Określenie „patriotyczne szaleństwo” zrobiło w Polsce niezwykłą karierę. Pozwala ono w kilku słowach wyjaśnić jedną z najbardziej skomplikowanych decyzji politycznych i wojskowych XX wieku. Problem polega jednak na tym, że jest to raczej publicystyczna etykieta niż historyczna analiza. Aby uznać decyzję za nieracjonalną, należałoby najpierw wykazać, że jej autorzy dysponowali lepszym rozwiązaniem i świadomie z niego zrezygnowali. Takiego dowodu dotychczas nie przedstawiono.
Pod koniec lipca 1944 roku sytuacja strategiczna zmieniała się niemal z godziny na godzinę. Na zachodzie alianci po przełamaniu niemieckiej obrony w Normandii posuwali się w głąb Francji. Na wschodzie Armia Czerwona po operacji „Bagration” rozbiła Grupę Armii „Środek” i stanęła na przedpolach Warszawy. Niemcy przygotowywali stolicę do obrony, wydając rozkaz stawienia się około stu tysięcy mężczyzn do robót fortyfikacyjnych. Jednocześnie w Moskwie ogłoszono Manifest PKWN, jasno pokazując, że Stalin zamierza stworzyć własne zaplecze polityczne dla powojennej Polski. Dla Komendy Głównej Armii Krajowej wszystkie te wydarzenia składały się na jeden obraz: decydująca faza wojny zbliżała się do Warszawy.
Z tej perspektywy decyzja o rozpoczęciu Powstania nie była efektem romantycznego uniesienia. Była próbą osiągnięcia konkretnego celu politycznego. Kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego chciało wystąpić wobec wkraczającej Armii Czerwonej jako gospodarz własnej stolicy i przedstawiciel legalnych władz Rzeczypospolitej. Była to kontynuacja założeń Akcji „Burza”, realizowanej wcześniej na Wołyniu, Wileńszczyźnie i we Lwowie. Można dyskutować, czy cel ten był możliwy do osiągnięcia, ale trudno twierdzić, że go nie było.
Najczęściej pomijanym elementem tej dyskusji jest fakt, że dowódcy Armii Krajowej podejmowali decyzję w warunkach skrajnej niepewności. Nie wiedzieli, że ofensywa Armii Czerwonej zatrzyma się na wiele tygodni. Nie mogli przewidzieć skali niemieckich zbrodni po wybuchu Powstania. Nie znali również wszystkich ustaleń politycznych między wielkimi mocarstwami. Ocenianie ich decyzji wyłącznie przez pryzmat późniejszych wydarzeń oznacza przypisywanie im wiedzy, której wówczas po prostu nie posiadali.
Nie oznacza to oczywiście, że decyzja była wolna od błędów. Można wskazywać na zbyt optymistyczne oceny tempa sowieckiej ofensywy, przecenienie możliwości udzielenia pomocy przez aliantów zachodnich czy niedoszacowanie zdolności Wehrmachtu do prowadzenia obrony. Są to jednak błędy oceny sytuacji, a nie dowód zbiorowego szaleństwa. W historii wojskowości podobne pomyłki zdarzały się wielokrotnie również dowódcom największych armii świata.
Warto również pamiętać, że alternatywa wobec Powstania nie była wyborem między wojną a pokojem. Oznaczała pozostawienie Warszawy pod niemiecką kontrolą do czasu wkroczenia Armii Czerwonej oraz zaakceptowanie faktu, że o przyszłości Polski będą decydowali wyłącznie Stalin i podporządkowane mu struktury polityczne. Nie sposób z całą pewnością stwierdzić, że taki scenariusz przyniósłby mniejsze straty lub korzystniejsze skutki polityczne.
Dlatego spór o Powstanie Warszawskie nie powinien sprowadzać się do pytania, czy jego uczestnicy kierowali się emocjami, czy rozumem. W rzeczywistości kierowali się jednym i drugim. Patriotyzm był motywacją, ale decyzja miała charakter polityczny i strategiczny. Jej autorzy próbowali wykorzystać, jak sądzili, ostatnie okno możliwości do zamanifestowania ciągłości państwa polskiego. Można uznać, że kalkulacja okazała się błędna. Trudno jednak utrzymywać, że w ogóle jej nie było.
Największym uproszczeniem w debacie o Powstaniu jest przeciwstawianie patriotyzmu rozsądkowi. W lipcu 1944 roku oba te elementy były ze sobą nierozerwalnie związane. Dowództwo Armii Krajowej nie wybierało między spokojem a walką, lecz między różnymi wariantami bardzo prawdopodobnej katastrofy. To właśnie ta świadomość, a nie legenda o „patriotycznym szaleństwie”, pozwala lepiej zrozumieć jedną z najtrudniejszych decyzji w historii Polski.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz