Marszałek Konstanty Rokossowski w mundurze Wojska Polskiego po objęciu funkcji ministra obrony narodowej. Urodzony w Warszawie syn Polaka i Rosjanki, w latach wielkiej czystki więziony i torturowany przez NKWD, podczas Powstania Warszawskiego dowodził 1. Frontem Białoruskim, którego wojska zatrzymały się na linii Wisły. Fot. Roman Burzyński, „Przekrój”, listopad 1949. Źródło: Wikimedia Commons. Status prawny: Public Domain (PD-Poland).
Jednym z najbardziej przejmujących obrazów Powstania Warszawskiego pozostaje widok Armii Czerwonej stojącej na prawym brzegu Wisły. We wrześniu 1944 roku radzieccy żołnierze mogli obserwować płonącą Warszawę. Widzieli słupy dymu unoszące się nad miastem, słyszeli huk artylerii i wiedzieli, że po drugiej stronie rzeki toczy się walka o stolicę Polski. Na czele 1. Frontu Białoruskiego stał człowiek o polskim nazwisku – marszałek Konstanty Rokossowski.
Historia rzadko bywa tak przewrotna. Człowiek urodzony w Warszawie, syn Polaka i Rosjanki, znalazł się na czele armii, od której decyzji zależały losy jego rodzinnego miasta. Dla wielu Polaków do dziś pozostaje symbolem sowieckiej obojętności wobec Powstania Warszawskiego. Rzeczywistość była jednak znacznie bardziej skomplikowana niż prosty obraz marszałka, który z zimną krwią patrzył na zagładę własnego miasta.
Konstanty Rokossowski urodził się w Warszawie w 1896 roku. Jego ojciec, Ksawery Rokossowski, był Polakiem wywodzącym się ze zubożałej szlachty, matka Antonina Owsiannikowa była Rosjanką. Dorastał w mieście należącym wówczas do Imperium Rosyjskiego. Po śmierci ojca rozpoczął pracę jako robotnik kamieniarski, a po wybuchu I wojny światowej został powołany do armii carskiej. Rewolucja bolszewicka całkowicie odmieniła jego życie. Związał się z Armią Czerwoną i rozpoczął karierę wojskową, która zaprowadziła go na sam szczyt sowieckiej hierarchii.
Był jednym z najbardziej utalentowanych dowódców Armii Czerwonej. Paradoksalnie nie uchroniło go to przed terrorem państwa, któremu wiernie służył. W 1937 roku, podczas wielkiej czystki, NKWD aresztowało go pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski i Japonii. Trafił do więzienia, gdzie przez blisko trzy lata był brutalnie przesłuchiwany i torturowany. Wybito mu zęby, połamano żebra, wielokrotnie bito go podczas śledztwa. Nie przyznał się do stawianych zarzutów.
Wokół jego zwolnienia z więzienia narosła jedna z najbardziej znanych anegdot epoki stalinowskiej. Gdy po odzyskaniu wolności został wezwany na Kreml, Stalin miał zapytać z pozorną życzliwością:
– Co się z wami działo, towarzyszu Rokossowski?
– Siedziałem w więzieniu, towarzyszu Stalin.
Na co Stalin miał odpowiedzieć:
– Też znaleźliście sobie czas na siedzenie w więzieniu.
Trudno dziś rozstrzygnąć, czy ta rozmowa rzeczywiście miała miejsce. Nie zachowało się źródło pozwalające uznać ją za autentyczną. Jako anegdota znakomicie oddaje jednak logikę stalinowskiego państwa. System najpierw łamał własnych ludzi, a następnie oczekiwał od nich pełnej lojalności, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Rokossowski nie tylko wrócił do służby, ale stał się jednym z najbardziej zaufanych dowódców Stalina.
Po ataku Niemiec na Związek Sowiecki Stalin potrzebował najlepszych oficerów. Rokossowski błyskawicznie odzyskał pozycję jednego z najwybitniejszych dowódców Armii Czerwonej. Walczył pod Moskwą, Stalingradem, Kurskiem i dowodził podczas operacji „Bagration”, która doprowadziła wojska sowieckie nad Wisłę.
To właśnie wtedy rozpoczęła się jedna z największych kontrowersji II wojny światowej. Czy Rokossowski mógł pomóc Powstaniu Warszawskiemu?
Przez dziesięciolecia propaganda komunistyczna utrzymywała, że Armia Czerwona była wyczerpana i niezdolna do dalszego natarcia. Wielu polskich historyków podkreśla natomiast, że Stalin świadomie zatrzymał ofensywę, ponieważ zależało mu na zniszczeniu Armii Krajowej i ułatwieniu sowietyzacji Polski. Obecny stan badań wskazuje, że sytuacja była bardziej złożona. Wojska Rokossowskiego rzeczywiście poniosły ogromne straty podczas operacji „Bagration” i walk o przyczółki nad Wisłą, ale decyzja o wstrzymaniu działań miała przede wszystkim charakter polityczny i należała do Stalina. Rokossowski nie prowadził samodzielnej polityki. Był marszałkiem wykonującym wolę Kremla.
Dla mieszkańców Warszawy nie miało to jednak większego znaczenia. Armia Czerwona zatrzymała się na drugim brzegu Wisły, podczas gdy miasto konało. Człowiek urodzony w Warszawie dowodził wojskami, które nie przyszły walczącej stolicy z pomocą.
Los bywa wyjątkowo ironiczny. Kilka lat później ten sam Konstanty Rokossowski został ministrem obrony narodowej Polski Ludowej i marszałkiem Polski. Człowiek, którego NKWD oskarżało o współpracę z Polską, otrzymał zadanie podporządkowania Wojska Polskiego interesom Związku Sowieckiego.
W tym miejscu trudno nie dostrzec niezwykłej paraleli z Erikiem von dem Bachem, o którym była mowa w poprzednim artykule. Obaj wywodzili się z rodzin o polskich korzeniach. Rokossowski był synem Polaka urodzonym w Warszawie. Von dem Bach przyszedł na świat jako Erich von Zelewski, potomek kaszubskiego rodu Żelewskich. Obaj zrobili błyskotliwe kariery w dwóch największych totalitaryzmach XX wieku. Obaj uczestniczyli w dramacie Warszawy 1944 roku. Obaj znaleźli się po przeciwnych stronach frontu, ale żaden nie stanął po stronie walczącej stolicy.
Na tym jednak podobieństwa się kończą. Von dem Bach świadomie wyrzekł się własnego nazwiska. Uznał, że „Zelewski” brzmi zbyt polsko, dlatego najpierw dodał do niego „von dem Bach”, a później całkowicie usunął słowiański człon. Był fanatycznym nazistą, który chciał zatrzeć nawet ślady swojego pochodzenia.
Rokossowski postąpił inaczej. Nigdy nie zmienił nazwiska. Nigdy nie ukrywał, że urodził się w Warszawie. Nie wyrzekł się własnej genealogii. Wybrał jednak inną lojalność – lojalność wobec państwa sowieckiego. W tym tkwi zasadnicza różnica. Von dem Bach odrzucił swoje korzenie, aby lepiej służyć III Rzeszy. Rokossowski zachował swoje nazwisko, ale całe dorosłe życie poświęcił służbie imperium Stalina.
Historia obu marszałków jest gorzką lekcją XX wieku. Jeden niszczył Warszawę z rozkazu Hitlera. Drugi dowodził armią, która zatrzymała się na drugim brzegu Wisły z rozkazu Stalina. Obaj byli ludźmi polskiego pochodzenia. Nie oznacza to jednak, że byli Polakami w sensie politycznym czy narodowym. Ich życiorysy pokazują, że pochodzenie nie przesądza o wyborach człowieka. O wiele ważniejsze okazują się lojalność, ideologia i decyzje, które podejmuje.
Jest w tym niezwykła ironia historii. Żelewski stał się von dem Bachem. Warszawiak Rokossowski został marszałkiem Stalina. Obaj zapisali się w historii Warszawy nie jako jej obrońcy, lecz jako ludzie służący dwóm totalitarnym imperiom. W sierpniu i wrześniu 1944 roku los polskiej stolicy znajdował się w rękach dwóch dowódców mających polskie korzenie. Żaden z nich nie stanął jednak po stronie Warszawy. To być może jedna z najbardziej gorzkich lekcji Powstania Warszawskiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz