969 roku stało się symbolem chwili, w której utopijna wizja kontrkultury zaczęła się rozpadać.
Rok 1969 pokazał, że marzenie o społeczeństwie spontanicznie dobrych ludzi, którzy po odrzuceniu instytucji, zakazów i autorytetów będą żyli w pokoju dzięki miłości i LSD, nie wytrzymało konfrontacji z naturą ludzką. Kwiaty we włosach nie zastępowały prawa, gitara nie zastępowała moralności, a człowiek mówiący bez przerwy o miłości niekoniecznie kochał ludzi. Charles Manson stał się wyjątkowo spektakularnym dowodem tej prawdy.
Proces zakończył się skazaniem Mansona, Susan Atkins, Patricii Krenwinkel i Leslie Van Houten, a w osobnym postępowaniu także Texa Watsona. Początkowo orzeczono wobec nich kary śmierci, jednak po zmianach w prawie Kalifornii wyroki zostały zamienione na dożywotnie pozbawienie wolności. Dla Mansona oznaczało to coś paradoksalnego: przegrał proces, ale wygrał walkę o sławę.
Przed sierpniem 1969 roku chciał zostać gwiazdą muzyki i poniósł klęskę. Terry Melcher nie zrobił z niego gwiazdy, Hollywood nie chciało jego piosenek, a jego kariera praktycznie nie istniała. Wystarczyło jednak zamordować kilka niewinnych osób, aby sytuacja zmieniła się radykalnie. Po aresztowaniu nagrania Mansona zaczęto wydawać, jego twórczość była później wykonywana przez innych artystów, a jego nazwisko weszło na trwałe do historii muzyki popularnej. Guns N’ Roses nagrali „Look at Your Game, Girl”, Lemonheads również sięgnęli po jego piosenkę, a wcześniej Beach Boys wykorzystali „Cease to Exist”, przerabiając ją na „Never Learn Not to Love”.
Najbardziej groteskowym pomnikiem tej fascynacji stał się jednak Brian Hugh Warner, którego świat zna jako Marilyn Mansona. Już sam pseudonim, będący połączeniem Marilyn Monroe i Charlesa Mansona, opierał się na zderzeniu dwóch amerykańskich ikon: seksu i zbrodni, piękna i potworności, Hollywood i jego ciemnego odbicia. W ten sposób człowiek, który za życia bezskutecznie dobijał się do drzwi przemysłu rozrywkowego, po dokonaniu zbrodni został przez ten sam przemysł wpuszczony głównym wejściem.
Popkultura zrobiła z Mansonem to, co potrafi robić najlepiej, czyli przemieniła zbrodniarza w produkt. Jego twarz znalazła się na koszulkach, plakatach i okładkach płyt, powstały książki, filmy, piosenki i niezliczone programy telewizyjne, a każdy kolejny materiał poświęcony jego szaleństwu zwiększał dokładnie to, czego Manson pragnął najbardziej, czyli jego sławę. Przed dokonaniem morderstw był nieudanym muzykiem i drobnym przestępcą, natomiast po nich stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy XX wieku.
Pół wieku później do tej historii powrócił Quentin Tarantino w filmie „Pewnego razu... w Hollywood”. Nie nakręcił jednak kolejnego filmu o seryjnym mordercy ani zwykłej rekonstrukcji zbrodni przy Cielo Drive. Zrobił coś znacznie ciekawszego, ponieważ przepisał historię.
Widz znający wydarzenia z sierpnia 1969 roku od początku wie, dokąd powinna zmierzać opowieść. Sharon Tate żyje, chodzi po Los Angeles, ogląda samą siebie w kinie, spotyka znajomych i przygotowuje się do urodzenia dziecka. Każda kolejna scena nabiera przez to charakteru niemal tragicznego, ponieważ odbiorca zna jej przyszłość lepiej niż ona sama. Wie, że za chwilę powinni pojawić się ludzie Mansona i że historia tej młodej kobiety powinna zostać brutalnie zakończona.
Tarantino wykorzystuje jednak tę wiedzę przeciwko widzowi. W rzeczywistości członkowie „Rodziny” weszli do domu przy Cielo Drive i zamordowali Sharon Tate oraz jej gości. U Tarantino wydarzenia skręcają w zupełnie inną stronę. Mordercy trafiają do domu fikcyjnego aktora Ricka Daltona i jego przyjaciela Cliffa Bootha, gdzie role zostają całkowicie odwrócone. Ludzie, którzy w prawdziwej historii byli bezbronnymi ofiarami, zostają zastąpieni przez dwóch bohaterów doskonale przygotowanych do przemocy, a niedoszli mordercy zostają w groteskowy i niezwykle brutalny sposób unicestwieni.
Jest to oczywiście filmowa fantazja, ale nie przypadkowa. Tarantino zrobił z Mansonem to samo, co wcześniej w „Bękartach wojny” zrobił z Hitlerem. W rzeczywistości Hitler popełnił samobójstwo w berlińskim bunkrze, natomiast w filmie zostaje zastrzelony w paryskim kinie. Historia nie daje sprawiedliwości, więc kino na kilka minut ją wymierza. W „Pewnego razu... w Hollywood” mechanizm jest jeszcze ciekawszy, ponieważ sam Manson właściwie znika z opowieści. Pojawia się tylko na chwilę, nie jest demonicznym centrum filmu, nie otrzymuje wielkiego monologu i nie zostaje pokazany jako fascynujący potwór.
Tarantino robi więc coś, czego przez dziesięciolecia nie potrafiła zrobić amerykańska popkultura, ponieważ odbiera Mansonowi główną rolę. Od 1969 roku Manson nieustannie wygrywał walkę o uwagę. Im bardziej potępiano jego zbrodnie, tym częściej pokazywano jego twarz, a im więcej pisano o jego szaleństwie, tym większa stawała się jego legenda. Człowiek, który desperacko chciał być gwiazdą, został nią dlatego, że zorganizował morderstwa. Tarantino odwraca ten mechanizm i sprawia, że to nie Manson jest interesujący, lecz Sharon Tate.
Reżyser pokazuje ją nie jako „ofiarę Mansona”, ale jako młodą kobietę mającą przed sobą życie. Nie prowadzi wielkich rozmów o śmierci, nie przeczuwa katastrofy i nie jest bohaterką horroru. Tańczy, jedzie samochodem, kupuje książkę dla męża, idzie do kina i z radością obserwuje reakcję widowni na własny występ. Właśnie dlatego jej filmowy portret jest tak skuteczny. Historia kryminalna odebrała Sharon Tate osobowość, ponieważ przez dziesięciolecia przedstawiano ją przede wszystkim jako ciężarną żonę Romana Polańskiego zamordowaną przez „Rodzinę Mansona”. Tarantino próbuje oddać jej to, co zabrała jej zarówno zbrodnia, jak i późniejsza fascynacja zbrodniarzem, czyli własną historię.
Najważniejsza jest ostatnia scena filmu, kiedy po rozprawieniu się z napastnikami Rick Dalton zostaje zaproszony przez Jaya Sebringa do domu Sharon Tate, a brama przy Cielo Drive otwiera się przed nim. W rzeczywistej historii była to noc końca, natomiast u Tarantino staje się początkiem. Sharon Tate żyje, jej dziecko może się urodzić, Jay Sebring również pozostaje przy życiu, a Wojciech Frykowski i Abigail Folger nie zostają zamienieni w przypisy do biografii człowieka, który nakazał ich zamordować.
Nieprzypadkowy jest sam tytuł „Once Upon a Time... in Hollywood”, czyli „Pewnego razu... w Hollywood”. Tak zaczynają się baśnie, a baśnie mają jedną przewagę nad historią, ponieważ mogą przywrócić sprawiedliwość tam, gdzie rzeczywistość jej odmówiła. Można więc potraktować film Tarantino jako szczególny epilog do historii Mansona. Przez kilkadziesiąt lat kultura masowa produkowała kolejne książki, filmy i programy o mordercy. Pytała, co myślał, dlaczego zabijał, co oznaczały jego przepowiednie, czego słuchał, co mówił w więzieniu i czy rzeczywiście był szalony. Tarantino odpowiada na to pytaniem znacznie bardziej brutalnym: dlaczego właściwie Charles Manson miałby być najważniejszym bohaterem tej historii?
W jego alternatywnej rzeczywistości samozwańczy Mesjasz zostaje zredukowany do tego, czym prawdopodobnie zawsze był, czyli drobnego przestępcy i nieudanego muzyka manipulującego grupą zagubionych młodych ludzi. To jego ofiary odzyskują życie, natomiast jego wyznawcy, zamiast przejść do historii jako budzący grozę wykonawcy „Helter Skelter”, kończą jako banda nieudolnych napastników rozbita przez hollywoodzkiego kaskadera, psa i miotacz ognia. Jest w tym coś więcej niż charakterystyczne dla Tarantino zamiłowanie do groteskowej przemocy, ponieważ jest to również zemsta popkultury na człowieku, którego wcześniej sama wyniosła na piedestał.
Charles Manson chciał być sławny i rzeczywiście osiągnął swój cel, choć nie jako muzyk, lecz jako morderca. Nie spełniło się jego „Helter Skelter”, nie wybuchła wymarzona wojna rasowa, nie został władcą świata i nie wyszedł z pustynnej kryjówki jako nowy Mesjasz. Resztę życia spędził za kratkami i zmarł w więzieniu w 2017 roku, ale otrzymał coś, czego pragnął najbardziej, czyli nieśmiertelność w kulturze masowej.
Dlatego być może najważniejsze pytanie w całej historii nie brzmi, jak Charles Manson zdołał przekonać grupę młodych ludzi do popełnienia morderstwa, ponieważ Dostojewski odpowiedział na podobne pytanie sto lat wcześniej. Ciekawsze jest to, dlaczego pół wieku później znacznie więcej ludzi zna twarz Charlesa Mansona niż twarze Sharon Tate, Wojciecha Frykowskiego, Abigail Folger, Jaya Sebringa, Stevena Parenta, Leno LaBianki, Rosemary LaBianki, Gary’ego Hinmana i Donalda Shea. Manson chciał, żeby świat zapamiętał przede wszystkim jego i przez długi czas rzeczywiście mu się to udawało. Tarantino w swojej baśni o Hollywood próbuje ten porządek odwrócić, odbierając mordercy centralne miejsce i oddając je ludziom, których prawdziwa historia pozbawiła przyszłości.
Przeczytaj także:
Zbiorowe samobójstwo sekty Jamesa Jonesa http://adamkuz.blogspot.com/2010/11/zbiorowe-samobojstwo-sekty-jamesa.html

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz