Szczątki niemieckiego transportera ładunków wybuchowych Borgward B IV po eksplozji przy ul. Kilińskiego 3 w Warszawie, 13 sierpnia 1944 r. Pojazd przez dziesięciolecia określano jako „czołg-pułapkę”, choć nie był czołgiem, a współczesne ustalenia podważają tezę o świadomie zastawionej przez Niemców pułapce. Fot. Jerzy Świderski. Źródło: Powstanie Warszawskie w Ilustracji, wydanie specjalne tygodnika „Stolica”, 1 sierpnia 1957, s. 59 / Wikimedia Commons. Status prawny: domena publiczna (Public Domain).
13 sierpnia 1944 roku na Starym Mieście wydarzyła się jedna z największych tragedii Powstania Warszawskiego. W ciągu kilku sekund zginęły setki ludzi, a kilkuset kolejnych zostało rannych. Przez następne dziesięciolecia właściwie wszyscy wiedzieli, co się wtedy wydarzyło. Niemcy mieli pozostawić powstańcom zdobyczny „czołg”, wypełnić go materiałem wybuchowym, pozwolić Polakom wprowadzić pojazd pomiędzy wiwatujących mieszkańców, a następnie wysadzić go w powietrze. Historia była tak potworna, a jednocześnie tak dobrze pasowała do rzeczywistych niemieckich zbrodni popełnianych w Warszawie, że niemal natychmiast stała się częścią legendy Powstania. Problem polega na tym, że prawdopodobnie prawie wszystko poza samą eksplozją wyglądało inaczej.
Zacznijmy od rzeczy najprostszej. „Czołg-pułapka” nie był czołgiem. Był niemieckim ciężkim transporterem ładunków wybuchowych Schwerer Ladungsträger Borgward B IV, oznaczonym jako Sd.Kfz. 301. Pojazd należał do niemieckiego 302. batalionu pancernego i służył do dostarczania potężnego ładunku wybuchowego pod umocnienia przeciwnika. Kierowca podprowadzał Borgwarda w pobliże celu, a następnie pojazd mógł być sterowany radiowo. Przewożony z przodu ładunek – około 450 kilogramów materiału wybuchowego – miał zostać zrzucony w odpowiednim miejscu, po czym pojazd powinien się wycofać. Była to więc osobliwa krzyżówka transportera, zdalnie sterowanej maszyny inżynieryjnej i ruchomej bomby, której powstańcy wcześniej praktycznie nie znali.
Rankiem 13 sierpnia Niemcy użyli takich pojazdów podczas ataku na barykadę zamykającą Podwale od strony placu Zamkowego. Jeden z Borgwardów został unieruchomiony i dostał się w ręce powstańców. W warunkach Powstania zdobycie jakiegokolwiek niemieckiego pojazdu pancernego było wydarzeniem ogromnym. Armia Krajowa cierpiała przecież na chroniczny brak ciężkiej broni, a każdy zdobyczny samochód pancerny czy czołg urastał niemal do rangi symbolu zwycięstwa. Nic więc dziwnego, że wiadomość o zdobyciu niemieckiego „czołgu” rozeszła się po Starówce błyskawicznie. W mieście bombardowanym, ostrzeliwanym i od kilkunastu dni walczącym o przetrwanie nagle pojawił się namacalny dowód, że Niemcom można nie tylko stawiać opór, ale również odbierać ich własną broń.
I właśnie tutaj rozpoczęła się tragedia. Pojazd został uruchomiony i wprowadzony w głąb powstańczych pozycji, mimo że jego konstrukcja i przeznaczenie nie były dobrze znane. Według relacji przytaczanych przez Muzeum Warszawy wokół Borgwarda gromadzili się powstańcy i mieszkańcy, traktując jego przejazd niemal jak triumfalną defiladę. Na pojeździe pojawiła się biało-czerwona flaga, ludzie wychodzili z bram i piwnic, aby zobaczyć zdobycz, a po kilkunastu dniach niemieckiego terroru był to jeden z tych krótkich momentów, kiedy można było uwierzyć, że los zaczyna się odwracać.
Kilka minut po godzinie osiemnastej Borgward znalazł się przy ulicy Kilińskiego. Wtedy z jego przedniej części odpadła skrzynia zawierająca około 450 kilogramów materiału wybuchowego. Najprawdopodobniej właśnie uruchomienie mechanizmu zrzutu ładunku doprowadziło do katastrofy. O godzinie 18.07 nastąpiła potężna eksplozja. Liczba zabitych pozostaje przedmiotem rozbieżnych szacunków: Muzeum Wojska Polskiego podaje około 250 ofiar, natomiast IPN i Muzeum Warszawy mówią o około lub ponad 300 zabitych. Kilkuset ludzi zostało rannych. W jednej chwili radosny tłum świętujący zdobycie niemieckiego pojazdu zamienił się w pobojowisko.
Trudno się dziwić, że niemal natychmiast pojawiło się przekonanie o niemieckiej pułapce. Powstańcy wiedzieli już przecież, do czego zdolni byli ich przeciwnicy. Trwała Rzeź Woli, dochodziły informacje o masowych egzekucjach, Niemcy mordowali cywilów i używali ich jako żywych osłon. Podejrzenie, że świadomie podrzucili Polakom pojazd wypełniony materiałem wybuchowym, nie było więc żadnym fantastycznym wymysłem. Doskonale pasowało do rzeczywistości, którą mieszkańcy Warszawy obserwowali od początku sierpnia. Kiedy dodatkowo okazało się, że niemiecka „zdobycz” eksplodowała pośród tłumu, najbardziej naturalnym wyjaśnieniem stał się podstęp.
Tak narodził się „czołg-pułapka”. Najpierw była katastrofa, później próba jej zrozumienia, następnie relacje świadków, a na końcu nazwa, która porządkowała wszystko w prostą i logiczną historię. Niemcy pozostawili czołg, Polacy go zdobyli, Niemcy czekali, aż wokół niego zgromadzi się tłum, po czym zdetonowali bombę. Historia miała sprawcę, zamiar, ofiary i wyjaśnienie. Niczego więcej pamięć zbiorowa właściwie nie potrzebowała.
Tyle że badania konstrukcji Borgwarda i przebiegu wydarzeń prowadzą do znacznie bardziej prozaicznego, a przez to może jeszcze bardziej tragicznego wniosku. Najprawdopodobniej Niemcy nie pozostawili pojazdu jako przygotowanej pułapki. Borgward był po prostu nosicielem ogromnego ładunku przeznaczonego do niszczenia barykad. Muzeum Warszawy stwierdza, że wszystko wskazuje na to, iż nie był to ani czołg, ani świadomie zastawiona pułapka. Podobne stanowisko przedstawia IPN, nazywając go pojazdem specjalnym błędnie określanym przez lata jako „czołg-pułapka”. Muzeum Wojska Polskiego zachowuje nieco większą ostrożność, wskazując, że prawdopodobną przyczyną była nieznajomość działania pojazdu, choć odnotowuje również istnienie odmiennej interpretacji części badaczy.
I właśnie dlatego historia Kilińskiego jest czymś więcej niż tylko opisem kolejnej powstańczej tragedii. Pokazuje, jak rodzi się legenda historyczna. Legenda nie musi powstawać dlatego, że ktoś świadomie kłamie. Znacznie częściej pojawia się dlatego, że ludzie próbują nadać sens wydarzeniu, którego w chwili jego zaistnienia nie potrafią zrozumieć. Powstańcy nie dysponowali dokumentacją techniczną Borgwarda B IV i nie mieli powodu wiedzieć, jak działa jego mechanizm zrzucania ładunku. Wiedzieli natomiast, że Niemcy dokonują masowych zbrodni. Z dostępnych im elementów ułożyli więc historię całkowicie logiczną. Dopiero wiele lat później można było skonfrontować ją z wiedzą techniczną i dokumentami.
Nie oznacza to również, że sprostowanie legendy „czołgu-pułapki” w jakikolwiek sposób rehabilituje Niemców. Byłby to równie absurdalny wniosek jak twierdzenie, że skoro konkretna zbrodnia wyglądała inaczej, niż przez lata sądzono, to inne zbrodnie przestają istnieć. Niemcy rzeczywiście mordowali mieszkańców Warszawy, rzeczywiście dokonali Rzezi Woli i rzeczywiście po kapitulacji systematycznie niszczyli miasto. Nie potrzebujemy dopisywać im jeszcze jednej zbrodni, której najprawdopodobniej nie zaplanowali. Historia Powstania Warszawskiego jest wystarczająco tragiczna bez jej poprawiania.
Pozostaje natomiast pytanie o odpowiedzialność po stronie powstańczej. Pojawiają się informacje, że pojazd miał zostać najpierw zbadany przez saperów, ale zanim do tego doszło, został uruchomiony i wprowadzony pomiędzy ludzi. Muzeum Warszawy w swoim opracowaniu źródłowym również wskazuje na rozkaz zbadania maszyny przed jej wykorzystaniem. Jeżeli tak było, tragedia na Kilińskiego staje się także opowieścią o jednym z największych problemów każdej improwizowanej armii: entuzjazm może czasami wyprzedzić procedury. W warunkach Powstania zdobyczny niemiecki pojazd wydawał się bezcennym sukcesem, podczas gdy w rzeczywistości był urządzeniem, którego nikt na miejscu dobrze nie znał.
Najbardziej przejmujące w całej historii jest więc to, że do tragedii prawdopodobnie nie był potrzebny żaden diaboliczny niemiecki plan. Wystarczyła wojna, nieznana broń, brak informacji i chwila zbiorowej radości w mieście, które miało coraz mniej powodów do radości. Ludzie wybiegli z piwnic, ponieważ chcieli zobaczyć pierwszy od dawna znak zwycięstwa. Powstańcy prowadzili niemiecką zdobycz ulicami Starówki, ponieważ przez moment wydawało się, że szczęście stanęło po ich stronie. Kilka minut później setki z nich nie żyły.
Przez dziesięciolecia mówiliśmy o „czołgu-pułapce”, ponieważ taka nazwa pozwalała tę tragedię zrozumieć. Dzisiaj wiemy znacznie więcej i dlatego możemy pozwolić sobie na historię mniej efektowną, ale prawdopodobnie bliższą prawdzie. Na Kilińskiego najpewniej nie eksplodował czołg, nie była to również przygotowana w klasycznym znaczeniu pułapka. Eksplodował niemiecki transporter ładunków wybuchowych Borgward B IV, którego przeznaczenia zdobywcy nie rozpoznali. Legenda okazała się prostsza od rzeczywistości, jak zresztą legendy mają w zwyczaju. Nie czyni to tragedii 13 sierpnia ani trochę mniejszą. Przeciwnie, czyni ją bardziej ludzką, ponieważ pokazuje, że historia nie zawsze potrzebuje starannie zaplanowanej zbrodni, aby zakończyć się katastrofą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz